Bogdan Zalewski
10 sierpnia 2010, 20:38

Motto:

"Podczas gdy ziemia samotna śni,
czuwa biały księżyc; czuwa Człowiek
na krzyżu, kiedy ludzie śnią,
czuwa Człowiek bez krwi, Człowiek biały
jak księżyc czarną nocą;
czuwa Człowiek, co krew swoją oddał,
by narody wiedziały, że są ludźmi."


Miguel de Unamuno "Chrystus Velazqueza"
Zacząłem spiskować i spisywać te słowa wczoraj późnym wieczorem, o 20:38 w poniedziałek dziewiątego sierpnia, mając w pamięci, że następnego dnia rano miną dokładnie cztery miesiące, jak zatrzymał się w Smoleńsku zegarek generała Błasika, a ja siedzę sobie w ciszy, sam we własnym pokoju, oczekując z niepokojem na to, co przed północą ma się stać w Warszawie, mieście janusowym, o jednej- szlachetnej, poważnej twarzy i drugiej- wykrzywionej, pijanej cudzym nieszczęściem; siedzę sam w ten sierpniowy wieczór polskiego czasu przesilenia, snując porównania z innym krajem i zaglądając do ostatnio przeczytanych książek. W "Bitwie o Madryt" Grzegorza Górnego i Tomasza P. Terlikowskiego znalazłem znaczący cytat-refren: "Kiedy w 1982 roku na czele rządu stanął socjalista Felipe González, wówczas wicepremier w jego gabinecie Alfonso Guerra wypowiedział znamienne zdanie. Stwierdził mianowicie, że za dwadzieścia lat Hiszpanii nie rozpozna nawet rodzona matka." Zastanawiam się, czy ci hunwejbini wulgarnego hiszpańskiego zapateryzmu w Polsce, którzy wychynęli nocą ze swych klubowych nor, by wrzeszczeć na ulicach stolicy, są nadal synami własnych matek? A może ich rodzicielki rozpoznają się w swoich nie-boskich pociechach, noszących na tiszertach satanistyczne pentagramy i charczących do mikrofonów "Odwrócony krzyż !!!"? Może nie doceniam matek-Polek, widząc w nich same smoleńskie żałobne figury jak z Grottgera, a tu spora grupa tych pań jest już po innej, ciemnej stronie mocy, więc ich dzieci mają utrudnione zadanie- muszą jeszcze głośniej łamać kolejne polskie tabu?

