Bogdan Zalewski
8 października 2009, 08:10

Auto-grafy (teoria i praktyka życiopisania) - księga pierwsza

ROZDZIAŁ I. "AUTO-GRAF": DOCHODZENIE DO DEFINICJI
Zgodnie z definicją autograf jest to tekst napisany ręką autora.
B.Zalewski

Elementarnym śladem tego typu jest własnoręczny podpis.

W mojej własnej tekstologii traktuję tę sygnaturę jako najkrótszy biogram czyli życiopis.

Mikrobiogram, gram życia, pisarska molekuła egzystencjalna z jednej kropelki atramentu <--- od niej wychodzę, to jest źródło, źródełko mojej refleksji o życiopisaniu, ciągłym, niemal nieustannym rozwijaniu własnoręcznego podpisu.

W odróżnieniu od –przytoczonego przeze mnie na początku- tradycyjnego terminu autograf będę używał własnej wersji znaczeniowej, z pauzą w środku: auto-graf .

Słowo auto-graf zawiera w sobie:

- pojęcie autora w jego podwójnej roli -twórcy i tworzywa (idea skompromitowana w groteskowym filmie „Rejs” jest przeze mnie na powrót traktowana z pełną powagą)

- termin graf wywodzący się z matematyki.

Dlaczego nawiązuję tu w tekście humanistycznym do tego matematycznego zbioru wierzchołków połączonych krawędziami?

Przywołuję ten obraz dla porządku, aby pokazać szczytowe punkty - życiopisy twórców, traktujących samo swoje życie jako tworzywo a nie tylko jako twórczy materiał dla dzieła.

Zdaję sobie sprawę, że ten podział jest płynny i dość umowny. Mam nadzieję, że auto-graf , jaki nakreślę poniżej w żywych rozmowach a nie tylko w teoretycznych rozważaniach, rozwieje wiele wątpliwości.
rys. B.Zalewski

Liczę też na to, że Czytelnicy sami połączą różne życio-pisy wyobrażonymi krawędziami.

ROZDZIAŁ II. AUTO-GRAFOLOGIA- DOCHODZENIE DO SEDNA

"Bogdanie, twoi goście już czekają" - usłyszałem miły dziewczęcy sopran w komórce.

Właśnie skończyłem ostatnie Fakty w tym dniu- w piątek drugiego października pięć po drugiej, więc to subtelne ponaglenie z recepcji musiało się przedrzeć do mojej świadomości przez kakofoniczny chór głosów, odbijających się echem w mojej czaszce. W głowie wciąż dźwięczały mi od-głosy i po-głosy politycznych bitew związanych z najnowszym skandalem politycznym - aferą hazardową w rządzie Platformy.

Kończę właśnie czterdzieści cztery lata i relacjonowałem już w radiu bardzo wiele bardzo podobnych kryzysów. To, co tym razem wydaje mi się nowe to nie tyle sama aferalność co skala skandalu. Często przy takich okazjach stosowane jest porównanie do gry w szachy. Teraz też pojawia się szachowe określenie - gambit Tuska. Premier (król) otwiera nowe rozdanie poświęcając wicepremiera (hetmana), ministra sportu (skoczka), szefa klubu (wieżę), ministra sprawiedliwości (laufra) i wiceministra gospodarki (drugiego laufra). Zagrywa ryzykownie, bo stawką partii jest jego przyszła prezydentura.

Oddaje figury i tak zagrożone zbiciem. Sam język wskazuje ważny trop interpretacyjny. Słowo "PARTIA" jest dwuznaczne, więc to -wydawałoby się płaskie- zdanie: "DONALD TUSK ROZGRYWA PARTIĘ" nabiera dziwnej głębi.

Nie wiem, na ile taka polityczna "KABAŁA" (ach, te dwuznaczności!) jest drogą ku poznaniu prawdy o naturze kryzysu władzy. Takie rozważania określane są zwykle mianem "dywagacji" i niewielu tak zwanych poważnych komentatorów traktuje je serio. Jakby tylko empiryczna weryfikacja informacji była metodą uprawnioną. A przecież tyle razy miałem już do czynienia z fałszowaniem rzeczywistości przez różnej maści, rzekomo "dobrze poinformowanych" dziennikarzy śledczych, którzy okazywali się zwykłymi hochsztaplerami, "cynglami" do wynajęcia!

Dlatego jestem często sceptyczny wobec tradycyjnego dziennikarstwa. I z wielkim zainteresowaniem śledzę analizy, które odbiegają od publicystycznej sztampy obecnej w różnych "Newsweekach" czy "Politykach".

