Bogdan Zalewski
18 kwietnia 2012, 18:18

Wariat i tajemnica czyli oszołom smoleński

Motto:
„Jesteśmy jak zwierzę w pętli. Im bardziej się szarpiemy, tym bardziej pętla się zaciska.”

Coryllus




Nie mogę przestać czytać o Smoleńsku.

Od pamiętnego dziesiątego kwietnia jakiś nienasycony lekturowy Lewiatan we mnie połyka całe ławice stron, pochłania gęsty plankton blogerskich wpisów, karmi się grubymi rybami kolejnych tomów; mimo że od wielu robi mi się dosłownie niedobrze, a niektóre treści wywołują wręcz rodzaj mentalnych torsji.

Zdaję sobie sprawę, że to nie jest zwykły głód wiedzy, to rodzaj neurotycznej żarłoczności, smoleńskiej bulimii. Tak, jestem chory na „syndrom katyńsko-kaczyński”; sam zdiagnozowałem u siebie tę przypadłość i nazwałem jednostkę chorobową. Nie wierzę bowiem w zewnętrzną terapię, nie liczę na wyleczenie ze strony rządowych medyków w rodzaju dr Ewy Kopacz, ani na żadną pomoc Państwa Opiekuńczego (PO). Mam alibi: czy sowiecki dysydent Władimir Bukowski został uzdrowiony w psychuszce ze słynnej schizofrenii bezobjawowej? No, nie. Jego groźna dla otoczenia choroba polegała na tym, że komunizm mu się nie podobał, co drastycznie odbiegało od normy w szalenie rozsądnych czasach ZSRR. Ja jestem tylko skromnym polskim wariatem – z żółtymi papierami na „Zielonej Wyspie” III RP. Taki bezobjawowy smoleński schizofrenik jak ja (czyli „сумасшедший”) może już o sobie przeczytać literackie dziełko – powieść Martyny Żandarskiej-Ochnik pt. „Oszołomy”.



Właściwie jest to tylko lekko „podrasowany” reportaż. Przed oczyma współczesnego czytelnika przesuwają się dobrze znane sceny: telewizyjne relacje z katastrofy, obrazki z Krakowskiego Przedmieścia z okresu „wojny krzyżowej”, akcje przeciwko ACTA. Wydarzenia i miejsca znane z medialnych doniesień są pokazane z prywatnej perspektywy, przefiltrowane przez subiektywny ogląd. Widzimy młodych ludzi w modnych warszawskich lokalach, podglądamy dwudziestokilkuletnie bohaterki w klubie „Krytyki Politycznej”, jesteśmy świadkami anty-propagandowej akcji OB-CIACH polegającej na publicznej lekturze prawicowych gazet i magazynów uznanych za „żenadę” przez Salon. Podsłuchujemy typowe rodzinne dyskusje i kłótnie politycznie podzielonych Polaków, podczytujemy portale oraz fora internetowe z charakterystyczną dla takiego wirtualnego „hyde parku” mieszanką komentarzy i trolowania, szokującą wielu odbiorców miszkulancją zwykłych bluzgów i trafnych diagnoz. Bohaterowie też są skrojeni na potrzeby chwili; każdy może wybrać kogoś dla siebie, kogoś z kim mógłby się utożsamić. Czy nigdy nie myślałeś jak Maciek, żeby zdobyć pieniądze, które pozwoliłyby ci w końcu na ucieczkę z Polski, bo przecież w „tym kraju” żyć się już nie da; zarobić choćby na tłumaczeniu głupawej książki, z którą nic cię nie łączy, jakiejś lewackiej ramoty, socjologicznej niemieckiej piły? Czy nie przeżyłaś nigdy dylematów Sary, wziętej autorki artystowskich, pustych zdjęć o niczym, która nagle odkrywa obiektywną prawdę o fotografowanej polskiej rzeczywistości i idzie za tym realizmem, płacąc za to cenę wykluczenia, towarzyskiego i zawodowego ostracyzmu?

A co w tym „oszołomskiego”? - zapytasz. Przecież podobnych sytuacji przeżywamy wiele. W życiu zawsze znajdzie się miejsce na jakiś drobny, zgniły kompromis albo odrobinę nonkonformizmu. Nie wymaga to ani szalonej odwagi ani totalnego prostytuowania się, ot zwykły gest, ruch w jedną czy w drugą stronę. Skąd zatem ten tytuł- „Oszołomy”, czy to aby nie przesada? Gdzie się kończy granica zwyczajności, w którym miejscu zaczyna się obszar przekroczenia? Kiedy wiadomo, że wkraczamy w domenę anty-ustrojowej schizofrenii, która i dziś ma przecież charakter „bezobjawowy”? W powieści Martyny Ochnik pojawiają się wyraźne symptomy naszego szaleństwa jak Dickowskie „trzy stygmaty Palmera Eldritcha”. W fabule amerykańskiego wizjonera były to stalowe zęby, takaż dłoń oraz sztuczne oczy psychodelicznie „prześwitujące” przez niektóre postaci. W „Oszołomach” ta Inna Rzeczywistość wyglądająca spod codzienności III Rzeczypospolitej to ślady i konsekwencje smoleńskiej zbrodni: klatka z filmu ze sceną egzekucji na osobie, która uratowała się z rozbitego tupolewa; zlecenie mordu na opozycjonistach- pokazany z całą dosłownością mechanizm bezpieczniackiej prowokacji, oraz senna wizja słynnego Oberredaktora z jego esbeckim albo kegiebowskim Mefisto rodem z Bułhakowa i korytarzem pełnym półek z wiadomymi papierowymi teczkami, kryjącymi sprzedajną przeszłość. To jest ten Inny Świat, ten sam co zawsze, piekło totalitaryzmu otwierające się za drzwiami przeciętnego budynku, albo ujawniające się niespodziewanie po otwarciu załącznika w mailu od dawnego znajomego, Rosjanina który znika jak odpustowy diabeł w czeluści pudełka. To nie jest jednak metafizyka, chyba że wkraczający nagle do mieszkania bohatera funkcjonariusze ABW, poszukujący w komputerach Maćka multimedialnych dowodów smoleńskiej zbrodni, są w istocie Apostołami Biesowatej Współczesności.

My- oszołomy łapiemy się na takich myślach.

Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (7) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest trzy razy sześć? wpisz liczbę

Wyślij »
2011-05-13 13:13  Kule i Krzyż
2011-04-18 13:13  Piłsudczyk
2011-04-13 13:13  wzrok/widzenie
2011-04-12 13:13  Autobus czerwony
2011-03-15 08:08  Motyw z Mandelsztama
2011-02-15 15:15  GRA W 'ZAMEK' NA CD
2011-01-13 13:13  głos znikający
2011-01-10 08:38  ze zdroju zdrad
Kalendarz