Bogdan Zalewski
13 czerwca 2010, 13:13

Co cielesne- Cezarowi/ A co boskie- ciału (wersja 1.0)

Rozpoczynam. Jestem na starcie. 11:11. Z pierwszą wstępną wersją muszę zdążyć do 13:13. Tak sobie założyłem. Bo czekałem długo. Za długo. W tym czasie wydarzenia mnożyły się jak króliki. Cielesność jest formułą powszechniejszą niż się wydaje nawet największym hedonistom.Kierując się wyłącznie tą rwą, impulsem pochodzącym z ciała, bo wszystko tu jest cielesne, i dlatego tak kruche i wystawione na śmiertelne ciosy, bo wszystko, co z takiego rodzi się łona, można zniszczyć, pociąć, pourywać, poszatkować, osobno ręce, i głowa i korpus osobno, corpus delicti, czczona niech będzie zawsze pamięć, w każdym już przejawie, bo wszystko co dalej nastąpi będzie odwołaniem do polskiej miazgi ludzkiej, każda forma będzie obrazem tego sakralnego, królewskiego bezformia, jakby wszystko prowadziło do tego punktu, jak do kosmicznego Big Bangu, kabalistycznej katastrofy, implozji i eksplozji, próżniowego wdechu i potężnego wydechu, bo to nasza nowa bomba megabitowa, cała z ciała, bullet in your head!, gdy lecą w globalną przestrzeń krwawe kawały polskich zdań, ostre strzałki kośćca polszczyzny, wektory skruszonych piszczeli, włókna porozrywanych wyrazów, krople skwierczącego tłuszczu dawnych słów, a cały świat od razu strzepuje z siebie te strzępy, odruchowo, jak drobne nitki z drogich garniturów, albo jak cienkie blond włosy z nogawek spodni w kanty, w tym rozumiejącym wszystko towarzystwie "Bilderpetersbergu" , globalistycznym panteonie Jałtan, z obleśnymi uśmieszkami sadystycznych erotomanów, przyklejonymi ludzką skrobią. Terrorerotomania rodem z kraju rad / szturmem znów zdobywa ich zachodni świat. To nasza nowa polska inicjacja: wpuszczeni w euroazjatycką puszczę, w szamanistycznych szukamy obrzędach uzasadnienia rozebrania (aż do szkieletów) naszych JA. Wszystko, co duchowe też jest cielesne, nie mówiąc o ideologii, która ma wyłącznie wymiar somatyczny, w tym sensie jest wroga wszelkiemu idealizmowi. Jest jego zaprzeczeniem, przybierającym jego pozór. Sam odkrywam nielogiczność swoich własnych zdań. I próbuję wykryć tę wyrwę w logice wywodu, niezagojoną hipertekstualną ranę broczącą bredniami, pulsujące gniazdo larw: jeśli ideologia ma wyłącznie wymiar somatyczny i jest zaprzeczeniem idealistycznej duchowości, a wszystko co duchowe też jest cielesne, to w jaki sposób ideologia jest zaprzeczeniem idealizmu? Odpowiedzi nie przyniesie taka sofistyka, a jeżeli nie żonglowanie martwymi słowami to może świadome przeżycie tego jednego dnia rozpiętego pomiędzy skrajnościami? Urywam ten wątek jakbym oderwał kawałek kartki. I połykam go. Przypominam sobie jak trzymam w ustach hostię. Świetlista biel rozpuszcza się w ustach, w roztworze szeptanej modlitwy, a potem wędruje kanałem w dół, rozlewa się po całym organizmie wiarą w Zbawiciela. Ale nie myślę o religii a o matematyce. Geometrii duszy. 10+3+(-3)+(-10)= JA Chcę w konkretnym czasie nakreślić konkretny odcinek, jak na tekście. Mam na to tylko dwie godziny. To czas mojego prywatnego egzaminu tożsamości. Ten odcinek zaczyna się od punktu zwrotnego, kiedy pod koniec koncertu Rage Against The Machine późnym wieczorem w czwartek 3.06.2010 w Norymberdze z głośników zabrzmiała "Międzynarodówka" śpiewana po rosyjsku; a że wydarzyło się to w Święto Bożego Ciała, wykreślony przeze mnie odcinek kończy się w początku tego samego dnia, wczesnym rankiem w Kościele bł. Kadłubka słowo kadłubek wywołuje z podświadomości podsmoleńskie obrazy fragmentów ciał wymieszanych ze szczątkami maszyny w świątyni na Szklanych Domach w Nowej Hucie, gdy z gardeł wielu rozbrzmiewa literacka pieśń religijna Franciszka Karpińskiego: "Zróbcie Mu miejsce, Pan idzie z nieba / Pod przymiotami ukryty chleba". Terrorerotomania rodem z kraju rad / szturmem znów zdobywa nasz zachodni świat. Jestem ołówkiem, moja pamięć to grafitowy rdzeń, staję na głowie, żeby to narysować. Odcinek ze strzałką. Wsteczny wektor czasu.
B.Z. szkic ideologiczny- projekt palimpsestu w prostym programie PAINT- brudnopis dodany 13.06.2010 o 15:07. O 20:19 wpada mi do głowy neologizm: PAINTAGRAM.