Anarchizujące grupy Młodziaków nawołujące się przez Internet- globalnymi cyber-bukwami słynnego "fjejsbuka", zebrały się naprzeciw prostego drewnianego krzyża, od wieków tego samego, pokazując go jako drzazgę w cudzym oku, nie widząc wielkiej belki we własnym, przekrwionym ślepiu Cyklopa, zbiorowego potwora zwanego miejską tłuszczą, lub "liberalnym" lumpenproletariatem. Przed momentem widząc na ekranie, co się dzieje na Krakowskim Przedmieściu, wolałem wrócić do siebie, na moje krakowskie przedmieście- powróciłem mentalnie do swojej Nowej Huty, do pokoiku i biurka, na którym wciąż leży otwarta księga Miguela Unamuno z jego mistycznym poematem opiewającym Chrystusa Ukrzyżowanego, inspirowanym malarskim dziełem Mistrza Velazqueza. Miałem teraz przed oczyma inną -głęboko wierzącą- Hiszpanię, wcale nie tę aż do przesady dewocyjną - i to odgórnie , z nakazu państwa, jak za generała Franco, kiedy urzędnicy przed kościołami sprawdzali listy obecności na mszy. Unamuno żył wcześniej, umarł w pierwszym dniu hiszpańskiej wojny domowej, w ostatnim dniu 1936 roku (w którym, jak zanotowałem sobie na osobistym marginesie, urodził się mój ojciec). Poemat "Chrystus Velazqueza" Unamuno zaczął pisać w 1913 roku i pracował nad nim aż do 1920 - roku publikacji. Przez siedem lat targało nim zwątpienie , także religijne- w samo Zmartwychwstanie. Spoglądam na pusty, drewniany krzyż na Krakowskim Przedmieściu i też nie jestem pewien, zwłaszcza, gdy do uszu sączą mi się słowa z telewizora ustawionego na TV Onych, słowa księdza Adama Bonieckiego: "Nieszczęściem jest to, że krzyż - znak religijny - został zawłaszczony przez ludzi prowadzących akcję polityczną."- troszczy się ten kapłan, redaktor "Tygodnika Powszechnego". "Powszechny" to inaczej "katolicki", ale i tu zaczynam mieć poważne wątpliwości, bo czytam o środowisku "Tygodnika" bardzo nieprzychylne sądy z ust innego kapłana, którego cenię za mądrość, odwagę i niezależność sądów. Ksiądz profesor Waldemar Chrostowski w wywiadzie-rzece "Kościół, Żydzi, Polska", nie szczędził krytyki krakowskim intelektualistom katolickim za uległą wobec żądań środowisk żydowskich postawę w sprawie przenosin klasztoru karmelitanek z terenu obozu w Auschwitz oraz innego słynnego krzyża - papieskiego. A tak na marginesie dowiedziałem się z tej książki, jak bardzo symbol chrześcijan może być znienawidzony nie tylko przez wojujących ateistów, komunistów i lewaków wszelkiej maści, ale także przez inne osoby wierzące - ortodoksyjnych Żydów. "Tradycja żydowska zakazuje pewnych gestów: Żyd nie może siedzieć z założonymi rękoma, by nie przypominało to krzyża; z tego samego powodu nie może założyć nogi na nogę. Żydowskie dzieci na lekcjach matematyki nie używają na oznaczenie dodawania znaku 'plus', czyli dwóch przecinających się kresek (+), gdyż przypomina to znak krzyża. Inny przykład: ortodoksyjny Żyd ma obowiązek cichego wymawiania przekleństw na widok chrześcijańskich symboli religijnych- krzyża, kościoła czy kapliczki. Mówiąc prawdę, chyba lepiej o tych uwikłaniach nie mówić, bo wywołuje to najpierw zdziwienie, a następnie irytację i wzburzenie." - podkreśla wybitny teolog, ksiądz profesor Chrostowski, kierownik Katedry Egzegezy Starego Testamentu i Zakładu Dialogu Katolicko-Judaistycznego na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Przeczytałem wywiad z warszawskim biblistą i odtąd jeszcze inaczej postrzegam tę słynną przed laty anty-krucjatę rabina Weissa w Auschwitz, prowokującą późniejszy konflikt o chrześcijański symbol na żwirowisku. Z drugiej strony z dużym szacunkiem patrzę na postawę młodego Żyda, sfilmowanego przez ekipę telewizyjnych Wiadomości podczas obecnej konfrontacji na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Mimo, że zdystansował się od obrońców krzyża, jednocześnie wziął w obronę tę grupę wiernych, którzy modlitwą odpowiadali na wulgarne zaczepki i prowokacje motłochu zebranego w stolicy. Są takie chwile, że chcę jeszcze śledzić doniesienia w mediach, ale najczęściej z uczuciem ulgi gaszę sprzęt nad biurkiem, mały odbiornik na wysięgniku, zwłaszcza kiedy- ustawiony na tym czy owym kanale TV Onych- zamienia się w kołchoźnik przedwcześnie triumfującej władzy, opluwającej pokonanych przez liczne medialne tuby: coraz głośniejsze i coraz głupsze.

