Bogdan Zalewski
23 czerwca 2011, 23:06

Akwarium Akwinaty

Motta:


„Kilka lat temu rada miejska Monzy we Włoszech zabroniła trzymania złotych rybek w kulistych akwariach. Autor uchwały tłumaczył, że to okrutnie trzymać rybę w naczyniu z zaokrąglonymi ścianami, ponieważ gdy patrzy ona na zewnątrz, widzi zniekształconą rzeczywistość. Jak się jednak przekonać, że doświadczamy prawdziwego, niezniekształconego obrazu rzeczywistości? Być może sami znajdujemy się w środku kulistego akwarium i oglądamy świat przez olbrzymie soczewki. Złota rybka inaczej postrzega rzeczywistość, ale czy w istocie obraz ten jest mniej realny od naszego?”

Stephen Hawking, Leonard Mlodinow „Wielki projekt”

„Są zatem trzy zasady natury, mianowicie: materia, forma i brak. Druga z nich, mianowicie forma, jest tym, ku-czemu dokonuje się powstawanie. Pozostałe zaś dwie zasady należą do tej dziedziny, z-której jest powstawanie. Stąd też materia i brak są tym samym co do podmiotu, lecz różnią się one co do racji. Na przykład ta sama bryła spiżowa jest zarazem czymś nieukształtowanym przed dojściem formy. Lecz z innej racji orzeka się, że coś jest spiżem, a z innej, że jest czymś nieukształtowanym. Stąd też mówi się, iż brak nie jest zasadą samą przez się, lecz że jest on zasadą przez przypadłość, o ile mianowicie współzbiega się z materią. Tak jak wtedy, gdy mówimy, że "lekarz buduje", dzieje się to przez przypadłość. Ów człowiek bowiem nie dlatego to czyni, że jest lekarzem, lecz robi to, ponieważ jest budowniczym, który akurat w jego wypadku współzbiega się z lekarzem w jednym podmiocie.”

Święty Tomasz z Akwinu „O zasadach natury”

"Samotność Osetyjczyka" (fot.B.Z.)

) początek był gdzieś w środku, a na dodatek zdublowany, bo gdy wracałem z Asią z „Melancholii” czwórką przez Lubicz, to już prawie na początku tej krakowskiej ulicy, teraz wektorze zachód-wschód, gdzieś na wysokości remontowanej kamienicy dostrzeżonej przeze mnie kątem oka przez pryzmat sferycznych okularów astygmatyka, jak stoi krzywo na baczność przy wiadukcie z kolejowymi torami niby stary dróżnik-wiarus, jakby czuwając nad prostolinijnością moich żelaznych dróg, czyli nad czymś, czego przecież upilnować w życiu za żadne skarby się nie da, a więc, jak mówię teraz trochę dookoła, na wygiętej osi tego gmaszyska, gdy się już przyjrzałem dokładniej, oplecionego pajęczą siecią rusztowań i zwieńczonego godłem nietoperza o rozłożonych, szeroko na świat otwartych skrzydełkach, przypomniałem sobie z całą mroczną jaskrawością tę makabryczną wczorajszą sekwencję wypadków, tak, że gdy ją prawdopodobnie za moment opowiem, to jakbym przeżywał ją już trzeci raz, no ale trudno, mogę nawet i czwarty, jeśli uznałem, że rzecz jest jednak warta jako takiego utrwalenia, chyba jak wszystko, co się w tym pełnym cudów życiu przydarza, a zwłaszcza takie zagadkowe historie, przypominające odrzucone, żenujące, filmowe scenariusze, że tak się sztampowo wyrażę, bo przecież tym razem nie chodzi mi o jakieś przepiękne – w moim mniemaniu- zdanie, pełne poukrywanych rytmów, rymów i szyfrów, a o najprostsze zrelacjonowanie wydarzeń, które same z siebie są dla mnie tak dziwne, że już żadnych ponadto udziwnień nie potrzebują, choć muszę przyznać, że musiałem się trochę zastanawiać nad formą, kiedy opowiadałem tę historię Asi w sobotę w tramwaju, a więc przy tylu obcych ludziach, wysuwających ciekawie ku nam uszy na szypułkach, tym bardziej , że mój głos , niestety, czy tego chcę czy nie, już od dawna jakby oddzielił się ode mnie, i był samodzielnym fenomenem, głos niczym gogolowski nos, jak tego wielokrotnie doświadczyłem, bo stawał się w miarę upływu czasu tym osobnym zjawiskiem, nad którego fonicznymi interakcjami z przypadkowymi odbiorcami nie mogłem do końca zapanować, a ja przecież nie dla chwilowej tramwajowej sławy chciałem zrelacjonować Asi moje ostatnie przeżycia, po prostu liczyłem, iż to moja starsza córka pomoże mi rozwikłać te poplątane nici życia, z widmowym kipu fałszywych węzłów fabularnych, tym bardziej, że w trakcie tego mojego desperackiego sprawozdawania- scenicznym szeptem na podeście w wagonie- za oknami sunącego po szynach wozu wysunął się właśnie widok miejsca, od którego zaczął się cały ten straszny epizod, choć przecież jego źródła sięgają jak zwykle moich wcześniejszych przygód, ale o tych meandrach być może opowiem potem, bo wtedy w sobotę w czwórce córka zapytała mnie prosto z