Bogdan Zalewski
10 listopada 2008, 13:13

Bóm! Prymicje w Rzymie. (cz.4)

Pojęcie "Czarny Mesjasz" robi dziś w kraju furorę. Nie można się już opędzić od tej frazeologicznej zbitki. "Repetitio est mater studiorum" - "Powtarzanie jest matką wiedzy" - to maksyma pasująca zarówno do nauczania jak do tresowania. Wyrażenie "Czarny Mesjasz" różne może mieć odcienie. Zdziwiłem się, jak wiele osób ostatnio dyskutuje na tematy zarezerwowane wcześniej dla oszołomów ("pansemiotyków"). Nie chce mi się już tłumaczyć, ni sobie ni innym. Wyłącznie rejestruję. Wybaczcie, że nie dokonuję większej selekcji. Nie podaję do wierzenia i nie podaję na tacy. Tym razem- kościelnej.
Wbrew pozorom zapis "Prymicji" to tekst literacki. Podobieństwa do autentycznych zdarzeń są w nim wyłącznie - pretekstem. To taki nowy gatunek - reportaż "gonzo-gnozo". To wciąż brudnopis, ale postanowiłem nie pracować nad nim w zaciszu. To kolejna próba przełamywania barier. We mnie.

Wyłącznie we mnie.
Bogdan

4. Ojcze mój! Jak tatka latka czekałbyś w swej klatce, gdyby nie cny sługa bogów oraz jego gusła…

Motto:

-(…) „Nie każdy, jak ja, nałykał się paskudztwa przy robocie. A i tak Bóg wie co mi się zwidywało… Na ten przykład, ssałem pierś u Matki Boskiej. Ale nie byłem mały. Duży byłem. Taki kawał chłopa jak teraz. Masz pojęcie? (…)
- O, tak! – zawołałem porwany wizją, którą on mi tak niespodziewanie odsłonił.- Kto przeżywa świętokradztwo, nie popełnia świętokradztwa, tylko zaspokaja prawdziwy głód świętości. Zaiste, mój bracie. Pewnie byłeś pozbawiony matczynego mleka.”


Jerzy Krzysztoń „Obłęd”


