2010-01-20 10:01

’To, co wydaje się destrukcją jest w istocie kształtowaniem przestrzeni torowisk do innych potrzeb’.


Emanacje przypadków czasów i liczb
Noc pełna białych liter na niebie
Źrenica okna: owoc zbliżenia martwoty i życia
Akrostychy: Kalkomanie Rycin, Otulonych Snami Tablic, Yad Czytelnika Hipertekstu -->Yod
Rysunek korzeni splątanych w górze
Yggdrasil – drzewo wywrócone na nice
Wykroty w glebie mnie
Enigmatyczne przecinki w śródborzu cudzych wypowiedzi
I snop drukarskiego światła
Na początku była Lampa

tetraktys wpisany w odwrócone serce - symbol Jakuba Boehme


Układam sobie fiszki z cytatami z powieści Piotra Pazińskiego p.t. "Pensjonat". Na koniec pozostawiłem sobie fragment, który przyciągnął moją uwagę z dwóch przyczyn: po pierwsze z powodu precyzyjnych i jakby kubistycznych architektonicznych motywów a z drugiej strony onirycznej, marynistycznej metaforyki. Czytałem sobie półgłosem te na wpół techniczne a na wpół poetyckie słowa i wyobrażałem sobie ten opis jako dynamiczny przestrzenny hipertekst. Pulsował mi w głowie projekt awangardowej ARCHITEKSTURY: "Minąłem bramę. Oświetlona sylwetka pensjonatu odcinała się twardą krawędzią od gęstej zawiesiny nocy. Przedziwna budowla. Nigdy nie potrafiłem go dobrze odtworzyć w pamięci, jak to można zrobić ze zwyczajnym domem, złożonym z wejścia , ścian, okien, dachu i komina. Nasz został zaprojektowany z rozmaitych figur geometrycznych zgodnie z zasadą funkcjonalności. Wielkomiejska prostota zaklęta w mnogości brył i prostych kątów, której podporządkowano rytmiczną fasadę. Tak mówią. Ja wiem, że zawsze osobliwie wyglądał w tym miejscu, choć zna ono wiele dziwów architektury. Długi jak stonoga i nieco rozlazły. Jego obejście to już była cała wyprawa z wymijaniem wszystkich ganków i przybudówek, schodków prowadzących w górę i w dół, do najciekawszych piwnic , których nie pozwalano zwiedzać, a to tam mieściła się maszynownia tajemniczego okrętu, którym nasz dom stawał się podczas wielkich deszczów, kiedy woda zalewała mostek kapitański, a szerokie fale rozbryzgiwały się z hukiem o iluminatory kabin pokładu pasażerskiego. Wtedy siedzieliśmy w środku wsłuchani w ryk sztormu i bębnienie ulewy i zdawało się, że zaraz zerwiemy się z jakiejś trzymającej nas jeszcze uwięzi, a pęd wichury porwie nas z sobą i polecimy naprzód, gnani coraz prędzej i prędzej na grzbietach grzywiastych bałwanów. I będziemy tak lecieć całą noc, a może i cały następny dzień, aż znikniemy gdzieś w przepastnych odmętach i tylko płonące żyrandole w sali balowej znaczyć będą nasze położenie na dnie oceanu."

fot. Zdzisław Maruszczak/remix B.Z.