Anarchia w amfiteatrze starego porządku. Ordnung Hitlera i Speera. Rzymskie formuły władzy nad umysłami zaklęte w formach architektonicznych. Monumentalizm jak głaz a pod nim pojedyncze ciało: przywalone , wijące się aż w końcu zastygłe w bezruchu. Dookoła mechaniczny taniec innych ciał, ożywionych figur z alegorycznych pomników. Rozbito to, zmieciono, skruszono, na szczęście. Co pozostało, ku pamięci, pokazują: PATRZ! I nic. Tylko to. Niech pozostanie w oczach jak zapach nieludzkiego lodu - taką synestezją. Jednak od czasu do czasu następuje zmiana znaków: czerwona gwiazda zamiast swastyki, a "Вставай, проклятьем заклеймённый,/ Голодный, угнетенный люд!" pokrywa nie tak dawne przecież: "Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen!/ SA marschiert mit ruhig festem Schritt/ Kam'raden, die Rotfront und Reaktion erschossen/ Marschier'n im Geist in unser'n Reihen mit". Na koncercie Rage Against The Machine - falujący, pogujący, zatopiony w rockowej ekstazie tłum młodych Europejczyków, głównie Niemców, zastygł na moment, kiedy zalała go fala starych, anachronicznych dźwięków i obce słowa komunistycznego Molocha. Obce? A może raczej - trochę egzotyczne, a więc tym bardziej atrakcyjne, kuszące orientalną energią pulsującej czerwonej gwiazdy, światłem przewodnim, które obiecuje Innobyt, poza przewidywalną nudą czystych ulic w zgeometryzowanych dzielnicach. Pokusa innej psychogeometrii, metamatematyki duszy, o przestrzeniach nieeuklidesowych, sowieckich, w których nieskończona krzywa wydaje się krótkim odcinkiem, prostą drogą do wiekuistego ziemskiego szczęścia. Wyznaczyłem sobie równie utopijny odcinek, trasę opisu, równie łudzącą, łudząco podobną. Jestem więc w kręgu oddziaływań? Czerwonej gwiazdy, jutrzenki swobody?
Ciało człowieka ma to do siebie, że jest uniwersalne, można go wpisać w różne figury, dopasować do różnych schematów. Pasuje do każdego układu: zmielone w wirnikowej machinie, zbite w miazgę i wbite w glebę, zmieszane z błotem i smarami, nadpalone, ugaszone jak kiep w kałuży, nagle strącone z turni najwyższej władzy państwowej, z tych szczytów, nad którymi ciągle i pomimo wszystko unosi się dawna aura, blaknąca królewska sakra; ciało błyskawicznie unurzane w rynsztoku natury, w organicznym bagnie wąwozu, zatopione w wydzielinach anusa Rusa, (materia prima, anus mundi), i ostatecznie upodlone w obecności przetrąconego lecz dumnego godła, poszatkowane na tle szachownicy i wystawione na prześmiewczy widok: przerażającą garmażerią.


=============
95. Przemówienie przygotowywane przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego na uroczystości dziesiątego .............

96. 2010 roku w Katyniu. Tragiczna katastrofa spowodowała, że tam, w Katyńskim Lesie, .............



=============

Ciało zbiorowe, collage rąk i głów, nóg, łon i łokci- oto nasze Nowe, przechodzące wszelkie pojęcie: Narodu. Można go znowu łatwo rozpiąć dziś na krzyżu, można z nim także odwrócić krucyfiks, oraz połączyć mu znaczące czakry, te skrajne punkty znaczone cyframi, tatuażami koncentracji, tak aby powstała rogata figura, a gdy ta psychochirurgiczna ko-operacja przeprowadzana jest w ciągu krótkiego okresu, może wywołać zawrót głowy u wdeptanego w pentagram adepta. Niespodziewany prorządowy przewrót, gwałt cynicznego przebiegunowania, nagłe zmiany układu- podniesienia dla jednych, a dla innych wiecznego spoczynku- mogą być porównane z doświadczeniem ekstatycznym, z jednej strony tym religijnym, wypływającym z mocy głębokiego, wewnętrznego przeżycia, a z drugiej -psychedelicznym, w którym, wyliczona w gnostyckich jednostkach Molocha albo Mamony, energia mimetycznej parareligijnej iluzji dostarczana jest z zewnątrz i podtrzymywana sztucznie, jak mdłe, lucyferyczne światło artificial paradise. Przez cały czas w drodze z Krakowa do Norymbergi oraz z Norymbergi do Krakowa szumiała mi głowie szatańska lub anielska maszyna do szycia, maszyna, co ciała stale obrabiała, fastrygowała fantazmaty, persewerując wyszabrowanym z Rosji obrazem rodem z grozy gore, bo zszywałem sam w sobie porozrywane, porwane skóry, cudze ludzkie kawałki w całość swego doświadczenia, a raczej w jego ułudę. Moja psyche bawiła się z moją percepcją w projekcję fantasmagorii na ekrany przydrożnych niemieckich pejzaży. Wiatraku, mlący wiatraku, mylący mi się z zegarem! Nieczytelnym znakiem przestrzeni odciśnięty na płótnie z mgieł. Kotłujący się opar na wzgórzach- w parze z tamtą pamiętną zasłoną, śmiertelną kurtyną Izydy, Funeralną Smoleńską Burką. Jaki czasu przeszłego minutaż aktualnie podaje czekista? Na cyferblacie miękkim i podatnym są dwie wskazówki surrealistyczne, jak pocieszne, wiszące, sztuczne wąsy szpiega.
Niemieckie wiatraki smoleńskich zegarów............. . Dodane 16.06. o 21:37