mostu, czy właśnie tu był początek, więc zgodnie z aktualną prawdą odpowiedziałem- tak, tutaj za tą przeszkloną wiatą zobaczyłem wczoraj tę utrąconą do połowy ciemną butelkę po piwie, tak zwanego tulipana, topologię stuloną ku własnej tajemnicy, paradoksalną bryłę stojącą na baczność na niskim ceglanym murku i szczerzącą swe mięsożerne kwietne płatki nieopodal rojnego przystanku, a ludziska stali jak gdyby nigdy nic, jakby te niegroźne dla ludzi zęby miały zjadać się same, jakby butelka gryzła się sama w sobie w akcie kleinowskiego kanibalizmu, więc zebrani pod wiatą nie reagowali, przypominając Brueghlowską leniwą przyrodę z zapracowanym oraczem, nieczułym na ten drobny upadek Ikara, nic takiego –zwykła goła noga z wody, tak jak teraz kawałek s a m o r o z s z a r p u j ą c e g o się szkła, wyłaniający się z betonu jak samobójczy alchemiczny pelikan, i nie było na to żadnej odpowiedzi, mimo że to wszystko, co się tu stało, było jeszcze takie aktualne, bo na powierzchni chodnikowych płyt, jeszcze dzień po, widać było wciąż ten okropny czarny szlak, i to nawet z odległości okien tramwaju, więc Asia nagle spoważniała, bo miała żywy dowód, że nie konfabuluję, i w żaden sposób nie ubarwiam tej rozlanej krwi, ta posoka pozostała na płytkach po wczorajszej tajemniczej jatce niby stary inkaust, śmiertelne pismo na cyrografie trotuaru posypane drobniutkim piaskiem dla wyschnięcia, tylko, że kiedy wczoraj wysiadłem na Lubicz, ta organiczna ciecz, która wyciekała z jakiejś nieobecnej, nieuchwytnej, sunącej gdzieś przede mną rany, była całkiem świeża, bo ślady świeciły na czerwono w słońcu czerwcowego wieczoru, jak znak stop, ja jednak podążałem dalej tym śmiertelnie groźnym tropem wysforowanej do przodu, niewyobrażalnej, otwartej jamy w żywym ciele, ale dlaczego w ogóle tam się znalazłem, na tym polu niewidzialnej wojny, nie z braku wrogów, a z powodu ich nieuchwytności, z jakiego powodu spędzałem zaplanowany, idylliczny czas na tej znielubionej od razu ulicy Lubicz- przed utopijnymi, szklanymi domami, przezroczystymi biurowcami Krakowa, niby kolejnymi dowodami na trwającą prawie ćwierćwiecze neo-komunistyczną pieriestrojkę i propagandową 'głastnost’, lecz z jakiej innej ważnej przyczyny zawędrowałem aż tu, tak daleko od samego siebie, po osi Wschód-Zachód, oddaliwszy się od mojej rodzinnej nowohuckiej psycho-domeny, żarliwie bronionej rubieży osobistego samo- wykluczenia, noli me tangere niecierpka pospolitego, albo innego kwiatu z bukietu chronionej flory Nowohuckich Łąk, florystycznego symbolu mojego pokwietniowego kwietyzmu, samo-odcięcia się od obrazu świata dobrze zakamuflowanych zbrodniarzy na szczytach, złodziei w brudnych białych kołnierzykach, i ich cynicznych paserów, oraz coraz głupszych, pomimo szkód, tłumów Polaków- o statusie co najwyżej gapiów, człapiących karnie do urn wyborczych, by łatać najdrobniejsze personalne dziury i braki w mafijnych sieciach, sidłach sitw, więc zdecydowałem o swojej świadomej auto-izolacji, wyrzuceniu się poza nawias, prywatnym energetycznym black-oucie po mrocznej epifanii dziesiątego kwietnia, która nagle zatrzasnęła mnie w sobie, otwierając mi oczy, szeroko wcześniej zamknięte, i tak otwieram się na nową, o wiele dłuższą historię, która tu nagle wkracza, wprawdzie trochę nieproszona, ale muszę ją gdzieś umieścić, bo inaczej niczego nie zdołam wyjaśnić, ni sobie ni komukolwiek innemu, tylko, że z drugiej strony nie jestem pewien, czy jej opowiedzenie rzeczywiście rzuci nowy snop światła na scenerię tej późniejszej mrocznej, szklanej narracji, czy też zaciemni sprawę jeszcze bardziej, a co więcej znów będę się musiał odwołać do Amfiego, jakbym obsesyjnie wracał do jednej postaci jakiegoś super-kreatora wydarzeń, a przecież to nie jest żadna moja paranoja, cokolwiek sobie na ten temat mógłby ktokolwiek pomyśleć, po prostu znów tak się tego dnia złożyło, w znaczeniu jednej z wielu przypadłości, że Amfi akurat jechał po pracy swoim sławnym, archaicznym, stylowym Mercem do Krokusa, gdzie?