Siedzę w piątek naprzeciwko Piotra Pazińskiego w studiu radiowym pod Kopcem Kościuszki cztery miesiące po lekturze wrześniowej "Lampy". Wywiad zgodnie z planem, omówionym najpierw przez komórkę z panią Krystyną Bratkowską z wydawnictwa "Nisza" a potem też telefonicznie już z samym Piotrem Pazińskim, miałem przeprowadzić w czwartek. Jednak z powodu zimowych kłopotów na kolei podróż Pana Piotra z Warszawy do Krakowa była dość nieprzewidywalna, a że ja miałem tego dnia umówione spotkanie z lekarzem w sprawie dolegliwości, które postawiły na głowie moje najpilniejsze zainteresowania, przełożyliśmy to literackie spotkanie na dzień następny; co też okazało się niezbyt fortunnym pomysłem, ale już z innego powodu. W piątek 15 stycznia 2010 roku przypadł bowiem nasz huczny radiowy jubileusz - dwudziestolecie RMF FM. To nie był dobry dzień na sentymentalne (mentalne) podróże do innego dwudziestolecia- międzywojennego, okresu świetności linii otwockiej, oraz do sanatoryjnych historii z lat siedemdziesiątych rozgrywających się w żydowskim kurorcie pod Warszawą. W studiu i w newsroomie w Krakowie krzątała się telewizyjna ekipa rejestrująca pracę naszych dziennikarzy, przygotowująca relację z radiowego jubileuszu do wieczornych wiadomości. Biegałem tam i nazad, przeskakując pętle przewodów, omijając zwoje kabli sprzętu TV, dzieląc czas pomiędzy pracę przy tworzeniu i prezentowaniu Faktów a inne nieprzewidziane czynności, jak oprowadzanie po radiu wiernego fana, który przybył z Wrocławia pociągiem, wziąwszy sobie dzień urlopu, po to tylko, aby właśnie tego mroźnego dnia, nie zachęcającego do dalekich podróży pociągiem, zobaczyć jak pracują moje koleżanki i koledzy z redakcji oraz ja. Zdzisław Maruszczak wędrował po budynku radia jak po medialnej świątyni, człowieczy żywioł, przeciwieństwo nieludzkiej geometrii form. Trawersując dziedziniec przeszliśmy razem do ceglanego budynku poczty. Wspięliśmy się na pięterko po krętych schodkach, które mogłyby prowadzić do "Martello Tower"- wieży z "Ulissesa" Jamesa Joyce'a, a tam już poprosiłem antenowładną Anetę o gadżety dla Zdzisia, wiecierozumiecie-w-prezencie. Anetka się zakrzątnęła w magazynie i posyłając nam promienne uśmiechy wręczyła Wiernemu Słuchaczowi Tułaczowi szarą torbę kolorowych suwenirów. Zdziś wykonał kilka pospiesznych pamiątkowych fotografii cyfrowym aparatem na poczcie a potem w newsroomie i w studiu, dokąd go poprowadziłem jak przewodnik po tym jego radiowym raju. (Przemknęło mi przez głowę, że sama ta "cyfrówka" będzie dla niego po latach jakąś supercenną relikwią.) Gdybym go wtedy poprosił, na pewno zostałby dłużej i może zrobiłby mi tego dnia wspólne zdjęcie z autorem "Pensjonatu": fotkę "z dziś"- dnia oczywiście tylko frazeologicznie w taki sposób uwiecznionego, na pewno jednak zatrzymanego w stop klatce na dłużej. W tym całym rozbieganiu nóg i myśli nie przyszło mi do głowy, aby utrwalić obrazy spotkania z Piotrem Pazińskim. Matuszczak przesłał mi potem mailem MOJĄ fotografię, którą pstryknął mi w studiu na jakieś dwie godziny przed tym, jak poznałem się z autorem "Pensjonatu". No, taką mam dosłownie OSOBISTĄ pamiątkę. Tuż po godzinie pierwszej wprowadzałem wyczekiwanego gościa na górę krętymi jak moje dygresje korytarzami fortów i ledwie weszliśmy na pierwsze piętro, od razu przeszliśmy do sedna, za hermetycznie zamkniętymi drzwiami studia, przed otwartymi mikrofonami, bez żadnych zwyczajowych nierejestrowanych wstępów przy herbatce w barku, bez tej całej towarzyskiej "rozbiegówki" czyli zapoznawczo-rozpoznawczej pogawędki. Pan Piotr się spieszył i ja też miałem tylko chwilę na nagranie wywiadu. O czternastej musiałem już w innej roli wystąpić na żywo na antenie RMF FM. W kolejce czekały nowe aktualne fakty. Musiałem mieć oczy otwarte na informacje spływające do nas na okrągło, choć wolałbym tego dnia potraktować je z przymrużeniem oka, bo byłem bardziej ciekaw zwierzeń o faktycznych i fikcjonalnych wydarzeniach sprzed wielu, wielu lat. Lekko zdyszany i zestresowany, zacząłem zadawać pierwsze pytania, słuchając uważnie mego rozmówcy i obserwując badawczo jego reakcje: czytałem na głos zdania z jego książek i w myślach czytałem wyrazy jego twarzy. Wpatrzony w - dziwnie często przymknięte- powieki Pana Piotra. Zastanawiałem się, czy za tymi żaluzjami swej duszy Paziński zazdrośnie skrywa przede mną jakieś niewypowiadane zagadki? Błądzi gdzieś tylko sobie wiadomymi dróżkami w wyobraźni? A może tylko i aż: szuka słów o odpowiednich znaczeniach i brzmieniach? Jak bardzo ważna jest dla niego ta ustna tradycja- oratura, którą stopniowo obrastało jego pisemne świadectwo: literackie?