Oczekuję na „audiencję” u Michaela Yorka: w kolejce przypominającej ogonki do sklepów na początku pontyfikatu Papieża z PRL-u. Ekipa za ekipą, telewizja, prasa, w nieskoordynowany sposób gromadzą się w grupach. Na zewnątrz też ruch, ale nie nerwowy: swobodny, cudownie lekki, pod lazurowym niebem na Placu Świętego Piotra i w jego okolicach; szerokie rzymskie przestrzenie, pełna gama kolorów i wypełniaczy czasu. Ach, wyjść z tej duchoty na zewnątrz, ale i to jeszcze mało! Nie tylko budynek opuścić, wyjść przede wszystkim- z siebie, z mych zadawnionych kompleksów, odruchów i zahamowań; i pozbyć się klaustrofobii polskiego katolicyzmu. (Spełnić sen oświeconych o racjonalnej jednostce, optymistycznej, wierzącej wyłącznie w lepszą przyszłość, kroczącą tu po ziemi w radosnym marszu pokoleń.) Wyskoczyć z własnej biografii, dzieciństwa w białej komeżce, śpiewania Psalmów, czytania: fragmentów Apokalipsy. Zapomnieć o pradawnej, dziecięcej krucjacie po kamień- węgielny, we wnętrzu „Nyski” do Maryjnego Miasta, tak dalekiego w oczach dziecka- Niepokalanowa; pokryć bielmem oka portrety ojca Kolbego ‘zawieszone’ od lat w moim prywatnym wnętrzu; przesłonić obraz spotkania z Prymasem Tysiąclecia, gdy jako ‘maskotka parafii’ recytowałem Mu wierszyk; skasować zapis w pamięci witania Karola Wojtyły, gdy jako mały chłopczyk z bukietem róż w drobnej dłoni „pięknie” mówiłem do rymu Wielkiemu Kardynałowi. A teraz razem z Papieżem móc to już wreszcie pogrzebać! Oczyścić się w rytuale palenia pamiątek po Zmarłym. Takie tu gusła w swej głowie odprawiać chcę potajemnie i kiedy tak kusi mnie inny pogański Rzym w świętym Rzymie, przypominam sobie wersy z wiersza Sępa Szarzyńskiego: „Dziś w Rzymie zwyciężonym Rzym niezwyciężony/ (To jest ciało w swym cieniu) leży pogrzebiony”. Jednak sens słów sprzed wieków rozumiem na opak, jak na diabelskim młynie w głowie odwracam przesłanie. W tłocznym hallu spotykam a właściwie potykam się o pędzącą Agnieszkę Milczarz i jej operatora; i gdy sam w mojej głowie kręcę o niej krótki film, skrót jej nazwiska staje się znaczący: AGNostyku MILCZ! Aga jest mocno podenerwowana; miały być dwie POLSAT-owskie kamery jak w klasycznym wywiadzie a dali jej tylko jedną; chciałbym z nią zamienić parę słów, ale widzę, że to nie czas na takie pogawędki, więc nie ciągnę wątku. Nikogo tu nie zagaduję i raczej nie zaczepiam. O czym to mam milczeć? Co jest tym innym, intymnym światem? Co powinno pozostać w zaciszu uszu? Nawet tam tylko bezszelestne szepty? Ginące w głowie obrazy słów? Krew roznosi po ciele chlebową papkę przetrawionych myśli? Myślałby kto. Nie szukam tu znajomości, choć wciąż nie kojarzę wielu koleżanek i kolegów z Polski; więc spojrzenia ukradkowe i ucieczki wzrokiem; trenuję ciągle w głowie pytania do Yorka, jednocześnie pilnując cennego bagażu; marzę o wolnej chwili w hotelu, choćby o wieszaniu spodni w szafach albo o krzyżowaniu rękawów koszul przed ostatecznym złożeniem do garderoby. Niestety z powodu opóźnienia przylotu na Fiumicino walizka wciąż tkwi w bagażniku autokaru, w najlepszym razie w hotelowej przechowalni. Wzmożona czujność po bezsennej nocy w kawiarni na warszawskim lotnisku Okęcie. Trzecim okiem spoglądam na radiowego laptopa, który wraz czarną torbą rzuciłem z ulgą na fotel, wielki fotel z czarnej skóry tuż przy szklanym wejściu. Chodzę w kółko, coś wyciągam, wyciągam i wkładam, wciąż testuję swoją NAGRĘ, sprzęt do nagrywania. Cały czas się denerwuję, że mi nie zadziała i mój pierwszy wywiad tutaj będzie tak ulotny jak ta cała chaotyczna otoczka wywiadu: straszny upał, pot po plecach, schodki, potykania, gwar, kontuar, sale w głębi, pomocne hostessy oraz tamta pani z kartką, która informuje. A tak bardzo się stara porządkować chaos, że właściwie, tak naprawdę, jeszcze go pogłębia; jest dla mnie dodatkowym elementem ruchu, krzątaniny po konfie z twórcami „Świadectwa”. (Rytm trzynastozgłoskowca tworzy epopeję, choćby treścią powieści były drobne sprawki.) Słyszę: ‘Panie Bogdanie, co najmniej godzina!'. Nigdzie jednak nie idę, nigdy nie wiadomo. Rzucam okiem to na okno, to na marmur kontuaru a to znów na drzwi otwarte na biurowe wnętrze. Watykan kancelistów jak urząd każdego miasta? Stukam o posadzki obcasami czarnych półbutów, chodząc tam i sam, niby wartownik w tłumie. Sam się tutaj pilnuję, bym nie przekroczył bariery, by to co się kłębi w mej głowie gwałtownie z niej nie uszło. Niezły tu byłby dym z mej alchemicznej retorty! Czarny dym w Watykanie znaczyłby coś innego, niż to przyjęto dotychczas w legendzie na Lateranie. Wolę więc tutaj warować, wciąż sprawdzam swój sprzęt radiowy, testując nową NAGRĘ, trenując na stronie swój głos. O, patentowane moje kabotyństwo! Mimo długiego stażu w radiu wciąż odczuwam stres, zawsze walczę z własną tremą, próbując ją zmienić w całkiem obce mi uczucie, oddzielić od siebie; to jest jak wyganianie z duszy lęgnących się diabłów, egzorcyzmowanie subiektywnych lęków; może to się komuś wydać pocieszne, kto na to patrzy z boku; ja się z tego trochę śmieję dopiero po wszystkim, przed i w trakcie absolutnie nie jest mi do śmiechu. Staram się nadrabiać miną tu w watykańskiej sali La Stampa; czuję, że na wargach błąka mi się nerwowy uśmieszek. Ach, rzucić to wszystko wreszcie, rzucić się w wiry Rzymu, miasta palm i pastelowej lekkości łatwego światła! Wyrzucić z siebie wszystko złe i niech mnie stąd wyrzucają! Ale to nie jest takie proste, to przeklęte kłębowisko tkwi we mnie głęboko. Przypominam sobie nagle historię ze „Świadectwa”: „nawet nasz Papież nie był w stanie od razu wygonić złych duchów z ciała młodej kobiety”. Tak, jednej czy drugiej. Dopiero, gdy zapowiedział głośno, że odprawi mszę w intencji opętanej, zamilkły w niej złe moce. Głodne duszy głosy (glosy) dławione modlitwą, dłonią, gestem godnego statecznego Starca. Takie to podejrzane w Rzymie snułem porównania …