- zapytałem w newsroomie, tej szklarni kwitnących faktów, bo nic mi ten jego Krokus nie mówił, i dopiero, kiedy Tomek doprecyzował, że chodzi o tę galerię na Komorowskiego- Bora, nie Bula- to mnie nagle oświeciło, że ma na myśli mojego starego poczciwego Geanta, oczywiście żadnego Geanta tam już dawno nie ma, ale siła przyzwyczajenia, czy też przyczajenia znaczeń, bywa mocniejsza od wszelkich roszad własnościowych i to pewnie z jakąś wielomilionową podatkową hochsztaplerką w tle, jak to w Polsce, tym zaledwie lokalnym epizodziku w całym oceanie oszustw, które pewnie prędzej czy później zaczną wszędzie wyłazić na jaw, jak pakuły z pokładu tonącego statku, wychodzić jak kwiaty zła spod sztucznego śniegu przykrywającego brudy infernalnych, banksterskich metropolii, ale na razie ja, po uczciwej kilkudniowej radiowej robocie z wolnym weekendem w nagrodę, rozpościerającym się aż po dookolny horyzont mego kulistego szklanego akwarium, znów zabrałem się autem razem z kumplem, a że Amfi pełni funkcję producenta Faktów, prezentowanych przeze mnie w godzinach największej słuchalności, którą codzienny stres przedstawia mi w wyobraźni w postaci ekstremalnego filmiku, o tym jak cała nagle przyczajona przyroda zamiera w ciszy i łowi dźwięki niebosko wzmocnionej ludzkiej mowy, z głośników radioodbiorników porozsypywanych milionami, gęściej lub rzadziej, po całym kraju i dalej, sceny te są jak, nie przymierzając, podczas jakiegoś zaćmienia słońca albo innego spektakularnego kosmicznego widowiska apokaliptycznego, tak więc tych głośnych, antenowych tematów do rozmowy z Amfim zawsze jest bez liku, i to nie tylko na całkiem płaskiej płaszczyźnie jakichś technicznych, didżejskich uwag, oczywiście nie do zlekceważenia komentarzy ex post na temat awarii wozów transmisyjnych, sprzęgających mikrofonów, zanikających muzycznych podkładów, tych wszystkich brudów i bełkotów, bez których radio byłoby już kompletnie silikonowe, jak uporczywie powtarza inny Tomek, nasz super- wyrozumiały redaktor dnia, może dlatego , że jako fanatyk ekstremalnych garażowych gitarowych riffów spod znaku stoner rocka pewnie uważa sprzężenia za jedną z istotnych zasad nie tylko dźwiękowego świata, lecz –jak już wspomniałem- cała ta ważna, ale jednak, forma nie wyczerpywała moich rozhoworów z Amfim, które często dotykały samej istoty rzeczy i to na poziomie, który znacznie przewyższał ograniczone ambicje- telegraficznie podawanych na antenie z szybkością karabinu maszynowego, żeby się wyrobić na zakręcie do następnego bloku reklamowego- wiadomości z kraju i ze świata, bo Amfi jest bardzo na bieżąco z wydarzeniami i to na sposób, który mnie bardzo rajcuje, to znaczy mocno podkręcony, pogłębiony, poszerzony i przedłużony, że tak powiem: teologicznie, teleologicznie i eschatologicznie, ponieważ jego zainteresowania są naturalnie ukierunkowane na sprawy ostateczne, które i dla niego i dla mnie, jak pewnie dla niewielu takich jak my radiowych weteranów, medialnych starych wyjadaczy, pamiętających jeszcze złote lata komercyjnej radiofonii z początku RPRL-u, dzieją się każdego dnia, co też podkreślamy obaj, za każdym razem, spektakularnymi znakami krzyża, po prostu żegnamy się na powitanie drogi pełnej przygód, kiedy zaczynamy zjeżdżać w dół obok ceglanych fortów okalających przesławny Kopiec, zamaszystymi asfaltowymi serpentynami, jak po kręgach inferno albo paradiso, kto to wie, mijając naturalne katedry starodrzewu przy spacerowej alei, kwietne pola nadziei już bez żadnych żółtych żonkili, a potem odrestaurowany, jak nowy, Diabelski Most z lewa, i tak, na przekór epoce rozzuchwalonych ateistów, nie bojących się Boga bojowców, na pohybel tęczowym hedonistom walczącym, z ich parodystyczną pederastyczną kotwicą uwieszoną u dyndającego przyrodzenia, homo-wahadła Michela Foucault, oraz wbrew całej reszcie, że tak ich nazwę, batalistów-banalistów, całkiem rytualnie zaczyna się ta nasza, wydawałoby się prozaiczna, przejażdżka po pracy, więc siłą rzeczy tematyka naszych dyskusji też najczęściej bywa poważna, żeby nie rzec- pobożna, tudzież solidnie udokumentowana i solennie prezentowana jeden drugiemu, gdy Amfi pruje z góry swoim wielkim i archaicznie kanciastym niemieckim wozem, a ja w tym czasie obłymi ruchami rozglądam się ciekawie, starając się wygooglać niedowidzącymi oczyma z dookolnej przestrzeni bulwarowego realu to wszystko, co nadal mnie ekscytuje, od ładnych kobiecych nóg w letnich sukienkach, bo wiadomo- nie ma mocnych na tę moją słabość, męskie podglądanie pars pro toto przez podwójną szybę- bryli i bryki, po równie lotne i ulotne miejskie scenki, a także wyskakujące z jednolitego tła fenomeny przyrodnicze, czy też inne dromologiczne synekdochy w postaci szybkich jak flesze detali architektonicznych , a mimo to staram się nie tracić z innych , tych wewnętrznych