Groza ukryta pod warstwami hedonistycznej zabawy. Werniksy. Zamazać jedno -zamalować drugim. Procesja Bożego Ciała, w której nie wziąłem udziału rano, wyewoluowała wieczorem w ekstatyczny powrót przez norymberski park. Wąska ścieżka pośród drzew skanalizowała ludzką energię. Na drzewach jak wąż wił się żółty światłowód, drogowskaz w realnej przestrzeni i tantryczny znak psychiczny, wąż Kundalini. Świetlisty szlak zawieszony nad głowami tłumu, tłoczonego do jądra energii; dziwny atraktor ukryty za parawanem leśnej gęstwiny, źródło wściekłości i buntu, jak elektromagnes włączony właśnie tego dnia, ściągający ku sobie zwykłych młodych ludzi, obojętnych na co dzień, a dziś jak opiłki, tworzące razem, w masie, regularne rysunki sił, świadectwo ukrytych energii, jak to trafnie określił prawie przed dwoma wiekami polski myśliciel J.M. Hoene-Wroński, to są tropy ku skrytym ścieżkom prowadzącym do gnozimachii, poważnego, globalnego ruchu rewolucyjnego, działającego i dziś, przebierającego się w szatki rockowych subkultur, modne tandetne ciuszki, których tu wszędzie pełno; wędruję dalej razem z gęstym tłumem, tą leśną pewnie ślepą kiszką, po omacku pomimo światła dnia, dnia Bożego Ciała, od czasu do czasu czuć zapach, zapaszek marihuany, kadzidło ziela unosi, unosi się nad tłumem, ponad usta, ponad włosy, ponad czapki, kapelusze, i kaptury, z animuszem, dusz w przestworzach szukać muszę, ku konarom, ku koronom , ukoronowanym głowom, w niebo sunę norymberskie, grafitowe, nie niebieskie, ciężkie, miejskie, chmurne niebo, w dole toy-toy, za potrzebą, stoją doń pijane damy, wymieszane wszystkie stany, każdy z każdym, seks w plenerze, wierzysz w niebo?, w siebie wierzę, robię tutaj za równego, ale wznoszę się nad tego, który idzie na całego i poszerza horyzonty, podpalając nowe lonty, robię tutaj za równego, ale latam ponad tymi, którym zioło z nosów dymi, fruwam ponad jeziorami der große und der kleine Dutzendteich, macham sztucznymi skrzydłami nad Volkspark i lewituję ponad Kongresshalle und Stadion, widzę na przestrzał tak przestrzeń jak czas, nie ma już granic, są tylko: moje ograniczenia, procesja sunie, przesuwa się i buksuje i znowu rytmicznie porusza się naprzód i dalej, i stop, jakby parkowy tunel wykonywał organiczne ruchy perystaltyczne, mijamy teraz stragany, kontrkulturowy bazar, gadżety, T-shirty, pieszczochy, torby i arafatki, pełne symboli śmierci łączonych z kultem ekstazy, zwyczajna rupieciarnia, posthippiesowski misz-masz, punkowe detale, black-metal, i psychodelia techno, gdzieniegdzie spod tego śmietnika wyłania się idol z brodą, bożek okrutnych zbrodni, lucyferyczny apostoł, łże-mesjasz, Syn Człowieczy jedynie z nazwy, z nazwiska; kto nosi na piersiach ikonę mordercy-charyzmatyka? fałszywej postaci chrystusa połączonego w złym śnie z żądnym krwi dionizosem, apostołowie z Bel Air, jatki cuchnącej mięsem wydobywanym z człowieka, czciciele noży i pałek, przypominani po latach, kultywowana ich pamięć, kult masowego mordercy sączony jak węża jad, żółte jest światło obłędu, przeklęty niech będzie świat!
człowieczy patyczak Syna Człowieczego. Dodane 18.06. o 21:37
Moje skojarzenia są subiektywne, na jakiejś tutejszej scenie byłbym pewnie wygwizdany, obrzucony puszkami piwa z logo browaru- sponsora. Nikogo nie przekonałyby argumenty, że ta norymberska, niby świecka, uroczystość pełna jest znaków i symboli. Co z tego, że pokazywałbym im palcem zaparkowane mikrobusy stylizowane na karawany z napisami R.I.P. (Rock Im Park), które według odmiennego, klasycznego kodu można rozwinąć w inny komunikat - "Rest in Peace" - albo, grzebiąc jeszcze głębiej w europejskiej tradycji - "Requiescat In Pace" ("Niech odpoczywa w pokoju".) Po co te mortualne znaki, na każdym kroku? Dlaczego młodzież zachęcana z jednej strony do zerwania tradycyjnych więzi kulturalnych i pomknięcia w nieznane, przyszłe, obiecujące, jest jednocześnie podświadomie straszona tańcem śmierci, średniowiecznymi odwołaniami. I ten barok straganów pełnych kościotrupów (niektórych naturalnej wielkości), czaszek i piszczeli? Przy jednym z nich uwija się wiekowy freak. Brytol z bandaną na głowie w barwach swojej narodowej flagi. Kiedy krążyliśmy autem po ulicach i zaułkach tej części Norymbergi, w pewnym momencie podszedł do nas młody Niemiec, odłączył się od grupy kolegów siedzących na ławeczce pod autobusową wiatą. Coś nam w narkotycznym widzie próbował wyjaśnić po niemiecku. Gdy R. poprosił go, czy mógłby przejść na angielski, zdziwił się i rzucił nienawistnie: "English?! I hate English!". Rozpoznaję w Angliku starego rejwera, psychedelicznego imprezkowicza z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Rozpoznaję go po wyrazistej twarzy zoranej najpewniej licznymi doświadczeniami z eXtasy i psylocybami oraz po gatunku muzyki, którą roztacza wokół z głośników dużej mocy. KLF. Kopyright Liberation Front.
R.I.P. Dodane 14.06. o 21:37