Demona Zdenerwowania zwykle próbuję zagadać, odwrócić jego uwagę ode mnie, skierować jego psi wzrok na jakiś obcy przedmiot czy zagadnienie. Tą "kością", którą go chciałem skusić, by go w niej zamknąć, uwięzić, jest teraz cyfrowy aparat NAGRA. Nie pracowałem z nim wcześniej, dawno już nie wykonywałem reporterskich zadań; jako prezenter faktów mówiłem na żywo do mikrofonu w studiu, nie martwiąc się o techniczną stronę emisji dźwięku, nie zajmując się rejestracją własnych słów. A przecież to wszystko było zapisywane; mogłem sobie potem wszystko odsłuchać z komputera dzięki specjalnemu programowi zwanemu popularnie „szpieg”; na pulpitach komputerów w newsroomie miałem ikonkę z napisem „STIRLITZ”. Jednak wciąż nie można było publicznie odtworzyć mych myśli, towarzyszących temu, co mówiłem. Nikt jeszcze (chyba) nie potrafił się wedrzeć do środka mojej jaźni. Ależ mógłby się zdziwić, gdyby usłyszał moje niektóre monologi! Ależ mógłbym się zdziwić, gdyby ktoś już to słyszał! Tym razem tu w Watykanie miałem w ręku mały podługowaty przedmiot przypominający czujnik promieniowania, detektor fal. ARES się nazywa, jak ten bóg brudnych wojen a bo i media dzisiaj nie zawsze najczystszych metod się imają, różnymi sposobami walkę o poklask prowadzą. Ta boska/nieboska broń, którą w ręku trzymam, dość łatwa jest w obsłudze. O, spójrz tutaj, Demonie Zdenerwowania, zasada jest bardzo prosta. Wejdź proszę teraz … w techniczne szczegóły. Sprzęt włączamy tym małym, okrągłym guziczkiem- w prawym górnym rogu; musisz go tylko troszeczkę dłużej przytrzymać palcem. O, już pojawił się świetlisty obraz, zielonkawy wykres na małym ekranie. Włóż słuchawki do uszu, spiczastych "radarów", słyszysz teraz otoczenie, ten gwar, te rozmowy, trącające się w powietrzu urywane słowa oraz zdania w większości wyrwane z kontekstu? Widzisz poziom? Jest w porządku. Teraz przesuń z boku, o, ten suwak metalowy, taaaak, łagodnie, w górę; teraz dźwięk jest nagrywany, ot i cała sztuka. Teraz wyłącz go tym samym okrągłym guziczkiem; nie bój się Demonie, sam zobacz, to proste! Możesz teraz odsłuchać, co ci się nagrało w tym tu otoczeniu, w hallu przed salą La Stampa jeszcze przed momentem wypełnioną ludźmi. Świętość pomieszana z poplątaniem ścieżek, ściegów magnetofonowych, jak w latach sześćdziesiątych, gdy Karol Wojtyła został kardynałem; wtedy w 1967 roku Beatlesi nagrywali „Sgt.Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, wielośladową rewolucję. Wiele jest równoległych szlaków, symultanicznych tras. Fastrygi faktów i faktoidów. O czym ja tu plotę? Przecież za moment mam wywiad! Nie tak szybko… Jeszcze cała grupka dziennikarzy, sprawdzają ciągle swoją kolej, zaglądają przez ramię pani z tabelką mediów na kartce. Mój Demonie, słyszysz, że dobrze się NAGRA? Dobrze się nagrało! Masz tu gwar, chór głosów, świeckich i świętoszkowatych w tym prześwietnym ale czy świętym miejscu? Ta kakofonia komentarzy na religijne tematy przeplatana z prozaicznymi rozmowami o bagażu i potrzebach fizjologicznych przypomina mi ulubione kompozycje muzyczne XX wieku. Wiesz, Demonie, najciekawsze zawsze wydawały mi się próby łączenia cielesności i diabelstwa z eterycznym anielstwem - choćby w „Pasji według świętego Łukasza” Krzysztofa Pendereckiego; o, to mocno dysonansowe "Pojmanie": te, piekielne kotły, smyczki bijące po strunach i po uszach, te trąby "jerychońskie"! Podobnie: "Zaparcie się Piotra"! A raczej zaparcia (sic!). Albo też takie "Requiem(s)" Pascala Dusapine'a. Ten uczeń Iannisa Xenakisa mieszał tam wątki średniowieczne (zaczerpnięte z Mistrza Eckharta) i mistyczne harmonie muzyczne- z XX-wiecznym brzmieniem instrumentów dętych. Mimo, że początkowo nie wiedziałem, Demonie, że Dusapine jest uczniem Xenakisa, od razu wyczułem u niego wpływ Mistrza, choćby w tym wspaniałym "Dona eis" pełnym Xenakisowskich glissand. Wybacz mi, Demonie, znowu Cię odwodzę od mego i Twego Zdenerwowania z powodu wywiadu. Rzeczywistość odtwarza we mnie cudze kompozycje. Wiem , że Ty wolałbyś mnie jednak trochę potresować i postresować perspektywą nieudanego interview. Pozwól, jednak, na jeszcze jedną dygresję, skoro tak się zainteresowałeś techniczną stroną nagrania rozmowy z tym Yorkiem. Nie ciekawi Cię to wcale? Mój fortel się nie udał? Jednak nie dałeś się nabrać? Czujesz, że odwodzę Cię od głównego tematu? A więc jednak przynudzam? Czekasz na upragniony litemotyw. Nie wszystko co istotne da się zatopić potokiem przezroczystych słów bez znaczenia? To może uderzę w inny ton? Zagram na nucie patriotycznej, tyrtejską poezją wzlecę na wyżyny? Wzniosłość swą w całej ozdobie roztoczę nad Ojczyzną po tęsknię po Wdowie! Nie, nie będę Cię zanudzał rytmem werbli, kopyt, ułańskiego zawodzenia, stukotem okiennic, gdy panienka znów w okienku: pop-patriotyzmem. Zechcesz, to połechcę twe świetliste wnętrze, oświeceniowego ducha Twego połaskoczę czule: opowieścią wajdeloty o wyczynach patrioty na wskroś współczesnego. Mogę zrobić Ci wykład, jak do tego doszło, że ten człowiek doszedł w końcu do takiej perfekcji, technicznej biegłości, zaawansowania, że mu cały świat medialny wciąż do stóp upada. To jest człowiek od tej NAGRY! To Polak, tak Polak! Trochę może mniej znany niż nasz zmarły Papież, ale cóż nam szkodzi, mój Demonie; warto zapamiętać! Bo to przecież nasze polskie szlacheckie nazwisko! Na dodatek, co ważne, globalne zjawisko. Całą swoją karierę rozwinął w Szwajcarii, no, bo przecież nie w kraju, u nas się nie godzi skupiać się na tak technicznej stronie zagadnienia. My są przecie Królami, Królami Duchami! W heglowskiej zawżdy z ducha wędrówce przez Dzieje; bo też podłą materią my gardzim, Sławianie!