Absurdalne to codzienne ślęczenie przed magiczną skrzynką. Pojęcia nie mam, po co normalni ludzie trawią aż tyle cennego czasu na oglądanie tych wszystkich bzdetów i bzdur wygadywanych przez gburów z ekranu. Ja, gdybym nie zarabiał na życie jako dziennikarz, wcale nie oglądałbym dzieł wielu tele-dziennikarzy i nie słuchałbym przewidywalnych, pleonastycznych komentarzy ich komentatorów. Niestety nie mogę całkiem od tego uciec, muszę to w miarę regularnie śledzić, z zawodowego obowiązku, z konieczności tak zwanego "trzymania ręki na pulsie", co jest chronicznym samookłamywaniem się, ponieważ "puls wydarzeń" od dawna bije już gdzie indziej, w niezależnym obiegu prawdziwych informacji. Główne oligarchiczne telewizje w naszym kraju a także gros tzw. tytułów prasowych (tytułów do niesławy) to typowe semantyczne maszynki recyklingowe, przeżuwające w kółko tę samą propagandową papkę - jak za PRL-u. Oto fenomen: dziedziczenie memów w mediach! Niemal ten sam ton komentarzy, co wtedy, mimo, że to zupełnie inni komentatorzy; skąd się wzięło to samo, pełne pogardy, kadrowanie wroga, mimo, że tele-kadra się przecież zmieniła? Bez mediów kiedyś można było żyć, a mimo to wiele wiedzieć, jak w latach osiemdziesiątych, kiedy nie szukałem wiadomości w oficjalnym obiegu, nie spoglądałem na nic, co zaszeleściło mi gadzinową gazetą czy zabłysnęło fałszywym blaskiem lisio-srebrnego, krzywego ekranu. A dziś? Po latach życia po tej i po tamtej stronie strumienia (dez)informacji zauważyłem, że do wnikliwego zapoznania się z faktami i prawidłowego rozpoznania ich sensu, wystarczyłaby mi skromna dzienna porcja ledwie kilku suchych depesz oraz może czasem parę statycznych bądź ruchomych obrazków, bez fonii. Im mniej całej tej otoczki ideolo-, tym lepiej, tym bliżej sedna spraw. Reszta polegałaby wyłącznie na mojej własnej aktywności myślowej- najczęściej pod prąd szerokiego strumienia skojarzeń płynącego z dominujących stacji, pod prąd ich głównego nurtu, na przekór mylącemu wszystko, mielącemu młynowi totalitarnej machiny semantycznej.

Tak, jak teraz na temat krzyża w Warszawie- trzeba mi zająć jak najbardziej wyraziste stanowisko, stanąć wbrew bezwolnej, bezrozumnej masie, ogłupionej młodej kohorcie, która płynie w nocy ciemną rzeką ulicami stolicy, płynie na zawołanie, na zew zła, aby wylewać tę swoją fałszywą "lepszość" na wysepki zahukanych konserwatystów, wiernych tradycji, nie wierzących w Nowy Wspaniały Świat, ufundowany na trupach polskich patriotów, świat gwarantowany przez tandem Komorowski-Tusk, przyklepany (po plecach) przez ościennych możnych. Raczej nie usłyszę w najważniejszych "opiniotwórczych" mediach takich jak ten komentarzy, więc sam go sobie piszę, bez jakichkolwiek ambicji na wpływanie na czyjeś widzenie świata, ja takich celów sobie nie stawiam; piszę tu impulsywnie, z ręką na pulsie.

Erudycja gazetowa i telewizyjna zabija we mnie czystość spojrzenia. Zamiast pilnego śledzenia polit-poprawnej publicystyki, przypominającej inną - najstarszą - działalność publiczną, wystarczyłoby mi do pełnej wiedzy wyłapanie kilku podstawowych analogii, połączenie jednych drobin w związki, subtelne skontrastowanie z innymi oraz uparta codzienna samo-edukacja, mój indywidualny "tok" (bez "fm")- z mądrą książką w dłoni, jak najdalej od wiadomej gazety za dwa złote, w której wiadomości dla mnie za grosz, wyłącznie gnoza i hipnoza. Niestety w moim zawodzie nie da się żyć dłużej niż trzy tygodnie urlopu w tak dużym dystansie od biuletynów Nowego Wspaniałego Państwa. Po przerwie znów trzeba wpaść do kiosku po prasę, a raczej znowu wpadać pod ich prasę. Czy nie da się całkiem uciec od promieniowania propagandy, tej podczerwieni sączonej z ekranów i szpalt?