Ekspedycja zaczęła się właściwie od telefonu od Rafała Szafrana. Właśnie kurowałem się w domu z infekcji ucha zewnętrznego, wywołanej prawdopodobnie jakimś alergenem w słuchawce mikro-zestawu komórkowego, przypadłość, która przeszła szybko w zapalenie ucha środkowego, bolesną dolegliwość wymagającą leczenia antybiotykami i kroplami oraz regularnymi zmianami opatrunków w przychodni LUXMED-u i w przerwie pomiędzy korporacyjnymi rozmowami dotyczącymi zwolnienia lekarskiego i zmian w harmonogramie radiowych dyżurów, Rafał zaproponował mi, po szczęśliwym zakończeniu moich nieprzyjemnych somatycznych przygód, podróż do Norymbergi; R. wyczaił w necie, że Rage Against The Machine odbywają właśnie europejski tour i najbliższym miejscem, gdzie będzie można zobaczyć na żywo słynny band z Kalifornii jest Bawaria; Rafał chciał skrzyknąć jakąś większą grupkę radiowych "pielgrzymów", a wiedział, że z dużą radością zareaguję na tę wieść o RATM, bo już przeżyliśmy wspólne doświadczenie muzyczne w jego samochodzie, przez długie godziny słuchając z głośników Zaca de la Rocha i Toma Morello podczas nagłej i niespodziewanej podróży 21 stycznia 2008 roku, jadąc przez pół Polski -spod Kopca Kościuszki na Mazury- na pogrzeb Daniela Wołodźki, naszego zmarłego na raka radiowego kumpla a prywatnie perkusisty i muzycznego eksperymentatora, gdy Rage brzmiał w aucie smaganym strugami deszczu i bryzgami spod kół TIR-ów jak jakieś dzikie Requiem przez całą żałobną drogę z Krakowa do Dobrego Miasta. Tym razem inny kierunek, gdy tamten po linii południka, ten równoleżnika. Przypomniałem sobie, że 65-letni brytyjski archeolog-amator Alfred Watkins badał linie łączące znaczące miejsca na ziemi. Zaczęło się od tego, że zastanowiły go podczas przejażdżki po wzgórzach Bredwardine w południowej Anglii związki liniowe pomiędzy pewnymi punktami krajobrazu. Ten odkrywca i fotograf, spostrzegł proste, wzdłuż których znajdowały się świątynie chrześcijańskie a także starożytne miejsca kultu. Wyniki badań opublikował w 1925 roku. A ja badam własne linie życia, subiektywne wektory tworzące od czasu do czasu, jak mi się wydaje, obiektywne figury losu. Kraków→ Nűrnberg→ Kraków? Trzeciego czerwca? Była szansa, że się do tego czasu wykuruję, więc wstępnie zgłosiłem akces do rockowej grupki wycieczkowiczów, poprosiłem tylko o chwilę zwłoki na konsultacje z najbliższą rodziną, które nieoczekiwanie zaowocowały decyzją o wspólnej podróży z moją starszą córką Asią. Rafał poprosił o kupno biletów Adama Górczewskiego, korespondenta RMF FM w Berlinie i w ten sposób mogłem wkrótce na Facebooku zobaczyć zdjęcia upragnionych bilecików. Ta zadaniowa sieć powiązań, która wytworzyła się wokół wyjazdu do Norymbergi objawiła mi się w postaci zamkniętej krzywej łączącej takie punkty jak Rafał → ja → Asia → ja → Rafał→ Adam→ Rafał →ja→Asia→Rafał, bo moja córa z powodu mojej choroby udała się na Kopiec, aby wręczyć mojemu radiowemu szefowi- a tym razem towarzyszowi podróży- sto dziesięć euro za wejściówki. Nie jest to nic nadzwyczajnego w dzisiejszych czasach taka skomplikowana figura relacji, obraz współdziałania grupy ludzi połączonych w dążeniu do jednego celu. Wspominam o tym, bo przypomniała mi się opowieść Rafała już podczas podróży do Norymbergi, kiedy puszczał mi pewien trudny do zdobycia cover w wykonaniu White Stripes. Chodziło o piosenkę "Jolene" pierwotnie wykonywaną przez Dolly Parton. Rafał puścił mi oryginał z teledysku na Ipodzie i gapiłem się ze zdumieniem i podziwem na śmieszną figurkę tej Barbie w liliowych spodniach-dzwonach, Lalki country. Potem on opowiadał mi gęstą od szczegółów historię zdobycia oryginału nagrania Jacka White'a w Japonii i sprowadzenia płyty do Polski a przed oczyma mojej duszy objawił się cały łańcuszek ludzi, rozmów i drobnych zdarzeń, tworzących dodatkowy teledysk, obrazek ilustrujący moją wersję piosenkę "Jolene". Nie-do-zdobycia. Nie-do-usłyszenia. Nie-do-zobaczenia. Obok mnie na tylnym siedzeniu auta Rafała siedziała Asia i czytała książkową nowość- "Tragarzy śmierci" Witolda Gadowskiego i Przemysława Wojciechowskiego; od czasu do czasu zagadywałem do niej na temat jakichś przestudiowanych przeze mnie wcześniej epizodów z terrorystami w rolach głównych; chwilkę rozmawiałem z córką o warszawskiej "przygodzie" Abi Daouda z sierpnia 1981 roku, kiedy szkolony w PRL-u przywódca "Czarnego Września"- ponoć mózg terrorystycznego ataku na olimpiadzie w Monachium w 1972 roku, w którym zginęli izraelscy sportowcy, został dziewięć lat później trafiony serią pięciu kul w warszawskim hotelu "Victoria". Historia lubi zataczać koła. Także drobne, życiowe fakty łączą się czasem w dziwne serie jak strzały z broni palnej; trafiają w nas nagle i niespodziewanie tajemnicze koincydencje, często niewytłumaczalne; mamy świadomość ich życiowej wagi, często są dla nas godne sensacyjnej powieści, niestety tylko dla nas i dla nikogo więcej nie są przeznaczone, więc każda próba objawienia ich wagi innym przeradza się na ich oczach w nudne przedstawienie, żenujące jak to moje kampowe porównanie dwóch serii: śmiertelnie groźnych strzałów z broni palnej i drobnych zdarzonek wycelowanych wyłącznie w temat śmierci.
Światłowód wiodący do ............. . Dodane 15.06. o 21:37

