Bogdan Zalewski
2 czerwca 2010, 13:13

Front atmosferyczny

Motto:

"Stwierdziliśmy uprzednio, iż (...) istnieje jeden początek, z którego pochodzi ogół poruszających się naokoło ciał, oraz są cztery żywioły utworzone z czterech podstawowych jakości. Ich ruch — twierdzimy — jest dwojakiego rodzaju: zmierzający ku środkowi i ze środka wychodzący."


Artystoteles "Meteorologika"

Matryca:

G. I. G. A. N. T. O. A. I. H. C. A. M.
G. I. G. A. N. T. O. A. I. H. C. A. M.
G. I. G. A. N. T. O. A. I. H. C. A. M.
G. I. G. A. N. T. O. A. I. H. C. A. M.
G. I. G. A. N. T. O. A. I. H. C. A. M.
G. I. G. A. N. T. O. A. I. H. C. A. M.

G. I. G. A. N. T. ۞ M. A. C. H. I. A.

T. N. A. G. I. G. O. M. A. C. H. I. A.
T. N. A. G. I. G. O. M. A. C. H. I. A.
T. N. A. G. I. G. O. M. A. C. H. I. A.
T. N. A. G. I. G. O. M. A. C. H. I. A.
T. N. A. G. I. G. O. M. A. C. H. I. A.
T. N. A. G. I. G. O. M. A. C. H. I. A.



1. GROZA W PERZYNĘ TEŻ TWÓJ ŚWIAT OBRACA ...
fot. B.Z.
... NAWET GDY CUDZA LEGNIE W GRUZACH PRACA.

XIII. Abstrakcyjne są wszystkie obrazy medialne, nawet to reporterskie, humanistyczne z ducha, cyfrowe malarstwo figuratywne: oto mikra postać powodzianina widziana z lotu wielkiej stalowej ważki sunącej nad rozlewiskiem, walczący w dole człowieczek rzucony na pastwę wody pierwotnej. Wygląda jakby był tylko miarą skali tej rozległej hydro-panoramy. Macha białym płótnem na długim kiju, jak gdyby się poddawał. Pytanie: komu? Kto go weźmie w jasyr? Połknie go za chwilę obce Państwo, ten tyjący w oczach, potwornie nieruchawy, nieudolny Lewiatan? A przecież to monstrum też już powoli jest połykane - przez jeszcze większą Bestię, jakby tu żyło, było kilka biblijnych wielorybów, jeden w drugim, niczym coraz bardziej popularny rosyjski z ducha matrix- matrioszka. Czyżby ta latająca nad wodami machina, zwiastująca Potwora mniejszego, która za chwilę porwie człowieczka w górę, porywała ciało razem z duszą? Tuś mi! A może ta cała powódź tylko wodzi swoje ofiary na takie pokuszenie? Za cenę ratunku fizycznego oddacie prawo do własnych trudnych pytań, tymczasowy przywilej oporu wobec zorganizowanej opresji, chwilową łaskę samodzielności myślenia, zrzekniecie się własnej niepodległości ... od mej głębokiej nicości! Wodne refleksy wywołują we mnie refleksje, które pozostaną być może dużo dłużej niż ten najnowszy potop, osiądą gdzieś na dnie duszy jak gruby, fermentujący osad. Niewykluczone, że będzie to także "świeża" pożywka dla nowych szczepów mitów i kolonii legend, z którymi znów będą walczyć nieustraszeni łowcy nieuprawnionych dygresji, rzekomo tak groźnych dla polskiego zdrowia publicznego. Czyżby ci samozwańczy strażnicy obowiązujących poglądów ustawiali się w roli nowych cenzorów, niedorzecznych rzeczników jakiegoś wymyślanego ponownie przywiślańskiego kraju oraz jego wyobrażonej, coraz bardziej osobnej nadodrzańskiej rubieży? A w kogóż to znowu przeistoczą się porządniccy urzędnicy, którzy Nowego Ładu będą wiernie strzec? Jakąż to proteuszową przemianę przejdą ci biurokraci przyssani do Lewiatana jak skorupiaki do wieloryba. Komensalizm to naturalny wzorzec takiego współżycia : wielkie cielsko państwa płynie bezwładnie zgodnie z silniejszymi od niego prądami cywilizacyjnymi a urzędnicze i polityczne żyjątka drobniejszego płazu korzystają z niego jak z zyskownego środka lokomocji; same nie muszą się poruszać, każdy własny ruch uznając za zbędny. O, popatrz tylko, jak ludzki Skorupiak Coronula diademu podpływa na wielorybie do zatopionych domostw. Będzie za chwilę stukać od drzwi do drzwi umazanych wciąż rzecznym błotem, aby przy okazji troskliwie okamerowanego "udzielania pomocy powodzianom", w zaciszu szu-szu wchodzić im do duszy, łamać ich osobiste i rodzinne kody, siódme pieczęcie intymności. Nie chciałbym doczekać chwili, gdy funkcjonariusze Superpaństwa będą, przy okazji jakiegoś przynajmniej w części zawinionego przez nich kataklizmu, skrupulatnie katalogować sprawy moje (bo niczyje więcej), oraz pracowicie protokołować przesłuchania, przypominające- wypisz, wymaluj- inne miłe, nocne z Polakami rozmowy. Lecz nie snujmy na razie przesadnych, przedwczesnych przypuszczeń, bo zanim zobaczymy naszego ekranowego bohatera dyndającego nad bezmiarem wód jak bezbronny pajączek na nitce spuszczonej z helikoptera, popatrzmy i zapamiętajmy te ostatnie momenty zamykającego się za nim etapu, gdy wciąż jest jeszcze dotychczasowym człowiekiem w swojej prywatnej siatce swobodnych odniesień, stoi ciągle na własnej ziemi, na tym -wydawało mu się- pewnym gruncie, teraz gwałtownie zatapianym, anektowanym przez wodne Imperium, zalewanym breją pełną najróżniejszych obcych brudów i ścieków, jak miksturą czarownic, w której pływają cmentarne prochy, truchła padłych zwierząt, wydzieliny z szamb oraz hektolitry paliw ze stacji benzynowych. Niewiele by jednak przecież zmieniło w jego sytuacji, gdyby zalało mu dom po dach coś przyjemnego i pachnącego. Cudownym paliwem napędzającym turbinę mojego monologu są takie właśnie kolorowe, efektowne, telewizyjne sceny, pokazywane non stop na ekranie pod wielce mnie inspirującym, totalnym tytułem: ¡ CAŁA NAPRZÓD CAŁY CZAS !