Remedium na media? Ja mam swoją pamięć, więc jestem odporny, pamięć niezwykłą i zwyczajną. Mam swe pamiątki osobiste, oraz wspomnienia osobliwe przekraczające granice "ja". Moje myśli krążą często między mną a moją matką, moje słowa odnajduję w ustach mego ojca. Komuniści, neokomuniści oraz wszelkiej maści lewaccy rewolucjoniści uznaliby to za kolejny dowód, że mam osobowość prawicową, konserwatywną, ba! faszystowską, bo właśnie ona rodzi się w łonie każdej reakcyjnej rodziny. To tu, twierdzą oni, na tej pożywce moheryzmu , w tym radiomaryjnym mikrokosmosie totalitarnego państwa, tworzony jest model religianckich zachowań, przeklęty mistyczny światopogląd, który należy zniszczyć, unicestwić! (Razem ze znienawidzoną przez nich tradycyjną rodziną). Słynny psychoanalityk Wilhelm Reich w "Psychologii mas wobec faszyzmu" pisał wprost w latach trzydziestych XX wieku: "Psychiczne treści religijne mają źródło w relacjach rodzinnych z wczesnego dzieciństwa." Ten trop byłby może trafny i w moim przypadku, gdyby na typowy obraz rodzinnego polskiego katolicyzmu nie nałożył mi się w dzieciństwie inny, autentycznie "religiancki", sekciarski model - komunizm w wersji radykalnej, wprowadzany w mojej Nowej Hucie, w planach Sowieciarzy - mieście bez jednego kościoła. Tak więc, mam wciąż przed oczyma archetypy i symbole dwóch zwalczających się wiar : długiej tradycji religii chrześcijańskiej i komunistycznej herezji świeżo implementowanej z Sowieckiej Rosji. Taki jest mój kontekst Chrystusowego krzyża w Polsce, a wpisana jest weń nasza narodowa Golgoa - Kayń (jako konkretne miejsce kaźni i jako eschatologiczny znak- zew obowiązku, jak Shoah dla Żydów). Nie można już dziś ot, tak jak przez dziesięciolecia PRL-u pomijać tego faktu, bredząc anachronicznie o świeckim państwie, jakby się nadal żyło w państwowym niby-bycie sprzed 1989 roku. Hop, hop! Tu jest Polska - Anno Domini 2010 - cztery miesiące po nowym Katyniu, a kto znów chce usunąć go w cień, zepchnąć kolejny raz do naszej polskiej podświadomości, ten współpracuje z Id, naszym wrogiem- mrocznymi Psycho-sowietami. Czyniąc to, bardzo wiele ryzykuje. Przypuszczam, że czeka nas cała seria dramatycznych zdarzeń. Zabrzmiało to profetycznie, więc i trochę śmiesznie w moich ustach, ale ja mam już dosyć tej całej wszechobecnej ironii, nieustannego wycierania sobie gęby gębą Gombrowicza, jak to czyni ten pozer w sztucznych okularach- zerówkach na nosie. Miejmy więc choć przez moment w nosie tę pseudofilozofię blagi, pastiszu i persyflażu. Pomówmy poważnie - o krzyżu.

Obraz tego symbolu, który widzę na ekranach powiek, nakręcono mi w realu, kiedyś tam - w plenerze, w dzielnicy mego dzieciństwa, na ulicach Nowej Huty, tym, w założeniu projektantów komuno-utopii, ulepionym z samych mrzonek mieście-cieście świeckiej, wschodniej Gnozy. Gdy spotykamy się po latach w gronie rodzinnym, wszyscy pamiętający ten cały Kraj Raj Rad nad Wisłą, przywołujemy historię zaklętą nie w piśmie a w mowie. Rodzice wspominają płonącą nowohucką Radę Dzielnicową podczas batalii w obronie Krzyża w 1960 roku, ZOMO-wców sprowadzanych ze Śląska, by tłukli miejscowych chrześcijan ciężkimi pałami. Jak dziś tak i wtedy świecka władza oświecona składała obietnice swoim poddanym , aby za chwilę złożyć je w kostkę i schować sobie do kieszeni szpiegowskiego płaszcza. Banalny schemat sprowokowania zamieszek: najpierw obiecać zgodę na budowę (pomnika, kościoła)- a potem "zwyczajnie" zmienić zdanie. Przypomniałem sobie tę "hucką" historię z PRL-u, kiedy ujrzałem hucpę Jacka Michałowskiego. Ten minister nowego prezydenta uciekając przed tłumem i pytaniami o znak pamięci ofiar smoleńskiej katastrofy, przypomina mi takiego zakłamanego komuszka z poprzedniej epoki, i nic nie zmieni mojego widzenia jego osoby, ani jego gładka gadka ani rodowody: niby inna władza a tak samo mataczy.