Kiedy w piątek -drugiego października- zbiegałem po schodach , spiesząc do moich gości, w głowie pulsowała mi dwuznaczna fraza "ROZGRYWANIE PARTII PRZEZ DONALDA TUSKA". Nie zamierzałem zagłębiać się w jej sens, pozostawiłem to wąskim specjalistom od partyjnej patoanatomii. Nie piszę tego z lekceważeniem, doceniam pracę niektórych analityków chorób toczących sejmowe organizmy, śledzących podziały, ruchy i rozmowy komórkowe. Chciałbym jedynie przełamać monopol takiego socjologicznego myślenia. A gdybyż tak politykę potraktować jako rodzaj sztuki?

Polityczne gry - wbrew narzekaniom na ich prymitywizm- bywają niezwykle skomplikowane, rozgrywają się na wielu polach i kilku szachownicach a na końcu często zmieniają się w surrealistyczną symultankę o niejasnych regułach.

Dwuznaczna fraza "ROZGRYWANIE PARTII PRZEZ DONALDA TUSKA" - przypominała mi genialną rzeźbę Maxa Ernsta. Jej tytuł oparty jest na kalamburze językowym. Niemiecki surrealista nie ograniczył się tylko do gry słów, stworzył paradoksalną relację pomiędzy postaciami w przestrzeni.
Max Ernst "Król grający z Królową"

Figura gracza będącego jednocześnie figurą gry - to najtrafniejszy na razie obraz sytuacji, którą tu stopniowo odkrywam. Podejrzewam, że może on być bardziej uniwersalnym schematem, niż mi się początkowo wydawało.

To nie może być przypadek, że gest ręki Ernstowskiego Króla przypomina składanie podpisu. I jeszcze jedno skojarzenie, które wymagałoby osobnej analizy - asocjacja seksualna: podobieństwo do różnych form erotycznej inwersji i autoerotyzmu. Pytanie o głębszy, osobisty kontekst- podstawę jawnej aktywności przywódców partyjnych.

To polityczne intermedium, którego się trochę bałem, obawiając się, że tylko zakłóci mi klarowność wywodu, nie dając nic w zamian, okazało się przydatnym etapem w dochodzeniu do sedna "życiopisania".

Tymczasem krętymi korytarzami fortów pod kopcem Kościuszki doszedłem do recepcji radia RMF FM. A tu już czekali na mnie moi goście: pisarka Ewa Kuryluk i Janusz Jabłoński z Wydawnictwa Literackiego.

1. EWA KURYLUK albo PODRÓŻ DO GRANIC

Jeśli miałem ochotę spojrzeć na politykę przez pryzmat artysty, filtr bardzo subiektywny, choć - jak podejrzewałem- prawdziwszy od utopijnego dziennikarskiego "obiektywizmu", "Frascati" Ewy Kuryluk dostarczyło mi wiele świeżego materiału do analiz. Córka PRL-owskiego ministra kultury i dyplomaty w Wiedniu, należąca do elitarnej rodziny w komunistycznej Polsce, przedstawiała siebie i swoich bliskich w rolach ofiar. Ten paradoks pachniał mi jakąś reakcją obroną, psychologicznie zrozumiałą, ale z drugiej strony - sam się broniłem w trakcie lektury przed przesłaniem "Frascati". Nie mogłem się pogodzić z pozytywnym obrazem sowieckich żołnierzy, komunistycznego podziemia we Lwowie okupowanym przez Niemców, paternalistycznego stosunku do Polaków ze społecznych nizin. Coś się we mnie buntowało a jednocześnie tłumiłem w sobie ten mój naturalny bunt, kiedy raz po raz napotykałem w książce na traumatyczne ślady po Shoah, znamiona obłędu u Ocalonej z Zagłady odziedziczone w następnym pokoleniu. Jednocześnie sama narracja "Frascati", w której dostrzegałem próby wyjścia poza pisarski schemat żydowskiej martyrologii, stworzenia oryginalnego języka "życiopisu", wydała mi się chwilami na tyle frapująca, że byłem bardzo ciekaw rozmowy z Ewą Kuryluk.