Apokryfy i akrostychy, pączkujące historie i treści ukryte. Nie umiem już i nie chcę opowiadać linearnie i "po bożemu". Monolog wewnętrzny albo przynajmniej solilokwium. Herezje formalne narzucone na tekst kanoniczny. Bohaterowie spoza aktualnej listy tematycznej. A jednak obecni jako temat. Ten temat. Czy gdyby nie Zenon Fajfer i jego spektakl "Pieta" zwróciłbym uwagę na TETRAKTYS, pitagorejską figurę, która potem wiele razy miała mi się o sobie przypominać? Nie tylko w "Piecie"- ten zagadkowy trójkąt odgrywa ważną rolę także innych tekstach Fajfera. Otwieram skrzynkę na e-maile z elektronicznym listem od Zenona. W załączniku - ukryta poezja. "Wiersz ten ukazał się w Odrze nr 7-8/2009 i pochodzi z cyklu Emanacje, nad którym od jakiegoś czasu pracuję. W tej chwili gotowych jest 7 utworów, docelowo będzie 28 lub 21. Jak w każdym moim wierszu emanacyjnym, jest tam ukryty wymiar, dla dociekliwych czytelników (cały utwór został wywiedziony w kilku warstwach z jednego słowa). W tym przypadku jednak na strukturę emanacyjną dodatkowo została nałożona figura pitagorejskiego bożka - tetraktysu, odzwierciedlona w układzie strof i wersów. Podobny charakter ma również liczba słów - zarówno widzialnych jak i niewidzialnych - tworząca dwie liczby trójkątne (jak wiadomo, najbardziej znaną liczbą trójkątną jest właśnie tetraktys)."-napisał mi Zenon. Jego poetyckie tetraktysy obkaszałem wzrokiem w lecie. Tę "Odrę" kupiłem w lipcu w prasowym sklepiku w Tarnowie. Nurt pamięci teraz popłynął mi bystro mortualnym palindromem jak "sok z kos".


tetraktys/źródło www/ remix B.Z.

Zachowując wszelkie proporcje, ale gdy czytałem erudycyjną książkę Pazińskiego o Joyce'ie, przypomniałem sobie własną pracę magisterską na temat żydowskich motywów w twórczości Aleksandra Wata. Osią interpretacyjną uczyniłem motyw literowego lustra. Strawestowałem tytuł pisanego w gorączce młodzieńczego dzieła Wata ‘JA z jednej strony i JA z drugiej strony mego mopsożelaznego piecyka’. Zamieniłem go w rodzaj palindromu: ‘WAT z jednej strony i TAW z drugiej strony mopsożelaznego piecyka’. Życie po dwóch stronach zwierciadła losu. Młodzieńczy futurystyczny pseudonim – WAT, energia nihilistycznego obrazoburstwa. A z drugiej strony- TAW, ostatnia litera alfabetu hebrajskiego, fenicki krzyż, biblijne piętno na czołach ocalonych, znak życia, rysunek kredą na czarnej śmiertelnej tablicy. Napisałem w końcu tę pracę, przełamałem opór akademików. Nie chciałbym, aby to teraz nieskromnie zabrzmiało. Stwierdzam tylko fakt. Wspominam go po latach i myślę o promotorze Piotra Pazińskiego. Wyobrażam sobie, że profesor Michał Głowiński z pewnością nie miał żadnych zahamowań przed wpuszczeniem "wirusa" heterodoksji do szacownego ciała nauki o literaturze.



Czytałem kilka razy, tam i z powrotem, teoretycznoliteracki wstęp Piotra Pazińskiego do jego książki „Labirynt i drzewo. Studia nad ‘Ulissesem’ Jamesa Joyce’a: ”’Labirynt i drzewo’ składa się z dziesięciu powiązanych ze sobą i nawzajem się uzupełniających tekstów, uporządkowanych tak, by tworzyły razem figurę pitagorejskiego tetraktysu, co powinno podkreślić naturę ‘Ulissesa’, opartej na jasno określonym schemacie i stanowiącej dzięki niemu spójny system.” Te słowa zdumiały mnie podwójnie, raz z powodu koincydencji, dwa- bo pamiętam z jakim oporem niektórych profesorów spotykają się często podobne teorie i schematy interpretacyjne.