Pragnę tu jeszcze podkreślić, że jestem rodzinnie uodporniony na argumenty salonowych cmokierów europejskiej "świeckości państwa" w rodzaju Macieja Gduli, publicysty "Krytyki Politycznej", który swój tekst w prasie codziennej zatytułował "O jeden krzyż za daleko". Nie tylko dlatego nie działa na mnie ta jego retoryczna trucizna, że on sam ją osłabił, nazywając swoje przemyślenia dywagacjami (najwyraźniej myląc logiczny wywód z gadaniną nie na temat): "Gdyby w całej sprawie chodziło tylko o pamięć o Smoleńsku, o kompromis byłoby znacznie łatwiej. W radiowej Trójce dywagowaliśmy na ten temat z Piotrem Semką, publicystą „Rzeczpospolitej” (...)" Niestety za dywagacje muszę uznać kolejne zdanie z jego tekstu: "Czym innym była jednak walka o krzyż w Nowej Hucie, kiedy władze nie godziły się na swobodę kultu religijnego, a czym innym stawianie krzyży w instytucjach publicznych demokratycznego państwa polskiego." No, więc tłumaczę raz jeszcze, Towarzysze: w 1960 roku nie szło wyłącznie o wolność religijną, ale -zupełnie podobnie jak dziś- o powszechne prawo do prawdy o tym, co dzieje się w naszym kraju za parawanem propagandy. Dotarło? Jestem pewien, że nie, bo Gdula i jemu podobni (a imię ich Legion) musieliby nagle zakończyć swoją rolę krypto-ideologów kłamliwego Systemu, musieliby przestać udawać lewackich outsiderów, i stać się autentycznymi niezależnymi analitykami, aby zobaczyć, co kryją kolejne, nakładające się na siebie, teksty politycznego polskiego palimpsestu, jaki rysunek ukrywają pod głębszymi, ciemniejszymi warstwami rzeczywistości Najjaśniejszej Rzeczypospolitej PO-skiej. Nie, pan doktor Gdula woli diagnozować inne schorzenia- przypadłości rozwydrzonych histeryków, hipochondryków kochających inaczej, z ich pluszowymi krzyżami, na których cierpią w III RP swoje niewysłowione homoseksualne katusze.

Retoryka to człowiek. Oto dla porównania próbka odmiennego stylu Gduli w tekście o innych obrońcach sprzed lat, cytat z publicystycznej interwencji opublikowanej w sieci w 2004 roku, dokładnie pierwszego kwietnia i faktycznie - jak dla mnie- jakby w Prima Aprilis.: "Kiedy w piątek rano z klubu Le Madame wynoszono jego obrońców, nie była to po prostu eksmisja jednego z warszawskich klubów. Komornik i wynajęci ochroniarze nie reprezentowali na Koźlej właściciela, który chce odzyskać kontrolę nad swą nieruchomością. Reprezentowali rządzącą partię, krok po kroku wprowadzającą neokonserwatywny porządek." Ach, ci cierpiący inaczej pieczeniarze nowego ustroju, hołubieni na każdym kroku! Nawet ich rokosze są takie ... rozkoszne! Nie ma się co oszukiwać, nasza władza kochana najwyraźniej dąży do tego, aby były to niedługo jedyne "protesty społeczne", akceptowalne przez zamordystów za sterami Państwa. Już widać, że właśnie taka kontestacja -ze strony mniejszości seksualnych i klik pseudo-artystycznych będzie dopuszczalna w Polsce, taką krytykę polityczną będzie tu można jeszcze uprawiać. Jedna wielka lewacka zasłona dymna! Ci pseudo-buntownicy tylko żerują na pokładach autentycznego niezadowolenia; żyrując to, co się naprawdę złego dzieje w kraju nad Wisłą ze strony rosnącego w siłę reżimu. Prawdziwi kontestatorzy- narzuconego Polakom systemu zakłamania oraz finlandyzacji kraju w relacjach z państwami ościennymi- będą nadal eliminowani, jak można się już domyślić, wszelkimi sposobami i to nie tylko z tak zwanego "dyskursu publicznego". Jak mawiają najstarsi Irokezi w Polsce: różowi z czerwonymi znów się dogadają, ułożą się, kiedy szpak dziobie bociana, a kiedy przychodzi zmiana. Janusz Rewiński - jeden z niewielu uczciwych i dowcipnych satyryków w naszej nieśmiesznej ojczyźnie- wymyślił na ten układ trafną formułę: "Jedni będą propozycją, drudzy będą opozycją i tak na przemian." Tak zmieniać , by nic nie zmienić, rąsia rąsie myje, czasem nawet z krwi.