Kudelski się nazywa ten genialny twórca; wynalazca sprzętu, którym od półwiecza posługują się hordy medialne na świecie. Kudelski (jak od kudłów), na imię ma Stefan. Laureat Oscarów oraz nagród Emmy. A teraz szwajcarską firmą zarządza jego syn- André. Ach, Demonie, Ty mnie słuchasz? Czy znów kombinujesz, jakby tu mnie znów przestraszyć tym wywiadem z Yorkiem? Daj już spokój, wiesz przecież, całą noc nie spałem, filmy mi się, reportaże wyświetlają w głowie, brzęczy wciąż mój głos wewnętrzny, spokoju nie daje. Ciągle we mnie, ktoś coś mówi. Posłuchaj wraz ze mną! Gdyby Polska była w zeszłym wieku krajem jak Szwajcaria, bylibyśmy pewnie Elektro-lakami , czyli Polakami elektronicznymi a tak możemy się chwalić dwoma Szwajcarami o nazwiskach brzmiących swojsko, z polska i z Waszecia. Ile straciliśmy takich szans, Demonie, iluż to było takich rodaków naszych, którzy mogli odegrać rolę „małych papieży” naszych w różnych dziedzinach techniki naszej czy kultury naszej? Ba! Można się pocieszać, że jak ten Polak –Kudelski- Szwajcarom od dwóch pokoleń wiernie służy, tak Gwardia Szwajcarska innemu Polakowi służyła przez cały jeden długi pontyfikat! Czas dla nas w gwardyjskie paski stroju, zmienne barwy rodu- rodziny Medyceuszy: raz ciemniej, raz jaśniej. Jednak co ja się będę teraz tutaj, mój Demonie, Polakami- halabardnikami w teatrze historii zajmował! Na marginalia, drobne epizody, przyjdzie odpowiedni moment, kiedy do kraju powrócę, bo teraz w Rzymie, masz absolutną słuszność, Demonie, czekam z niecierpliwością na wywiad z brytyjskim aktorem grającym w polskim filmie „Świadectwo”, będącym w nim Narratorem; tak jak ja, nie przymierzając, kreuję się na narratora w tym świadectwie o „Świadectwie”. Lecz o czym to świadczy?


Od razu wybrałem Yorka, kiedy zadzwonił telefon (akurat w eleganckim sklepie kupowałem czarne spodnie i skarpety oraz granatową koszulę - na wyjazd do Watykanu, aby sprostać wymaganiom narzuconego „dress code”) usłyszałem pytanie od organizatorki: z kim chciałby pan tam rozmawiać? Z kim przeprowadzić wywiad? Nie chciałem żadnych Polaków, przywiędłego grona wiernych i miernych, skupionych na podejrzanych zasadach wokół krakowskiej Kurii. Po co mi jechać do Rzymu, żeby tam Kraków zobaczyć, „krakówek” raczej, z „warszawką”? Złączoną z nimi „filmówkę”, skąd, jak pisano w gazecie, dawno temu reżyser składał swe sprawozdania jakimś smutnym panom? Polskie „Czerwone i czarne” oraz pikantny suplement „Różowe i purpurowe”? Wystarczy, że z nimi wszystkimi będę musiał ucztować w renesansowych pałacach, w salach pełnych dzieł sztuki, o których się nie śniło krajowym nowobogackim ,tym polskim nowym Ruskim z Priwislinskiego Kraju. Giń i przepadnij maro- krabów i homara, to wielkie rzymskie żarcie! Apage taka agape!

Gubię się w plątaninie znaków świętości i sił. Są wokół mnie i we mnie moce imitujące. (Wpływ osłabienia, ogłupienia bezsenną nocą i skwarem?) Gdy czekam na swoją kolej w ogonku dziennikarzy, myślę o innym ogonie, który na mszę tu dzwoni, o chwoście sprytnie ukrytym pod ceremonialnym ornatem. Nie daje spokoju mi sygnał, dany tuż przed podróżą; pamiętam o stopie córeczki, stopie skręconej na stopniu. Co to za demon Maxwella rozdziela atomy faktów? Dobre słowa do złego a złe odwrotnie przydziela. Miesza mi i tumani, zachęca mnie i odstrasza. „Nie przejmuj się towarzystwem, baw się i jedz jak basza?”