Yod to dziesiąta litera alfabetu hebrajskiego. Czy spoczywa na niej teraz elektroniczny yad twego kursora? Kliknij i zobacz znak na wznak, po drugiej stronie lustra ekranu, nawet jeśli to nie jest aż tak jednoznaczne i wymaga dodatkowego ruchu w wyobraźni.


jad/źródło www/remix b.z.

Regularność marzenia jak zaklęcie cyfrowego szyfru. Lekturę przewodnika Piotra Pazińskiego "Dublin z Ulissesem" rozpoczynam od rozdziału dziesiątego zatytułowanego "Błędne Skały". Płynę wzrokiem po czerwonym morzu liter. Tym kolorem zaznaczono cytaty z Joyce'a: "Na moście O' Connella wiele osób dostrzegło dostojną postać i wesoły ubiór pana Denisa J. Maginni, profesora tańców etc." Zamiast tańców przeczytałem czyTańców- moje błędne skały dla okrętu oka. Dwie strony dalej fotografia pubów przy ulicy Temple Bar. Nagle uderza mnie nazwa szyldu ---> "Vat House". Tym razem mam przy sobie aparat. Projektuję zdjęcie: będzie na nim książka Pazińskiego otwarta na stronach 108 i 109 oraz mój palec wskazujący znaczącą nazwę na fotografii dublińskiego lokalu. Włączam aparat i nagle cyfrówka mi gaśnie. Padła w niej bateria. Wkurzony na siebie decyduję, że nie dam żadnego zdjęcia. Opiszę tylko swój kolejny głupi błąd.



Odkryłem w sobie dawno dawną dzielnicę-filigran: jak czarno-Białe Miasto w telewizji Tel Aviv, kubiki z kraju kibuców czasami widuję z moich okien po drugiej stronie Nowohuckich Łąk.



Zanim zacząłem po prostu czytać rozmowę redaktora naczelnego „Lampy” Pawła Dunin Wąsowicza z autorem powieści „Pensjonat”, wpatrywałem się dłuższą chwilę w bauhausowate prostopadłościany, które zawsze wywołują we mnie dwuznaczne niemęskie uczucie: błogości i bólu fantomatycznego. To jak tęsknota za czymś, czego nigdy nie utraciłem.


mój czyTaniec wokół "Pensjonatu"


We wrześniu zeszłego roku przeczytałem w piśmie literackim „Lampa” wywiad z Piotrem Pazińskim. Przyznam, że do jego lektury przyciągnął mnie najpierw nie tyle tytuł czy temat rozmowy, co architektura. Na fotografiach zamieszczonych w miesięczniku ujrzałem intrygującą przedwojenną bryłę, jak się okazało: żydowskiego ośrodka wypoczynkowego w Otwocku o nazwie „Śródborowianka”. Ta nazwa zabrzmiała mi w uszach jak żeński rzeczownik do n-tej potęgi, chlebnikowowski pierwiastek-korzeń, wielomian literacki, niby „leśmian” liczby. Wielościan wyglądał tak, jakby zaprojektował go kafkowski geometra. Techniczny rysunek domu marzycieli, płynących w wyobraźni do kraju-raju za morzem.




.... maszynownia tajemniczego okrętu
którym nasz dom stawał się podczas wielkich deszczów
kiedy woda zalewała mostek kapitański
a szerokie fale rozbryzgiwały się z hukiem
o iluminatory kabin pokładu pasażerskiego

Wtedy siedzieliśmy w środku
wsłuchani w ryk sztormu i bębnienie ulewy
i zdawało się że zaraz
zerwiemy się z jakiejś trzymającej nas jeszcze uwięzi
a pęd wichury porwie nas z sobą
i polecimy naprzód
gnani coraz prędzej i prędzej
na grzbietach grzywiastych bałwanów

I będziemy tak lecieć całą noc
a może i cały następny dzień
aż znikniemy gdzieś w przepastnych odmętach
i tylko płonące żyrandole w sali balowej
znaczyć będą nasze położenie na dnie oceanu


Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (220) ↓           Skomentuj ten wpis ↓