Apercepcja: JA z jednej strony i JA z drugiej strony fantasmagorii-Norymbergi (2001-2010).

ELEGIA DLA LIUBY CZIPOWEJ

1.
W norymberskim pubie, gdzie ponętna Niemka, zimnym okiem
taksuje kufle i talerze, słucham całym ciałem monologu Liuby-
malarki ze świętego (z nazwy) Petersburga. W jej oczach osobno
Rainer i Marina- dwie półkule mózgowe, dwa osobne телa-
biorą ślub lewej ręki. Prawa ręka Liuby, strojna w rękawiczkę-

sukienkę bez pleców i palców, niby aktoreczka w kukiełkowej psyche-
somato-machii, odstawia taniec na papierowej scenie kart dziennika.
Oto portret korneta, to Malte, tu cytat- z "Elegii (jakby) Duinejskich"-
po niemiecku, rosyjsku, malarsku, anielsku. Bo Liuba nie chce czytać
norymberskich gazet, Liuba ślęczy bez przerwy nad niemiecką Biblią.

Głodna dawnej miłości jak kleszcz świeżej krwi, biedna Liuba
wczepiona w skórę za uchem-radarem, niegdyś medium, dziś
widmem, które łowi piski spadających na miasto kulistych A-
niołów, ani złych ani dobrych, i dobrych i złych, nie przyjmuje
moich odczytań Rilkego- żywiciela, kochanka, demona, modela.