Odbiegają mi całkowicie myśli od wywiadu. Rozważam, co przywieźć z Rzymu moim trzem kobietom, jak trzem Parkom, które w domu snują mi mój los. Album żonie? T-shirt starszej, bajkę młodszej córce? Czyżby książeczką Książę mnie tu kusił? Nagle zaczęła mi pulsować mi w głowie baśniowa gra słowna: demon/De Mon jak devil/de Ville. W "Stu jeden dalmatyńczykach" anty-bohaterką , czarnym charakterem jest Pani o znaczącym nazwisku Cruella de Mon. Nazwisko znaczące, łatwy do odcyfrowania szyfr. Od razu przywołał z mej pamięci kolejny filmowy obraz: "Harry Angel". Demon może tkwić w Aniele, bo demon to anioł. Usłyszałem nagle podszept Interpretatora. Najwyższego Upadłego kreował de Niro. Skupiam swój wzrok na dziennikarce, która najwyraźniej szuka kontaktu ze mną, czekając jednak na mój ruch. Ja jednak nie reaguję bo wewnętrznym okiem widzę filmowe zbliżenie: długie, pielęgnowane pilniczkiem paznokcie głośno skrobią skorupkę kurzego jajka. (Czuję, że jestem głodny, głodny i bardzo śpiący.) Gdzieś czytałem na pewno, że jajo to symbol duszy. De Niro nazywał się Louis Cypher. Ludwik Cyfra - Lu. z Cyfr. To są proste kody, nieskomplikowane pseudonimowanie. Co nie znaczy ,jednakże, że można to lekceważyć; to, co lekceważone i tak atakuje, często nawet skuteczniej. W życiu nie zawsze jest tak prosto jak w książkach czy filmach. Co zrobić z bardziej skomplikowaną i subtelniejszą materią- staranniej i bardziej skrupulatnie ukrytym wymiarem świadomości świata? Mam na to swój własny termin:

ŚWIATOMOŚĆ. Przypominam sobie nagle, jak kilka lat temu mój ojciec pożyczył "Pasję" Mela Gibsona na DVD , więc wspólnie, rodzinnie w mieszkaniu moich rodziców obejrzeliśmy ten obraz. To nie była taka gala jak rzymskie „Świadectwo”, no, nie była. Mimo to pozostawiła we mnie równie trwały ślad. Ranga wydarzeń. Naturalna a wykreowana. Zapamiętałem szczególnie jedną scenę, kiedy zza postaci męczonego Chrystusa- od czasu do czasu- wyłania się inna postać. Niezwykły pomysł: metafizyczny(a) parodyst(k)a naśladujący(a) w prześmiewczy, turpistyczny sposób cierpiące Dobro. W pewnym momencie pojawia się obraz zdeformowanej Madonny z Dzieciątkiem (czarna dama z karłem o twarzy staruszka). Judasz też jest potem duchowo prześladowany, ale przez bardziej subtelne obrazy (nie licząc stada demonicznych dzieci jak z horrorów klasy C). Na pustym polu za miastem, o ile mnie pamięć nie zwodzi, zwącym się Haceldama (a może „ z psia” : Hyceldama), podły Judasz widzi sznur na szyi padłego osła; truchło z obnażonymi zębami (jakby w sardonicznym śmiechu). Ten osioł rzucony w proch i w proch się zmieniający, jest jak materialny cytat z "Psa andaluzyjskiego" (Luisa) Buňuela –(w tym filmie zdechły osioł leżał na przeciąganym fortepianie, za instrumentem ciągnięci byli dwaj kapłani). Wokół Judaszowego pola pełno brzęczących much. Jak w moim małym wierszyku, który wydrukowano przed laty na pierwszej stronie "bruLionu": "Much trombity bitewne święcą cień przed burzą/ Much trombity bitewne mur śmietnika burzą". „Pasja” Mela Gibsona to mentalny pryzmat, przez który najwyraźniej oglądałem to (niewyraźne) rzymskie igrzysko. Jeden film pokryty ekranami innych obrazów jak pasyjnymi całunami. I ja nie byłem wolny od licznych zapośredniczeń.