Ucieszyłem się ogromnie, że mogę poznać osobiście tę ekstremalną duchową podróżniczkę, która zarówno jako pisarka jak malarka i historyk sztuki nie boi się eksplorować obszarów dwuznacznych, mrocznych, grząskich i pełnych pułapek.
źródło:Internet

W piątek, drugiego października, kwadrans po drugiej usiadłem obok pani Ewy w studiu RMF FM, w tym samym pomieszczeniu, w którym przed momentem relacjonowałem aferalne fakty. Spojrzałem na okładkę jej najnowszej książki, nacisnąłem guziki mikrofonów i nagle oszklona radiowa "kabina" zamieniła się w rodzaj "wehikułu czasu".
źródło:www.wydawnictwoliterackie.pl

Na początek - próbowałem zdefiniować sytuację, dlatego zacząłem od "obmapywania" FRASCATI:

Powoli zacząłem głębiej wpuszczać sondę, wchodzić pod powierzchnię zwykłych na pozór słów:

Nie mogłem sobie odmówić pytania o "materię" pamięci, której poświęciłem już tyle wpisów:

Osobisty pryzmat opisu czasu a fabularna epickość, "osiemdziesiąt tysięcy stron z życia Mamy":

Reakcja obronna, kreacja ogromna - wyolbrzymienia, obłędne hiperbolizacje:

Po "Frascati" pozostał mi w głowie obraz kolejnej - trzeciej rodzinnej księgi Ewy Kuryluk: nie-napisanej historii opowiedzianej głosem brata pisarki, chorego na schizofrenię - Piotra. Ważny motyw obsesji seksualnych, auto-erotyzmu, auto-da-fe, samospalenia w szpitalu po fantazmatycznym romansie z pielęgniarką w szpitalu w Tworkach. Podróż do kresu duchowej nocy. Zasłona Mai, szata Izydy.
źródło:Internet

Vera ikon - chusta Prawdy, tkanina rozmowy, ulotna materia utrwalona w cyfrze, zarejestrowana a więc już nie-Prawdziwa.

2. FRYDERYK HŐLDERLIN albo PODRÓŻ PRZEZ ALPY PIESZO Z APOLLINEM

Odwaga życiowego szaleństwa- ten wiodący temat rozmowy z Ewą Kuryluk poruszyłem potem w najnowszym "czyTańcu", moim cyklicznym "performansie" w RMF Classic.

Wieszczy dar, który zboczył na tor obłędu to dopełnienie dyskusji z autorką nie tylko "Frascati" ale i tomu przenikliwych szkiców "Podróż do granic sztuki". Wybrałem postać słynnego Scardanellego- alter ego Hölderlina nie tylko dlatego, że przeczytałem dwie niedawno wydane książki:
Wilhelm Waiblinger "Życie, poezja i obłąkanie Friedricha Hölderlina

Wypis z posłowia Tadeusza Zatorskiego: "Waiblinger czyni też niedwuznaczne aluzje do onanistycznych skłonności Hölderlina: 'Był stworzony do życia czystego, uporządkowanego, pracowitego, a jego duchowa i cielesna natura musiała ulec zagładzie, gdy tylko okazał się dość nierozumny, by poddać się rozkoszy pozbawionej uczucia, tak jak wcześniej oddawał się uczuciu pozbawionemu rozkoszy."
Friedrich Hölderlin "Co się ostaje, ustanawiają poeci"

Wymyślona przeze mnie radiowa forma "czyTańca" pozwala mi na nieustanne składanie dźwiękowych "podpisów".

Audio-autografy to momentalne ślady dźwiękowe mojej fizycznej obecności w studiu, sonorystyczne sygnatury, niemożliwe w tradycyjnych, neutralnych gatunkach: recenzjach czy felietonach. Potrzebna była do tego odrobina szaleństwa, ukłon w stronę żenującego, głębinowego JA. Połechtane alterego reaguje śmieszkiem idioty.

3. ROMAN POLAŃSKI - PODRÓŻ JAKO UCIECZKA PRZED WYPEŁNIENIEM PAKTU

Aresztowanie sławnego reżysera ujawniło skrywaną strukturę jego życiopisu. Jakby mroczna księga jego życia spisywana filmami i komentowana w osobistych wspomnieniach była palimpsestem. Spod oficjalnego czarno-białego druku jak pod wpływem odczynnika chorej chemicznej miłości wyłonił się nagle tajemny list napisany sympatycznym atramentem. Jest dwóch ludzi pióra w Polsce, którzy znacznie wcześniej zwrócili uwagę na ten zagadkowy fenomen i od razu zostali skazani na towarzyski ostracyzm przez środowisko salonowych cenzorów, tłumiących mroczną erotyczną gnozę przy pomocy mechanizmów opisanych wnikliwie przez Zygmunta Freuda.

Dwóch odważnych Krzysztofów zainteresowało się tego rodzaju psychoanalizą Polańskiego.

Pierwszym z nich jest Kłopotowski, autor przenikliwej analizy sprzed dwóch lat zatytułowanej "Polański, nasz Mefisto".

Drugim - Kąkolewski, który w latach siedemdziesiątych zasłynął reportażem p.t."Jak umierają nieśmiertelni".