2.
Słysz! W gotyckich literach-katedrach Anioły
wznoszą szumy pionowe, wertykalne wizgi
ponad mostem z kiełbasek, asfaltem z musztardy,
jadalnymi kwiatami w kuchennych ogrodach,
ponad pracą bez potu, radością bezpieczną,
miłością bez ekstaz, troską niekonieczną.

Lecz jak długo, Liuba, ty kochać będziesz
mumie i omamy? Tu anty-Rilke nie wzdycha
lecz wdycha- czysty tlen z narożnej butli za
sześć marek. I tylko dziewczę wspina się na
szczudłach i kroczy chwilę ponad płaskim
cieniem przed Gaβestraβe numer ... nie wiem.

3.
Trudno wytrzymać takie ssące Nichts. Lecz, z drugiej strony, jak pisał ten twój Rainer Maria, nikt z ludzi nie zniesie dotyku Anioła: bez-sensownej, bez-płciowej, bez-nadziejnej zjawy, która przychodzi i chce odejść z tobą stąd; nie boi się pigułek, pytań o dzieciństwo, tak jak twoje, Liuba, w domu radzieckiego dziecka; nie obawia się męża, bo mąż jest jak chłopiec, żydowski meszugene, z trzydziestką na karku i kochaną żonką- mamusią, mateczką. Jak on patrzył na ciebie, Liuba, jak on patrzył, gdy Sierhij Żadan- nasz ukraiński Rimbaud- recytował swe najprawdziwsze wiersze/ między marszowym rytmem innych stóp/ tyrtejskiej Muzy, której wzuł glany/ anty-kuczmowskich punków anarchistów. No, skaży ty, Liuba, czy czułe męża synowskie spojrzenie przetrzyma wzrok Anioła Wroga-Stróża? Nie wierzę w to, nie wierzę ...

4.
Nazajutrz kreślę schemat na papierze
dla mego przyjaciela, który cię nie lubi, Liuba
dla mego przyjaciela z innego regionu
naszych tu psychostrategicznych rojeń.
Oto jest rymowanka dla Euroazjaty-
tureckiego pisarza. Jego dylematy
tak bardzo się nie różnią od tej dialektyki,
ale Celal nie chciał słuchać "jurodiwej" damy,
twego słowo-potoku, który zrywał tamy
i zalewał imperium Ego-otomańskie,
w którym Id to niewolnik niosący lektyki
do spółki z koranicznym starym Superego.
W środku Celal, spójrz Liuba, popatrz raz na niego,
jak popala z munsztuków swoje papieroski,
czy on nie jest jak anioł, choć nieco mniej boski?
Ale ty nie chcesz słuchać, ty słuchasz elegii
i nie wierzysz, że w zaświatach mogą żyć przebiegli
przyjaciele, że niezbędni do życia wrogowie
robią ci wywar z trucizn. Wypij go, na zdrowie!
Ty Mieszanko, mieszkanko krainy "pomiędzy"
krajem-rajem a carstwem nędznej baby jędzy.

5.
Europa to trzy sfery, trzy psychoregiony.
Kiedy patrzysz na rzeczy z jednej tylko strony
dwie nie leżą odłogiem, rosną same z siebie
jak komórki rakowe. Potwornieją w niebie
anioły pozbawione naturalnej karmy.
Jasną sferę zawłaszcza dumny Anioł Czarny-
kreuje abstrakcyjne figury taneczne
z ludzkich pionków, wpatrzony w Rzeczy Ostateczne.
Lecz, gdy w ziemi nie ma chtonicznej radości
w jej pokładach usłyszysz chrzęst wzburzonych kości
i wychodzą na światło szkielety pokoleń,
kłapie szczęka o szczękę, goleń tłucze goleń.
Nie próbuj zagłuszać kostnej kakofonii
tuszem orkiestr prasowych. Nic cię nie obroni
przed atakiem spotworniałej petersburskiej Muzy-
pozbawionej zajęcia, znudzonej Meduzy.

(Norymberga 25 maja 2001)


Droga wiedzie przez tunel po kuli. Bullet In Your Head! ............. . Dodane 17.06. o 21:37

Granic nie ma. Szlabany, które z triumfem woli łamano w połowie (zeszłego stulecia), zniknęły, rozpuściły w Się. Podróż Kraków→ Nűrnberg→ Kraków byłaby prosta jak największy banał, gdyby wykonywała ją wyłącznie mobilna machina, nastawiona na cel, ergonomiczna, ale pewnie i ona w końcu by się gdzieś wyłamała z ustalonego trybu i harmonogramu, zepsułaby się sama albo natrafiłaby na jakieś zaburzające ośrodki chaosu po drodze, które wytrąciłyby ją z przewidywanego, przewidywalnego toru ruchu, a co dopiero człowiek, który ją prowadzi, w dodatku powiązany, mniej lub bardziej momentalnymi, skomplikowanymi relacjami z trojgiem innych ludzi: Rafał i jego żona ... )amnezja(