Totalność awangardy „zdradzana” na rzecz "prymitywnej" tonalności muzyki odwołującej się do pasyjnych misteriów? Skąd biorą się ucieczki od atrakcyjnej nowoczesności w żenującą tak wielu anachroniczność? "Obciach" katolicyzmu? A może nie ma już prawdziwego chrześcijaństwa bez "obciachu". Żenada wpisana w misję - próba dla chrześcijanina. Survival i Salvator. Zbędność i Zbawienie. Dlatego co i raz daję się skusić kompozytorom, którzy pomimo doświadczeń XX wieku, cofają swoją i naszą wrażliwość do okresu średniowiecza? „Upraszczając” nasze słyszenie, każąc nam zapomnieć o odkryciach awangardowych twórców: jak "Passio" Arvo Pärta - krążące wokół tych samych dźwięków (A, B czy E). Jak ja teraz : ABBA, BEA …Tuż przed tym, jak Maciej Grzyb zaproponował mi wyjazd do Watykanu, znów wróciłem po przerwie do podobnej muzyki. Pasłem słuch na łąkach Hildegardy z Bingen. Czy jednak, mój Demonie, nie powinienem jednak przemilczeć historii tych „prymicji”? Niemiecka mniszka długo się powstrzymywała od spisywania swoich wizji, nie będąc pewną ich prawdziwości, gdy wypełnił ją mistyczny płomień, który nie spalał a przyjemnie rozgrzewał niczym … niczym słońce, październikowe słońce w Rzymie … miała niemal tyle lat co ja: prawie 43. Wiesz, Demonie, ciekawsze od jej obrazów tajemnej struktury świata, wydają mi się jej teorie muzykologiczne, które –co mnie zaskoczyło, niemal co do joty sprawdziły się po wiekach. W oczekiwaniu na wywiad z Yorkiem, wyjawię ci moją wątpliwość na kanwie dokonań tej mniszki. Skoro mój przepracowany mózg, całkiem wykończony brakiem snu, podryfował na mielizny mętnego mistycyzmu; skoro już całkiem zapadłem się w siebie, zapominając o Bożym świecie; skoro rejestruję jak w czarnej skrzynce strumień skojarzeń przechodzący w bełkot; skoro straciłem już resztki wstydu i zamiast gładko przemawiać ustawionym radiowym głosem, jąkam się i chrypię- poświęć mi jeszcze jedną małą chwilę; chwilę nie świętą w Świętym ponoć Mieście.

York nie zając, nie ucieknie. Zresztą gonić króliczka a nie łapać go! W tym czasie, zamiast gawędzić z dziennikarską gawiedzią, opowiem ci, jak na podstawie kategorii "hildegardiańskich" można by napisać na nowo całą historię muzyki. Pozwól tylko , że raz jeszcze sprawdzę naszą NAGRĘ. Znów niech w słuchawkach usłyszę wzmocniony chór ludzkich głosów przed watykańską salą La Stampa, chmurę wokalną przypominającą najbardziej awangardowe dzieła minionego stulecia. Pulpa dialogowa z kanału w kanał. Do wielu najbardziej uznanych utworów, Demonie Zdenerwowania, dałoby się zastosować kategorię "turpizmu", tak jak to rozumiała niemiecka mistyczka. Ta wizjonerka, że Ci przypomnę, zwracała się do Diabła per "o, turpissime Lucyfer!” Nie pamiętasz już , że Lucyfer został przez Hildegardę nazwany ‘Turpissimus’ (czyli ‘Najbrzydszy’)? Nie dziwię się, że wyrzuciłeś to ze swej pamięci, boś sam utracił pierwotne piękno, Demonie Zdenerwowania, Aniele Wredny Stróżu mój. Najciekawszy, mój drogi, nie jest ten epitet. Albowiem utratę piękna Hildegarda ujęła także w kategorie muzykologiczne. Czy wiesz, że w dramacie muzycznym 'Ordo virtutum' tylko dla roli diabła Hildegarda nie napisała muzyki? Wszystkie osoby dramatu -Cnoty i Dusza- śpiewają. A diabeł? Tylko mówi a raczej krzyczy, miota się i rzuca obelgi. Szatan to przewrotna inteligencja; do perfekcji opanował sztukę: 'pervesitas diabolicae artis'. Sieje wyłącznie zniszczenie jego demoniczna 'ars'. Lecz, cóż to za naiwność byłoby dziś tak rozumować, nadobna Hildegardo! Bo zważ, czy pod pięknem harmonii nie mogą się zręczniej maskować destrukcyjne potęgi świata! Bywa, że bardzo czysto śpiewa zdradliwa siła nieczysta. Zanim nie zaczną charczeć, wyć i toczyć pianę z ust, nadobne sopranistki lubo boscy tenorzy nieraz zdołają omamić całe masy wiernych! Wiernych fanów, rzecz jasna.

Ja monologuję teraz ustawionym radiowym głosem a ty tylko będziesz śmiać się ze mnie, moja ty droga Tremo, przemieniony w żeńską postać Demonie Zdenerwowania. Śmieszy cię, że ciągle próbuję odwrócić uwagę od sprawy najistotniejszej: od drżenia wilgotnych dłoni, suchości w gardle, niespokojnych spojrzeń! Aż w końcu przed salą La Stampa moja przychodzi kolej. Podążam krętymi korytarzami i po białych marmurach stopni, coraz bielszych i jakby bardziej marmurowych- w miarę gaśnięcia obrazu w pamięci; im dalej od zdarzenia, tym bardziej utwierdza się we mnie ich materialność, często kosztem ulotnej prawdy; wyobrażane schody wiją się dookoła mojej idée fixe, skręcone jak barokowa kolumna; wyprowadzają mnie na manowce, nie do tamtego pokoju, gdzie czeka na mnie cała ekipa propagandystów „Świadectwa” a do jakiejś bocznej komnaty czasu, długiej jak religijna dygresja, szerokiej jak horyzonty herezji. Aż trafiam jednak w końcu do przedsionka, w którym już czeka zestresowany dziennikarz. To znowu ja. Widzę teraz samego siebie, ale nie tego samego siebie. Jak język węża rozwidliła się ścieżka czasu. To już inny ja, choć tak samo, jak wtedy w La Stampa- 16.10. 2008- przyglądam się papieskim portretom zawieszonym na ścianach. Jednak, gdy teraz -10.11.2008- wracam pamięcią do tamtego zdarzenia, mój Demon podsuwa mi zupełnie inny zestaw pytań do brytyjskiego aktora; moja historia „Świadectwa” przeradza się w inny reportaż: w nowym stylu "gonzo-gnozo", w którym realne wydarzenia stają się pretekstem dla paranoicznej relacji z wnętrza Wiedzy reportera. Zaproszony do środka przez redaktora Ro. Rogowieckiego- wchodzę i tak jak wtedy witam się z Narratorem. Lecz oto przede mną stoi zupełnie inny York!