oczu - mojej napuszonej duszy - głównego wątku danej chwili, tym razem, w to piątkowe popołudnie popów, prawosławnego motywu w papieskiej dyplomacji po śmierci Karola Wojtyły, a początek tkwił w mojej neurozie końca- bo w nawiązaniu do mojej samochodowej spowiedzi z ostrych brzusznych dolegliwości zakończonych nocą spędzoną na SOR, oraz kilkudniowym zwolnieniem z pracy i kolonoskopią w epickim gmachu szpitala imienia Stefana Żeromskiego, które to nabzdyczone jak żaba przez słomkę, pompatyczne badanie wykryło mi na szczęście tylko jakieś uchyłki w esicy- fragmencie krętej drogi wewnętrznej, którą ujrzałem potem na kolorowym wydruku, zacząłem Amfiemu streszczać swoje lektury na czas boleści i strachu przed rakiem, książki niby to od Sasa do lamusa, od mistyczno-dewocyjnego „Dzienniczka” Heleny Kowalskiej do dekadencko-konfesyjnego „Big Sur” Jacka Kerouaka, a przecież nie do końca przypadkowe, wpisujące się w moją, chyba pierwotną, prywatną dychotomię, arbitralny i dualistyczny podział kultury i cywilizacji według kłębiących się w człowieku mocy faustycznych i nakierowanych na Boga wektorów faustynicznych, pod którymi to pojęciami rozumiałem autentycznie błądzącą po cudnych manowcach starą ciotę Gnozę, oraz religijną ścieżkę kamienistej Dobrej Nowiny, czyli prawdy najprawdziwszej, która nie boi się wcale zarzutów żenady, tej skandalicznej szczerości szaleńczo zagłuszanej szastanymi zewsząd szumami szybkich szyderstw, aures multorum veritati clausae sunt, i tak jakoś same z siebie składały się i rozkładały przede mną kolejne autentyczne tomy, właśnie tak zgodnie z tą osią - dualistycznie, bo czytane najczęściej jednocześnie, tak jak ta „Cała jaskrawość” PRL-owskiego beatnika Stachury, po którą sięgnąłem nie bez atawistycznych oporów przed nawiedzoną gwardią epigonów barda Edwarda, wewnętrznych barier datujących się jeszcze na przedpotopową dekadę lat osiemdziesiątych, gdy –podobnie jak dziś- unikałem wszelkich toksycznych masowych zauroczeń, tych literackich epidemii licealnych i studenckich fascynacji, a jednak tamte opory i bariery szybko we mnie teraz przełamała fenomenalna forma i fabuła tej powieści, prosto z gara życia jak chłopską chochlą czerpanej, robociarskimi łopatami z głębokiego mułu epoki i haustami stachanowców ducha z butli nieba wysokiego, oraz na koniec lampami człeko-wilkołaków z nocnego pulsara pirotechnicznych energii, mówiąc wprost, z podpalonego naftą karawanu, rezerwuaru uśmierconej cywilizacji śmierci, i tym podobnych źródeł, podobnie jak ta symultanicznie czytana przeze mnie przesławna „Światłość świata”, niemal jak godzinki uporządkowany wywiad, podzielony według dni tygodnia, ale bez niedzieli, która ma w końcu rozpoczynać tydzień chrześcijanina, pierwsza zasada czasu a tu pierwszy brak rozmowy, warunkujący sześć następnych słownych sekwencji tego wywiadu przeprowadzonego przez nawróconego na katolicyzm niemieckiego dziennikarza z papieżem jak skała, ostoją stałości, prawdziwym konserwatystą, znienawidzonym przez różnych fircyków, także tych o wypomadowanych tonsurach, z perfumowanymi chusteczkami w kieszeniach sutann, i koronkową bielizną z wyhaftowanym palindromem ROMA- AMOR, a tu ponad nimi, poza ich perwersyjnym kołem, ten perswazyjny, suchy Papst, pilny Niemiec, przez ostatnie dekady prawdziwa opoka Watykanu, pokorny sługa jednej z trzech globalnych internationale, jeśli nie liczyć ciągle zielonego islamu, słynny Bawarczyk Joseph Ratzinger, który w pierwszym zamaszystym geście usunął troistą tiarę z papieskiego herbu, pozostawiwszy na nim mitrę, i jakby wielką mitręgę w swój pontyfikat wpisując jak w godło chrześcijańskiej misji, i właśnie jej cel stał się tym głównym momentalnym tematem, który pojawił się spontanicznie oraz w symbiozie z innymi, akurat wtedy, gdy powinien, kiedy jechałem z Amfim jego starym, porządnym niemieckim wozem do Geanta przemienionego cudownie w Krokusa, bo wbrew rechoczącym śmiechom rozbrzmiewającym z wnętrza tej głupawej i ciągle jeszcze bardziej głupiejącej epoki, obaj z kumplem byliśmy pewni, że jest naprawdę jakaś cudowność do odkrycia w tle każdego czasu, czasem tylko się tląca, jak dziś, przywalona duszącą płachtą rzeźnika, anty-całunem narzucanego zbydlęcenia, spod którego tak ciężko wyjść także mnie, zwłaszcza mnie, a jednak ta cudność jest ciągle gorejąca, nawet gdy już tylko symbolicznie, jak te zimne, elektryczne błyski wiecznego światła w