=============

CDN ... Ten hipertext to brudnopis. Będę go tworzył "na Waszych oczach". Ta wersja, oznaczona świadomie na
czerwono, jest pierwszym szkicem pierwszego odcinka. Pisałem ją -z przerwami- od 11:11 do 13:13 w dniu 13.06.2010. Drugi odcinek, oznaczony na niebiesko nakreśliłem nazajutrz w poniedziałek -14.06.- z przerwami od godziny 17:05 do 20:38. Nie piszę szybko, odtwarzam w myślach przebrzmiałe dźwięki muzyki, remasteruję pogłosy w głowie, dokonuję renowacji wyblakłych obrazów, rekonstruuję poszczególne scenki, przypominam sobie rozmowy i rekwizyty, porównuję, wyciągam pierwsze znaczące "rymy", jak symbolika R.I.P. z pamięcią o Danielu, z którym będzie mi się kojarzył rytm RATM oraz samochodowa podróż z Rafałem. Czym jest to powtórzenie. Jak to się dzieje, że po jakimś czasie pojawiają się podobne zawęźlenia? Jakby internetowe ugniazdowienia w różnych hipertekstach prowadzące do tego samego leksemu - ukrytego pod "powierzchnią" ekranu. Tyle, że to nie dzieje się przecież w cybersieci, to się zdarza w tak zwanej realnej rzeczywistości. Czy nie powinniśmy więc w końcu zredefiniować pojęcia "realnej rzeczywistości"? Czy ten wulgarny realizm, ten bat na ludzi otwartych na Inne, na osoby charakteryzujące się nie tyle może inną wrażliwością, co mające poszerzone pole życiowych doświadczeń, będzie już zawsze ich nękał, zasypywał razami swoich pretensji do wyłączności? To co tu się wyłania jest efektem tłumionej energii buntu, naszej niezgody na Monopol, naszej wściekłości wymierzonej w Machinę. Trzecią sesję, oznaczoną kolorem zakrzepłej krwi rozpocząłem 15.06., o godzinie 18:04 czując w sobie fizyczny opór Innego, tego obcego zbiorowego Ciała, uwewnętrznionego wielorękiego Bóstwa, Karakona kar przyszłych, mikro-hydry drążącej korytarze w kruchym spółgłoskowym kośćcu, Molocha o wielu głowach, tych gadających bez przerwy ekspresjonistycznych masek, szepczących, szemrzących pod węszącymi nosami, bo nawet Ci, którzy pozowali na sprzymierzeńców, pragnęli najczęściej jedynie wykorzystać mój idealizm, nakierować go na swoje cele, przejąć energię mojego oporu, wykorzystać wewnętrzną siłę do własnej kine-etyki, i być może Ci byli jeszcze groźniejsi dla mojej walki z Systemem- Jestemem, tym sprzymierzonym Superego-Id, groźniejsi, bo neutralizujący tę wściekłą pasję mego Ego, ten rokosz mojej polszczyzny, ku wołaniu OD rzeczy, tych rzeczy pospolitych, rozrywanych raz, rozbieranych drugi, pożeranych trzeci raz, kiedy bywam zanurzony w macierzyńskiej mowie od stóp wierszy po czubki zwykłych głosów, wsłuchany w odgłosy ojczystej rzeczywistości, tu też zarówno w jej oczywistości jak i po najwyższą jej rzeczy nieoznaczoność, gdy nowe moje usta łapczywie łakną, łapiąc brak powietrza sferycznych stref, wypełniając się błyskawicznie wielką pasją malejącej agresji, imitacją Pasji, po ludzku niedoskonałą, ciągle z resztkami resentymentów i poczucia wstydu, zażenowania i przerażenia, jak zawsze, kiedy robię coś niesłychanego, wystawiając się na miechy-śmiechu i pukawki politowania. Trzecią sesję zakończyłem 15.06. o godzinie 21:19. Czwartą akcję rozpoczynam następnego dnia, 16.06 o 17:05. Wybieram purpurowy kolor czcionki; czy ta prastara barwa barw, wpłynie na ciągi liter, słów i zdań? Action blogging tego dnia kończę o 20:29. Ale nadal składam mych planów rozbity aeroplan. Kolejną malarską sesję urządziłem na przełomie dwóch dni 17/18 czerwca, z czwartku na piątek, w tym przejściowym czasie, na łamaniu temporalnych zmian, z chrzęstem wyobrażonym najprawdziwszych kości. Rozpocząłem żółtą przygodę o 23:08, aby skończyć ją po północy. Dokładnie 13 minut. Zgromadziłem tu słowa, obrazy. Zgromadzili się wokół ludzie.A potem znów byłem sam naprzeciwko pobojowiska pamięci, stosu pokruszonych obrazów, wysłuchawszy cynkowych słów miedzianoczołych nieczułych. Czekałem na cyfr sekwencję jak w blokach startowych biegacz, lecz cóż mi po czasie tak marnym, w którymkolwiek jego momencie? Z taką myślą zacząłem