Egzaltacja? Być może przesadzam i przeceniam wrogów tradycyjnie pojmowanej wolności. A skoro już piszę o takich mrocznych intrygach, to czemu się przyczepiłem do bogu ducha winnego Macieja Gduli? Dlaczego się uwziąłem by tu "ugotować" tego jednego, biednego, lewackiego jajogłowego? Powód jest banalny jak polskie zło. Chciałem zwrócić uwagę na to zło w zarodku, w zalążku, na rajskiego węża w jaju, oraz swoistą ciągłość tradycji, która z tradycjonalizmem nie ma nic wspólnego. Mówiąc wprost: tę niewrażliwość na sacrum krzyża i jego symboliczny polski kontekst wynosi się najczęściej z domu. Ja jestem tego GENU pewien, i nic tu nie zmienią połajanki strażników polit-poprawności. Rodzina często warunkuje to, czyś jest po tamtej czy po dobrej stronie, czy masz korzenie w KPP, drzewem familii czerpiesz soki z kostnej próchnicy PRL-u, genealogię swą wywodzisz prosto z Informacji, a informacje o niej skrywane są w teczkach. Mój dom był bezpartyjny w poprzednim systemie, gdy partia była jedna tak na prawdę i dla większości znaczyła wszystko: być albo nie być w elicie dobrobytu, bez względu na talent i umiejętności. Jedynym miejscem, gdzie Polak w tym czasie mógł się poczuć równy sekretarzom-sowieciarzom był kościół katolicki i pamięć o tym, bez względu na fale przypływu i odpływu wiary, jest we mnie ciągle bardzo żywa. I tak się dziwnie składa, że wciąż nowy ktoś nie da we mnie umrzeć podejrzliwemu uczuciu wobec nachalnej świeckości państwa.

Ci, którzy plują na drewniany krzyż, sprawiają, że to drzewo wciąż nie więdnie: we mnie. Jako chrześcijanin czuję ogromną za to wdzięczność do agnostyka z "Krytyki Politycznej"- Macieja Gduli, który prawdopodobnie z domu rodzinnego wyniósł ten charakterystyczny dla PZPR-owskich działaczy szacunek dla cudzej wiary- innej niż komunistyczna. Wyczuwam u doktora Gduli ten subtelny ton syna partyjnego sekretarza już po transformacji, ten timbr następnego pokolenia humanistów świeckich, którzy w swojej argumentacji posługują się najczęściej Luhmannem a nie Leninem. Słyszę w stylu ideologa Krytyki Politycznej tę słynną tromtadrację lewackiej tolerancji, gdy z niezwykłą wyrozumiałością pisze o Polakach broniących prawa do Prawdy: "Nie mam żalu do tych ludzi, tak jak nie miałbym żalu do grupy postulującej postawienie przed pałacem pomnika latającego spodka, ale państwo nie powinno się na to godzić, bo wtedy się ośmiesza." To- z pewnością zdaniem Macieja Gduli bezkompromisowe- porównanie Krzyża i UFO nie powinno mnie właściwie dziwić. Traktuję to surrealistyczne zestawienie jako wytwór niedojrzałości Maciusia Pana; jest to swoista "art naïve" antykatolicko wytresowanej chłopięcej wyobraźni, w której tajemnica Chrystusa Wniebowstępującego staje się tanią sensacją niczym Niezidentyfikowany Obiekt Latający z newage'owych dworcowych broszur za piątkę. Niestety, żeby to choć C.G. Jungiem można było potraktować, pohasać psychoanalitycznie wokół "spodka" Gduli, zacytować raz czy drugi "Nowoczesny mit", a tu nic z tych rzeczy: prostackie antyreligijne diatryby.

Zostaw więc lepiej - mówię do siebie- tych oświeconych humanistów świeckich. I powtarzam sobie: jak najrzadziej zaglądaj do gazet codziennych, oraz tęczowo-kolorowych tygodników "opinii", nie oglądaj też za często telewizji, bo od niej - jak wiedzą widzowie stanu wojennego - robią się w głowie ino gwizdy. Pozostanie ci w nich głosów z kosmosu nasłuchiwać a wtedy znów tę całą, w końcu wywalczoną świeckość szlag najjaśniejszy trafi.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (1000) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest cztery razy sześć? wpisz liczbę

Wyślij »
2012-02-01 22:50  Poetka na Moście
2012-02-01 20:20  historia alternatywna
2012-01-31 19:35  propaganda - porównanie
2012-01-30 13:13  Tusk albo RWPG bis
2012-01-27 20:20  no future
2012-01-26 20:02  zmiana psa na kota z budy?
2012-01-25 20:02  znów lata sowa sowietów
2012-01-24 13:13  totalnie okablowani
2012-01-23 19:53  888
2012-01-21 09:55  KrZyWE nAWIjKI
Kalendarz