nowoczesnych, posoborowych kościołach, podobnych do higienicznych pijalni mineralnych, poświęconych wód, chociaż te właśnie musujące w kulistym szkle suche iskry Innego, zamiast żywego płomienia igrającego z mezostychiczną osią knota zanurzonego w śmiertelnym wosku, otóż te oto wyładowania aseptycznego sacrum, odarte z materialnej dosłowności, całkiem już przeniesione do pneumatycznej sfery znaczeń, jak do przezroczystego klosza na lodowate mikropioruny skromniutkich teofanii, paradoksalnie samym swym istnieniem budziły mój największy niepokój, o niebo większy, niż gdyby wcale ich już nie było, a na ołtarzu z powyłamywanymi nogami, w pękniętym, szklanym sercu strąconej monstrancji celebrowano by brak Boga, uczucie podobne do lęku przed tą największą, gadzio zimną zagadką schowaną pod kamieniem milowym tajemnicy fatimskiej, łamigłówką dotyczącą ostatecznej roli Rosji, tą ciemną jamą, otwierającą się pod rozłożystym, dwoistym, schizmatyckim krzewem gorejących eurazjatyckich wydarzeń, których jesteśmy nieuważnymi świadkami i jednoczesnymi uczestnikami, zdarzeń o poskręcanych eschatologicznych korzeniach, bezmyślnie karczowanych przez prymitywnych drwali z ich nudnymi piłami, bo z rozmów z Benedyktem niedwuznacznie wynikało, że ten ukryty, wciąż dla mnie ezoteryczny wątek jest najważniejszy w jego pontyfikacie, jako momentalny rzecz jasna temat w długich dziejach całego Kościoła, jednak teraz- na obecnym etapie- nie tyle momentalny co monumentalny, czyli absolutnie kluczowy, jakby aż dwoma kluczami papieskimi oznaczony, próbującymi podmiotowo i przedmiotowo wniknąć do podwójnego zamku dwugłowego orła, jak tu próbuję na szybko złapać to nowe otwarcie w szybkim skojarzeniowym skrócie obrazowym, choć Amfi ujął to w piątek o niebo trafniej, nie bawiąc się jak zwykle w jakieś moje ostrożne przechadzki po skomplikowanych, labiryntowych korytarzach konwenansu i po niezliczonych komnatach w amfiladzie polit- poprawności , i z miejsca wyznaczył właściwy kurs rozmowy, omijając fałszywe halle i ślepe drogi, przechodząc śmiało sobie znanym trawersem do jaskini zła, prosto do przecudnego, przeklętego, pustego skarbca majaczącej mi w głowie idei autokefalicznego nihilizmu, gdy strzelił wprost w dziesiątkę koncentrycznej, ideologiczno-bezpieczniackiej tarczy, w sam środek cerkwi kagiebicznej, na co ja –uważny czytelnik Vladimira Volkoffa, a zwłaszcza „Gościa papieża”- zareagowałem z entuzjazmem, jakby trafiony celnym retorycznym strzałem w samą szyszynkę, w to kartezjuszowskie siedlisko rozjuszonej duszy a może też i samego przyczajonego szatana, bo kiedy repetowałem retoryczną broń, próbując zastrzelić Amfiego przenikliwym streszczeniem wywiadu z pancernym Ratzingerem, on chyba wyczuł w tym moim pancer-Fauście, pocisku kabalistycznym , rakiecie ziemia-niebo, jakieś mefistofeliczne nuty, diabelskie klastery, przydźwięki podejrzliwości, zwłaszcza w kontekście Smoleńska, gdy wyraziłem swój niepokój, że największa częstotliwość kontaktów Watykanu z Moskwą i Kościoła katolickiego z Cerkwią kagiebiczną przypada na lata 2009-10, a w kalendarium zamieszczonym na końcu książki tragedia 10 kwietnia w ogóle nie zaistniała, jakby wymazana wspólną podwójną gumką, miękką- Pierwszego i twardą- Trzeciego Rzymu, a wtedy Amfi jakby stężał za kółkiem swego słynnego krążownika szos, po czym powoli , trochę cedząc słowa, wypowiedział swoje mocne, nieznoszące sprzeciwu zdanie o siłach, które by chciały tę prawosławną tajemnicę katolicyzmu sprowadzić do takiego podłego, wulgarnego, wybrakowanego wymiaru, rodem z brudnej klatki schodowej w petersburskiej kamienicy małego Wowy Putina, w której reżyserka Ewa Ewart, jak jakaś Alicja Aliteracja, wypuszcza zaczarowanego szczura, dla lepszego efektu neo-socjalistycznego realizmu, ulubionego biograficznego stylu pożytecznych euro- liberałów, a ja pomyślałem natychmiast, że Amfi jest na prawdę w znakomitej formie, jak Witek z „Całej jaskrawości”, więc teraz składam mu hołd, podkładając pod grunt jego o wiele prostszej niż ta wypowiedzi wodne żyły mojej inwencji słowotwórczej, poetyckiej wynalazczości, z niesławnym szczurem w tabernakulum, blasfemicznym obrazem z jednej z moich sestyn, bo dalej przypłynęła mi do głowy już sama niby- Fatima, z przekorną, zakręconą, odwrotną pielgrzymką mentalną, a była to tak naprawdę anty-Fatima, odwrócone, czarne negatywowe słońce tęczujące, apokaliptyczny plan zbanalizowany do