Rozmawiałem z autorem przez łącze satelitarne, mając w pamięci słowa dopełniające niesamowitą hipotezę. W trzecim tomie oryginalnego reportażu-śledztwa "Generałowie giną w czasie pokoju" Krzysztof Kąkolewski napisał:

"Źli popisują się tym, że są źli. Bawią się przewrotnością, często podwójnym odwróceniem wartości. Dobro przyjmują jako przejaw słabości czy naiwności. Dobro ich śmieszy, ale wiedzą, że im zagraża. Kim jest człowiek, któremu dobro zagraża? Kto może czuć obawy przed 'odwetem dobra' - czyli nieprzyjęciem od nich zła, ale wchłonięciem, zniszczeniem i odpowiedzeniem dobrem. W 'Jak umierają nieśmiertelni' położyłem zbyt mały nacisk na spleciony z narkotykowym wątek satanistyczny. Ta sprawa ciągnie się od trzydziestu lat. Początkowo wydawało mi się, że nikt nie uwierzy w to, jak wielką rolę odegrało zasugerowanie Romanowi Polańskiemu paktowania z szatanem. Jednak, w świetle późniejszych faktów, film 'Dziecko Rosemary' na podstawie książki Iry Levina był rodzajem cyrografu podpisanego przez Polańskiego i co najmniej jedną aktorkę grającą zapłodnioną przez złego ducha matkę niemowlęcia, czyli Mię Farrow. Jednak w drugiej rozgrywce Polański, zimny z natury, przechytrzył szatana, odrzucając propozycję sfilmowania tragedii w swojej willi w Bel Air. Materiały, implikacje, fabuła były zatrważające, ale i bardziej niesamowite niż 'Dziecko Rosemary'. Wtedy mógłby powtórnie oddać cześć szatanowi, który przecież dlatego wysłał Mansona, samego Polańskiego oszczędzając. Jednak strach przed opinią publiczną powstrzymał reżysera. Dlatego musiał przyjść drugi cios, tym razem w samo jego zimne serce, w jego pracę zawodową, sławę. prestiż, możliwości, które Ameryka otworzyła przed nim. Cios zadany przez dwie podłe szczwane, twarde, odporne na wszystko, matkę i córkę, trudniące się tym samym biznesem. Szatan podsunął im wielką nagrodę. Użył ich jako narzędzia do spłacenia długu, który miał u niego Polański."
Roman Polański "bada puls" Sharon Tate; źródło: Internet

Kąkolewski błądzi wokół jądra tematu, który tak mnie pociąga. Ten tajemniczy atraktor to auto-graf, osobista sygnatura, tym razem jako nie jako zwyczajna atramentowa parafka a skandaliczny podpis pod cyrografem inkaustem z własnej krwi. Nie mogłem nie zaprosić Kąkolewskiego do rozmowy, nawet jeśli nie zgadzałem się z jego końcowymi hipotezami.

"Roman" - tytuł autobiografii Polańskiego po polsku nie oddaje dwuznaczności angielskiej wersji.
źródło:www.amazon.com

Imię Roman jest tu jednocześnie określeniem gatunkowym- jak w określeniu roman fleuve. W samo imię- życiowy znak osobowy- wpisane jest więc ukryte znaczenie - "powieść rzeka". Życiopis jest traktowany przez Polańskiego jako egzystencjalna konieczność. Jak w żydowskiej Kabale : nadać imię to powołać do życia. Znów rodzą mi się w głowie erotyczne asocjacje: "Roman" jako narcystyczne zwierciadło. Dodatkowego, zastanawiającego kontekstu takiej kabalistycznej hermeneutyki dostarcza żydowskie nazwisko Polańskiego Liebling. "Ulubieniec"="Pieszczoch Losu"? Fortuna kołem się toczy a czasem łamie kołem.

Kołuję wokół niejasnych sygnałów zastanawiając się nad skrywanymi (być może) sensami w życiopisach.

Gdy czytam kolejny raz autobiografię Polańskiego siłą rzeczy zwracam uwagę na liczne seksualne konteksty.

Jego auto-graf jest pełen opisów transgresji.

C.D.N
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (48) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest dwa razy dwa? wpisz liczbę

Wyślij »
2012-02-07 20:20  z ksiąg odwróconego prawa
2012-02-01 22:50  Poetka na Moście
2012-02-01 20:20  historia alternatywna
2012-01-31 19:35  propaganda - porównanie
2012-01-30 13:13  Tusk albo RWPG bis
2012-01-27 20:20  no future
2012-01-26 20:02  zmiana psa na kota z budy?
2012-01-25 20:02  znów lata sowa sowietów
2012-01-24 13:13  totalnie okablowani
Kalendarz