Elsynor pamiętasz, Wasza Książęca Wysokość?”-z takim pytaniem zwracam się do mego rozmówcy, który błyskawicznie zmienia swą postać. Wtedy 16.10. 2008 przypominał mi Grzegorza Woźniaka, reżimowego dziennikarza z lat osiemdziesiątych. Pomyślałem wówczas , że to kolejny znak. Zacząłem podejrzewać, że to podobieństwo służy epigonom przebrzmiałej Historii, którzy chcą go wykorzystać do swych własnych celów. (Pomyślałem , że choć jeszcze w PRL-u zawarli pakt z diabłem to wciąż trzymają się razem.) Paradygmat Paranoi. York zrzucił nareszcie garnitur Woźniaka i stanął przede mną w innym stroju dworskim- księcia Danii, z nieodłączną czaszką w czaszce, rekwizytem Hamleta. W ten sposób wrócił w rozmowie ze mną do początku swojej kariery, choć wcale go o to w tamtym moim wywiadzie wtedy nie prosiłem. Powtórzony z pamięci dialog skręcił na tory dygresji, ale czy na mielizny mojej depresji to się jeszcze w przeszłości okaże; innej przeszłości- plastycznej, poddanej grze wyobraźni. Po kilku tygodniach watykańska wycieczka z października odkrywała przede mną inną głębszą podróż, skrywane tajne świadectwo w tamtym publicznym „Świadectwie”. Jak w słowie pielgrzymka kryje się rdzeń Rzym, tak w wywiadzie z Yorkiem ujrzałem szekspirowski kościec: York został przeze mnie nagle uwięziony w czaszce poczciwego Yoricka!

Szekspir i Papież? Cóż to za nowa królewska tragedia? Jak wytłumaczyłby Pan tę zaskakującą więź? Chciałbym wykorzystać Pana debiutanckie doświadczenia sprzed dziesiątek lat na deskach brytyjskich teatrów, aby uzmysłowił Pan współczesnym Polakom: jakiż to nieznany polityczny dramat może skrywać nasza najnowsza historia? Proszę ujawnić możliwe kulisy rzymskiego spektaklu, w którym uczestniczymy. Jakąż rolę odgrywałby Hamlet w tej obłędnej współczesnej konfiguracji, żeby nie powiedzieć konfabulacji?- jak nawiedzony pytam szekspirowskiego aktora. Taką odpowiedź -jakby z ust Yorka- słyszę w moich myślach:

"Tragedią największą jest to, że o tym nie można wciąż mówić otwarcie. Więc samo to przemilczenie jest rodzajem spektaklu w spektaklu. Informacyjna luka jest jak otwarty grób- ciemna ziemna zimna czeluść - w której większość domyśla się prawdy, ale tylko mniejszości chce się tę prawdę domyśleć do końca. Czy wiesz, czym na prawdę spowodowane były wahania szekspirowskiego Hamleta? Przeczytaj interpretację Carla Schmitta! Boisz się tego sceptycznego reakcjonisty? Odczuwasz grozę stanąwszy przed gnozą? No dobrze, rozumiem; lecz spróbuj odrzucić choć na moment wygodne szufladki. Skąd możesz wiedzieć, czy nie jesteś celem wielopoziomowej manipulacji? Skąd czerpiesz pewność, że ta groza faktycznie broni cię przed czymś groźnym? A jeśli ta Groza -ustawiona jak awatar w komputerowej grze przed rzekomą bramą Gnozy- służy wyłącznie ułudzie? Skąd wiesz, czy ta terminologia, podział na ortodoksję i heterodoksję, nie jest li tylko fortelem, a rzeczywisty cel tych działań to odstraszanie dociekliwych? Ja powołuję się na Carla Schmitta nie po to, by cię poprowadzić ścieżką politycznej gnozy, ale byś ujrzał nagą ‘polityczność’ skrywaną za rytualnymi rzymskimi całunami! A z drugiej strony, żebyś dojrzał w państwowych rytuałach zsekularyzowane formy kościelnego ceremoniału. Dojrzał i w końcu dojrzał , aby się od nich na dobre uwolnić. Na dobre i na złe! Wybacz mi ciągłe gierki słowne; nie mamy zbyt wiele czasu na ten wywiad, więc muszę się streszczać, kondensować myśli. W paru słowach spróbuję ci nakreślić na czym polega rewolucyjność hamletowskiej interpretacji dokonanej przez Schmitta i jak ten schemat relacji pomiędzy żyjącym Synem (Bożym), zamordowanym Ojcem (świętym) a zdradziecką (cicho, sza!) Matką (Kościołem) może być ci pomocny w zrozumieniu tego, co się wydarzyło w Rzymie. Może także pomoże ci wyjść z pułapki własnego psychologizmu, opuścić jaskinię swojej czaszki; może także wówczas ten „gonzo-gnozo” reportaż stanie się przez to bardziej „obiektywny”. Posłuż się moją „czaszką w czaszce” -kośćcem Yorka we wnętrzu Yoricka i stań odważnie przed publicznością. Zrzuć choć ten pierwszy całun z oblicza zmarłego Papieża, ze świadomością, że nie ma końca zrzucania całunów, bo za jedną zrzuconą chustą kryje się następna! Twoja sytuacja przypomina niekończącą się grę w teatrze cieni i zwierciadeł : historię spektaklu w spektaklu w spektaklu w spektaklu … w sposób teatralny musisz ukazać jak naprawdę zamordowano Króla. Tak jak w „Hamlecie” to nie jest zwykłe zabójstwo, więc nie może być oglądane przez pryzmat słowa „morderstwo”; to był „mord” a dokładnie „mord założycielski”. Zaprzęgnięto do niego całą machinę prawną i rytualną, więc nie można go prymitywne oceniać jako faktu z kronik kryminalnych! Podkreślam to, bo podobieństwo słów może prowadzić do fałszywych wniosków i nieprzewidywalnych fatalnych konsekwencji. Polityczność „założycielskiego mordu” jest tu paradoksalnie związana z ’symbolicznym’, ‘mitycznym’ charakterem zbrodni. Tak właśnie sprawę stawiał Carl Schmitt w tekście „Hamlet albo Hekuba. O historii, która wdarła się na scenę” : ‘Potrafię nazwać to całkiem określone tabu. Dotyczyło ono Marii Stuart, królowej Szkotów. Jej mąż, Henryk Stuart, Lord Darnley, ojciec Jakuba, w lutym 1566 roku został nikczemnie zamordowany przez hrabiego Bothwella. W maju tego samego roku, Maria Stuart poślubiła tegoż hrabiego Bothwella, mordercę swego męża. Można tu faktycznie mówić o nieprzyzwoitym i podejrzanym pośpiechu. Kwestia współudziału w zbrodni czy wręcz zlecenia mordu przez Marię Stuart do dziś pozostaje niejasna i kontrowersyjna. Maria zapewniała o swej całkowitej niewinności, a jej przyjaciele zwłaszcza katolicy, wierzyli jej.’ – Carl Schmitt przywoływał skrupulatnie historyczne fakty, podkreślając jednak, że nie chce osiąść na mieliźnie historycyzmu. Dylemat Szekspira , który zinterioryzował to w postaci wahań Hamleta, polegał na tym, że Mistrz ze Stratfordu, nie mógł publicznie ze sceny oskarżyć Marii Stuart a z drugiej strony nie mógł także publicznie uniewinnić Królowej, którą lud podejrzewał o zbrodnię. To kunktatorstwo zaowocowało nowożytnym mitem Hamleta – rozdartego intelektualisty udającego szaleńca. W twoim przypadku szaleństwo jest grą aktora pragnącego zrzucić fałszywe całuny śmierci z oblicza Papieża; jesteś jak aktor w teatrze rapsodycznym, chcący wyjść poza teatr a który sam za każdym razem musi wkładać nową maskę. Podejrzewasz, że za kulisami jednego z najważniejszych dramatów w historii Polski, może się kryć jeszcze większy dramat, który dezawuuje tamto publiczne przedstawienie. Nie możesz tego jednak opowiedzieć wprost, więc chaotyczna, grafomańska forma, błądzenie tekstu po labiryntach dygresji i herezji staje się z wolna najważniejszym tematem. Tak to nowe kłamstwo zastępuje dążenie do prawdy. Śledztwo przeradza się w swoje przeciwieństwo: zacieranie śladów. Aż w końcu uświadomisz sobie , że stajesz się powoli sojusznikiem Konfidentów Ukrywających Rzeczywiste Intencje Akolity. Nie wiem, kto wtedy byłby w stanie uwierzyć w prawdziwość twoich intencji i takiej ścieżki dochodzenia do przeczuwanej tylko prawdy. Sam sobie nie będziesz w stanie uwierzyć, powtarzając gesty Hamleta, podejrzewając, że to wyłącznie w twej głowie zalągł się głos z piekła rodem- głos fałszywego Ojca,wzywającego do zemsty. A to tylko pogłębi twój obłęd!" Mens insana in corpore insano.


c.d.n.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (158) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest cztery razy pięć? wpisz liczbę

Wyślij »
2012-02-01 22:50  Poetka na Moście
2012-02-01 20:20  historia alternatywna
2012-01-31 19:35  propaganda - porównanie
2012-01-30 13:13  Tusk albo RWPG bis
2012-01-27 20:20  no future
2012-01-26 20:02  zmiana psa na kota z budy?
2012-01-25 20:02  znów lata sowa sowietów
2012-01-24 13:13  totalnie okablowani
2012-01-23 19:53  888
2012-01-21 09:55  KrZyWE nAWIjKI
Kalendarz