zwykłego geopolitycznego fatum, z jednym z jej fałszywych proroków, agentem Tomaszem Turowskim, którego nazwałem sobie ToTusem, smoleńskim Azefem, podwójnym prowokatorem cerkwi kagiebicznej oraz jej poddanych polskojęzycznych katabasów, nowych księży patriotów, tym duchownym- przebierańcem, traktującym liturgiczne szaty jak literalny, czarny płaszcz szpiega z krainy ruskich dreszczowców, каррамба!, któremu się zdawało , że trzyma przez czas jakiś w swych ćwiczonych w kłamstwie, spoconych na sucho rękach liczne sznurki, jak lejce słynnej globalistycznej trojki, bo jurny, durny i chmurny ubrdał sobie chyba, że może wszystko, bo jest jednym z tych, stygmatyzowanych przez dwóch gnomów z Kremla, starych gnostyków- pneumatyków, podpompowanych prestiżowo w uznaniu wcześniejszych zasług, za to, że wcześniej wstąpił do zakonu, rozumianego na modłę zmiennokształtnego orientalnego imperializmu, a w obecnym przebraniu zakonu rodem z geopolitycznych rojeń Saszki Dugina, biesowatej księgi pisanej krwawą cyrylicą, piórem wyrwanym nocą spod brudnego ogona żar ptaka, z końcówką maczaną w organicznym inkauście wlanym do kałamarza, tego samego którym Luter palnął w Mefistofela, słowa słowa słowa, przeżuwana piekielna pulpa, popijana wodolejstwem ze szklanki, którą z kolei Iwan Karamazow walnął w swojego Kusiciela, bo wszystko to diabelskim kołem młyńskim się obraca, i kto się wkręcił w ten krąg zdarzeń piekielny, kto wstąpił na tę kolistą ścieżkę, nigdy już z tego zakonu nie wystąpi, nawet gdy zrzuci z siebie te mimetyczne szaty od szatana, więc nie można nigdy ufać chwilowym pozorom, bo każdy pozór jest jak mimikra, czy w skali mikro czy też w wersji makro, pozory mylą i to w obie strony, w obydwa wektory na osi odwrócone od siebie grotami, jeden skierowany od praktycznego realizmu ku religijnej abstrakcji, to znaczy wymiarowi wykraczającemu poza zmysłową rzeczywistość figuratywnej ułudy księcia tego świata, drugi odwrotnie- od symbolizmu ku radykalnemu weryzmowi, naturalizmowi i pragmatyzmowi, bo tak naprawdę chciałem opowiedzieć Amfiemu skromną papieską anegdotę, zamiast tych wszystkich ciężkich, obarczonych podtekstami wywodów na temat agentów spod znaku geopolitycznej apokalipsy, którzy wykorzystują sztafaż religijny do swoich cynicznych intryg, na szczęście są jeszcze proste, zwyczajne historie, jak ta w sumie zabawna opowieść Benedykta o zimowym nakryciu głowy zwanym camauro, przypominającym czapkę świętego Mikołaja, kołpaczku uszytym z czerwonego aksamitu i podbitego futrem z gronostajów, elemencie garderoby, który wywołał albo kpiące uwagi co do śmiesznego staroświeckiego kroju, albo pseudo- uczone wywody na temat rzekomego powrotu papieża do zapoznanych watykańskich tradycji, a prawda była całkiem prozaiczna, Benedykt w „Światłości świata” uciszył ten medialny szum, sprowadził te wszystkie dysputy na właściwe tory, przyznał po prostu, że zdecydował się włożyć na głowę camauro, bo było na dworze zimno, a on jest bardzo wrażliwy na taki dotkliwy chłód, jako człowiek wiekowy obawiał się o własne zdrowie, a że w papieskiej garderobie miał do wyboru taką tradycyjną osłonę przed mrozem, postanowił z niej skorzystać, co obrosło potem różnymi niestworzonymi opowieściami, lecz muszę przyznać, usprawiedliwiając mnożone spekulacje wokół zamrożonej i odmrożonej odzieży papieży, że stroje są bardzo wdzięcznym materiałem do takich spekulacji, naturalną pożywką dla przeróżnych pansemiotycznych rojeń, a dowodem na to, w całkiem skromnym, bo osobistym , konfesyjno-konfekcyjnym wymiarze jest ta moja aktualna narracyjna plątanina krawiecka, splot elementów fabularnych tworzących pozornie jednorodny jedwab monologu, czyli osnowy symboliczno- liczbowo- syntaktycznej oraz przygodowych wątków, obsesyjnie powtarzających się wzorów zdarzeń i mentalnych matryc, po czym jedną taką tkaninę przykrywają następne warstwy, samopowtarzalne niczym całuny na kolejnych uśmiercanych i balsamowanych kawałkach auto-biografii, aż przychodzi taka chwila, że mam już chęć zrzucić z siebie te dławiące oddech pajęczyny z liter, tę duszonkę, jak w „Nagim lunchu” pisał William S. Burroughs, wspominając rodzinę, której się „przytrafiło”, że niepotrzebnego, zbędnego już staruszka przykryła poduszkami , a potem wszyscy usiedli na nich i gawędzili, a ja jak ten starzec, na którego wyrok wydali najbliżsi, chcę się pozbyć tych wszystkich pomocnych poduszek, takich jak