nową, nie liczyłem już którą sesję, wybrawszy kolor zielony na farbę barwy krwi, krążącej w kapilarach mych liter organicznych, preparatach zamkniętych szczelnie w szklanym słoju ekranu -muzeum, mówią, że "teatru osobliwości", Theatrum Anatomicum. Zakręciłem słój słów ponownie o 01:39. Na długo zatkałem się jak kneblem z onucy, którą z białej górnej części naszej flagi narodowej zrobił sobie cham prymityw Sowiet gbur i prostak na filmie "Katyń" Andrzeja Wajdy, reżysera, który okazał się od "onucego" tylko trochę taktowniejszy. Odblokowałem się tuż przed ciszą wyborczą o 23:17 drugiego lipca 2010, kiedy przy użyciu ciemnej czerwieni odmalowałem rozkładające się mięso tekstu przemówienia Lecha Kaczyńskiego, którego nie zdołał wygłosić. Wyobraziłem sobie, że jego słowa razem z jego ciałem zostały poszatkowane, zdekompletowane. Tak jak można fizycznie zniszczyć człowieka, tak można się starać uśmiercić jego przesłanie. Kaczyńskiego zabijano za życia, sprowadzano do roli pariasa, untermenscha, tak brutalne były werbalne i ikoniczne ataki przypuszczane na Jego osobę, więc z perspektywy czasu wygląda to na przygotowanie scenariusza fizycznej eliminacji. A teraz ci, którzy wdeptywali Go w błoto dziwią się podejrzeniom, że uczestniczyli w straszliwej zmowie. Cóż mają na swoją obronę? Nic. Nawet już nie próbują odwracać od siebie uwagi. Kontynuują strategię karalnych gróźb, bezkarnych, bo są stosowane w kraju notorycznego bezprawia, kraju który ukrywa swoją prawdziwą naturę za parawanem z piór pstrokatych papug, szpalerem cwanych i cynicznych "bramkarzy" kauzyperdów, chroniącym dostęp do zatrutej krynicy prawodawstwa, mętnej cieczy płynącej krętymi rurami paragrafów. Dokonałem więc operacji na żywym ciele tekstu. Ciąłem go, kaleczyłem, naśladowałem zły los, aby ukazać w wielkiej metaforze zbrodniczy plan zagłady. Jednak nie mogłem się utożsamić z demoniczną siłą destrukcji, musiałem się wyrwać z tej roli, wypracować w sobie sposoby ucieczki z beznadziejności. Pomocne mi były tutaj metapoziomy sieci, strategie hipertekstowe i język HTML. Szybko ten skrót rozwinąłem w swój osobisty akronim Historiozofia Traumy Metodologia Losowa. Włączyłem weń fukcję RANDOM, losowych objawień sensu, lecz nie w całości, jak pewnie zakładał pierwotny plan, w intencji Prezydenta, który swój tekst jak plaster chciał cały przyłożyć do ziemi, by uleczyć cudownie katyńską nieuleczalną gangrenę. Plaster ten został jednak porwany na drobne strzępy, żyjemy więc w czasie szczególnym, okresie po katastrofie, z której nie wszyscy sobie jeszcze zdajemy do końca sprawę. Może te moje tutaj algorytmy chaosu na GLOB-ie, stochastyczne działania na słowach, aleatoryzm składniowy, pomogą powrócić do źródła, w idei apokatastasis. Gdy już doszedłem do punktu, który mnie zadowalał, poczułem w sobie pokusę zmierzania do końca: czego? Nie bardzo ciągle wiedziałem, idąc za głosem serca, które biło gdzieś poza mną, jak puls żyjącej ofiary, pod stertą trupów i blach, w oparach zbrodni i paliwa, które napędza silniki ukrytych dziejów światowych. Gdy to pisałem, w rogu ekranu mego laptopa widziałem znaczący ciąg cyfr: zero i zero, jeden i trzy czyli trzynaście minut po północy. Trzynaście minut ciszy, przepisowego milczenia, w kraju, gdzie każdy właściwie powinien wciąż krzyczeć na cały głos, zakrzyczeć ironię, która pokrywa nasz wspólny, wspólnotowy, współczesny obraz, zrabowany przez szajkę szubrawców symultaniczny Polaków los.

Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (159) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest cztery razy dwa? wpisz liczbę

Wyślij »
2012-02-07 20:20  z ksiąg odwróconego prawa
2012-02-01 22:50  Poetka na Moście
2012-02-01 20:20  historia alternatywna
2012-01-31 19:35  propaganda - porównanie
2012-01-30 13:13  Tusk albo RWPG bis
2012-01-27 20:20  no future
2012-01-26 20:02  zmiana psa na kota z budy?
2012-01-25 20:02  znów lata sowa sowietów
2012-01-24 13:13  totalnie okablowani
Kalendarz