cytaty, mitologia, analogie, sztuczni autentyczni bohaterowie, prawdziwe zakłamane daty dzienne, czy wypisy z internacjonalistycznych ideologii nacjonal-bolszewików, pragnę już na zawsze skończyć z collage’ami z wycinków gazetowych i książkowych, wyrugować z pamięci ulubione depresyjne filmy, z sekwencjami kręconymi z ręki, łączonymi z wystudiowanymi artystowskimi wizjami podwójnej planetarnej katastrofy, zamierzam położyć temu kres tak nagle, jak urwały się nasze nawiedzone dysputy z Amfim, bo zerwaliśmy z nimi niemal natychmiast, gdy już dojechaliśmy do „Krokusa” i dołączyliśmy do roju ludzi- owadów, kłębiącego się we wnętrzu mięsożernego kielicha, w samym środku świątyni Lotofagów, niewidocznych zjadaczy takich sztucznych kwiatów z ich przetrawioną słodkawą zawartością i wszystkimi mimetycznymi tropizmami, i zanim sami nie zostaliśmy połknięci i wypluci przez biblijnego Lewiatana, zdążyliśmy nasze papieskie dysputy zamknąć pomiędzy okładkami konserwatywnych pism, zakupionych w Empiku, tołstych żurnali, których treść, zgodnie z zagadkową zasadą przypadłości, rymowała się z naszymi niewczesnymi rozważaniami w samochodzie, ale ta inwestycja we „Frondę” i „Pressje” była już tylko łabędzim śpiewem, kwiatem do kożuszka camauro, dlatego bardzo szybko porzuciłem wizjonerskie wątki geopolityczne oparte na dekonstrukcji specyficznie rozumianych tajemnic fatimskich, i tak kupcy wygonili ze mnie i Chrystusa i Antychrysta, a w końcu, już po rozstaniu z Amfim, stanąłem przed podobną do wielkiego akwarium witryną z wystawionymi dżinsami, bo przypomniałem sobie, że w najbliższą niedzielę, czyli w pierwszy dzień tygodnia dla chrześcijanina, zostałem zaproszony na urodziny do mego chrześniaka, który właśnie kończy dwadzieścia pięć lat, całe ćwierćwiecze, aż trudno uwierzyć, i w tej kwestii – niepokojąco szybko upływającego czasu, wolałbym pozostać temporalnym niedowiarkiem, określać się dumnym mianem agnostyka, niczym jakiś obrzydliwy, zapijaczony były komuch, który dziś robi za arbitra elegancji, super elokwentnego socjaldemokratę, przedstawiciela kawiorowej i jaguarowej lewicy, ale cóż, w moim wieku czas jest odbierany coraz bardziej zmysłowo, a jego upływ jest weryfikowalny naocznie, bo kiedy nie widzę długo dawnych dzieci, zupełnie nie wiem, czym jest czas, a gdy spotykam je dorosłe, wiem nadto dobrze: tempus fugit, a że od lat nie spotykałem się z moim chrześniakiem, który częściej bywał w mitycznej Irlandii niż na polskiej wyspie zielonej od koloru grynszpanu na miedzianym czole premiera-szpanera, postanowiłem, że sobie kupię jakiś bardziej elegancki strój na tę okrągłą urodzinową okazję, tym bardziej, że słyszałem legendarne rodzinne opowieści na temat lokum mojego familianta prawie u stóp Zamku, potężnego mieszkania niemal u podnóża Wawelu, z salonami przestronnymi jak napowietrzne delfinaria, chciałem się przez moment poczuć tam jak ryba w wodzie albo i niebieski ptaszek w złotej klatce, a potem napisać o tym jakąś krótką notkę w internetowym dzienniczku, zaćwierkać na mikro-blogu o moim aktualnym upierzeniu, zgodnym z jakąś najnowszą ptasią modą, ale niestety, niczego odpowiedniego dla siebie w „Krokusie” nie znalazłem, bo mimo, że przez dobrą chwilę zawiesiłem się , spoglądając na wystawione spodnie, jak koliber wiszący nad wnętrzem orchidei, poleciałem więc na lep innej krakowskiej galerii, o nazwie „Galeria Krakowska”, w którym to handlowym molochu zwiedzam zwykle dwa, góra trzy sklepy z firmową odzieżą, po czym większość czasu spędzam w księgarniach , najdłużej w amerykańskiej, ale to tylko dlatego, że po angielsku czytam dużo wolniej niż po polsku, i jak było do przewidzenia, w trzecim sklepie-pewniaku, znalazłem w końcu dżinsy (jeans), o które mi prawie chodziło, w których chodziłoby mi się najbardziej komfortowo, gdyby nie ich długość, bo choć dobre w pasie i w biodrach , ich nogawki ciągnęły niemożebnie, dłużyły mi się niby jakaś absurdalna i nudna historia, pozbawiona wiodącego tematu, głównego celu, jasnej motywacji, autentycznych bohaterów, a w końcu- najmniejszego sensu, więc tak jak niejeden czytelnik przerwie jej lekturę w dopasowanym do własnej wrażliwości momencie, a inny – w geście nierozumnej solidarności z autorem- będzie się sam zamęczał, aż do kresu takiego tekstu oraz własnych sił, do wyczerpania ostatnich sekwencji liter i resztek czytelniczej cierpliwości, by wraz z ostatnim znakiem porzucić tę pseudo-opowieść cynicznego hochsztaplera i w rozpaczy starać się jak najszybciej o niej zapomnieć, by całkiem nie znienawidzić oszusta, któremu nieopatrznie się zaufało, tak ja musiałem skrócić sobie męki przymierzania za długich, drogich wycieruchów, bo trzeba było coś wykombinować z tymi epicko ciągnącymi się nogawkami i okazało się, że tę preferowaną przeze mnie, choć mocno niedoskonałą parę da się tak poprawić, by perfekcyjnie na mnie się prezentowały, dopasować do mojej przecież nie-apollińskiej a w dolnych partiach – ze względu na zakrzywione linie i gęstość sierści- raczej dionizyjskiej sylwetki, i to wszystko za darmo, w ramach rachunku, niebagatelnie wysokiego, bo aż trzystu złotych po przecenie, w ten sposób na skórze własnego portfela odczułem, czym jest rekordowa, pięcioprocentowa inflacja, napędzana między innymi przez drożyznę odzieży, ale cóż, okazja czyni fircyka i odczynia ze mnie filistra, i już zobaczyłbym się w nowej roli, gdyby nie ekspedientka, która podała mi najbliższy termin krawieckiej usługi- całe dwa tygodnie, tak jakby tydzień na jedną nogawkę- co za przypadłość, kiedy pojawiła się szansa na skrócenie dżinsowej materii, natychmiast wydłużył się sam czas skracania, mimo to poszedłem odważnie w ten dłużący się jeans, nie dałem za wygraną, nadal drążyłem drażliwy temat, jak to mam w zwyczaju, licząc na to , że mimo tych wszystkich anachronicznych dłużyzn w rozmowach z subiektką, nie chciałem jej bowiem powtarzać opowieści o urodzinach chrześniaka, ufając jednak, że pomimo tego całego dialogicznego brudnopisu, z jego życiową nadmiarowością oraz nieznośną redundancją, uda mi się w końcu uchwycić jakiś przyczółek, przylądek nadziei, otoczony morzem wodolejstwa i jak zwykle nie pomyliłem się, bo uprzejma pani poinformowała mnie, że w krótszym czasie skracają w innej galerii – Kazimierz, więc szczęśliwy zapłaciłem , chwyciłem papierową torbę i powędrowałem na przystanek za przejściem podziemnym, tam wsiadłem do tramwaju, który krótko powiózł mnie trasą, powtórzoną nazajutrz z Asią, gdy wracaliśmy z „Melancholii” widzianej w kiniarni nie w kinie, kiniarnia była o połowę dłuższa, ale okazała się o wiele mniejsza niż kino, film też się dłużył, taśma się rwała i do fabuły włączały się przerwy, za to ziarnisty ekran cudownie mi odmieniał obrazy Pietera Breughla, zacytowane przez reżysera, jednak dzień wcześniej pomyślałem o malarstwie Niderlandczyka w sposób zupełnie spontaniczny, kiedy postanowiłem wysiąść z tramwaju przy Lubicz 23, i nagle ujrzałem tę butelkę, która mnie całkiem rozbiła: szedłem i modliłem się w intencji nieznajomego, którzy podążał, krwawiąc, niewidzialny człowiek, invisible man, brakujące narracyjne ogniwo, ofiara epizodu wykraczającego poza mój układ współrzędnych, jak mistyk z głową wyglądającą poza kuliste akwarium globu, słyszący ostateczny klaster, końcowy dźwięk muzyki sfer, podążałem za wielkim nieobecnym, wyprzedzającym mnie jak żółw pewnego siebie Achillesa, ludzie ciągnęli za sobą za długie cienie tej godziny, wypowiadałem neurotycznym szeptem sekwencje popularnych modlitw, mijając murek , kałużę krwi, rozgrzany mur Białego Domku, dwie zardzewiałe, zrujnowane, uliczne elektryczne szafy, za rogiem ulica Strzelecka 13, krew, krew, krew na chodniku, robotnicy na rozstawionych cyrklach drabin, zdrowaś Maryjo, meandrujące jak kulki rtęci merkuriuszowe krople posoki, plama i plamka i znów kałuża, stukot młotków a potem końskich kopyt, i wielki oset wprost z chodnika, tuż przy murze domu, zęby z kwiatostanem, oset osobny jak Osetyniec, ślady śliskie jak śluz, jakby puściła jakaś śluza, teraz i na wieki, czy nigdy nie skończy się ta wędrówka, aż do ostatecznego wykrwawienia, i nigdy już nie spotkam rannego wędrowcy, on mija jak majak kolejne szpitale i nadal broczy w oczy krwią, już prędzej siebie tu napotkam, jak chodziarz sam się dublujący, po iluś latach, gdy jego głowa całkiem odetnie się ode mnie, od reszty niecałego ciała- nie tyle już schizotymicznie co schizmatycznie, autokefalicznie, gdy głos jak nos z Gogola zwącha się z kimś kogo nie poznam, choć paraduję tuż, tuż za nim, jako ja i nie ja, w nareszcie skróconych o nogawki portkach, a każda moja osobna i nieosobista kończyna te swoje marsze kończy na (

Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (135) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest dwa razy pięć? wpisz liczbę

Wyślij »
Kalendarz