fot. B.Z.

Piszę z ironią, a przecież sam do niedawna próbowałem robić podobne wrażenie w radiu: razem z grupą moich Koleżanek i Kolegów oraz Internautami malowałem słowami kolejny wielki tragiczny narodowy fresk, jakby ich było wciąż za mało w naszej współczesnej historii. Zamiast palety - konsoleta radiowca, zamiast kolorów- różne barwy głosów i innych dźwięków: komputerowe arabeski, które dopiero w umysłach słuchaczy mogą się zamieniać w konkretne ludzkie dramaty. Jednak czy to nie jest złudna metamorfoza, skoro wystarczy wsłuchać się uważnie w te dwa słowa: konkretny dramat, żeby uzmysłowić sobie, że to jest nadal czysta abstrakcja. Choćbym nie wiem jak bardzo precyzyjnie nie starał się nakreślić obrazu majowej klęski Anno Domini 2010, wychodzą mi tu tylko werbalne fraktale. Mógłbym wybrać -jak wyżej- nową drobną scenkę, potrafiłbym przecież jeszcze bardziej spersonalizować grozę sytuacji, podać nazwisko przykładowego powodzianina, wpisać jego personalia w kontekst geograficzny, pokazać dokładne położenie jego domostwa, zrobić spektakularne zbliżenie jego domu wykorzystując program GOOGLE-EARTH, et cetera, a mimo to jestem pewien, że ten horror zawsze będzie mnie samego raził sztuczną ogólnikowością. Zawsze się można wykpić przy podobnych okazjach jakimś duszoszczypatielnym reportażem towarzyszącym. Wciąż jednak nieprzekraczalna bariera oddziela mnie od tych postaci stojących na samotnych wysepkach, w które w ciągu kilku dni pozamieniały się ich posesje. Czy nic nie mogę z tym zrobić? Czy nic nie mogę w sobie zmienić? Mam w sobie osad poczucia winy, bo czuję się tak, jakbym powoli stawał się Nowym Człowiekiem, Antroposem nowej cywilizacji, który jak członek Loży Szyderców z alegorycznego Pałacu Na Wodzie nie potrafi w sobie wykrzesać krzty współczucia wobec nieszczęścia tradycyjnych tutejszych politycznych rywali; który niczym jakiś Jesiotrowy Łotr z kawiorowej lewicy nie jest w stanie za żadne skarby poddać się nastrojowi żałoby na wieść o tragedii jakichś tam ławic "ziomków" płynących ulicami ku ich zabitej Grubej Rybie; który jak posłanka partii rządzącej nie nosi nigdy żałobnej czerni dłużej niż przez tydzień, nawet po śmierci swojej matki, nawet za swymi paznokciami, zwłaszcza za nimi, tak pedantycznie pielęgnowanymi, znacznie staranniej niż człowiecze uczucia; który odczuwałby wyraźną ulgę po zgonie własnego ojca niczym sam jawny szef tej loży houellebecqowskich ludożerców, idol i symbol dla tego całego klanu homines novi. Czy jestem już jednym z Onych? Tych tak fascynujących mnie Istot Nie z Ziemi, nie z tej ziemi, które zawsze potrafią zachować syberyjski chłód wobec tutejszych, trybalistycznych ceremonii oraz abominację na samą myśl o chorobliwych w ich mniemaniu rytuałach plemiennej nekrofilii. Czy i ja będę odtąd postrzegał moich biednych rodaków przez ten zimny, precyzyjnie oszlifowany pryzmat, salonowy rekwizyt parweniusza? Czy będę spoglądał na swoją wspólnotę z perspektywy przedstawiciela nowego gatunku o tak radykalnie odmienionej percepcji? Czy między mną a kastą wykluczanych towarzysko mieszkańców tego kraju stanie na zawsze szklany parawan kontaktowy? Będzie nas oddzielać sztucznie podświetlona, iluzyjna szyba w prowizorycznym, surrealistycznym akwarium plazmowego telewizora? Czy ten rzeczywisty potop to dla mnie aż tak egzotyczny obraz, jakby mi Polska zmieniła się nagle w archipelag Nowych Hebryd z mrowiącymi się rojami nowych hybryd: ludzi już na stałe, organicznie połączonych z łódkami, miejscowych boat-people? Nie, to tylko przekorne stylistyczne ćwiczenie ze swoiście pojmowanego współczucia- najtrudniejszy eksperyment dla mnie, niemal emocjonalny survival na moim Globie, bo nie chodzi w nim o to, by współodczuwać z zatopionymi w smutku i nieszczęściu; karkołomne zadanie polega na wzbudzeniu w sobie uczucia empatii dla grupy towarzyskiej mieniącej się w mediach elitą, a więc samozwańczych wybrańców z definicji nie odczuwających nigdy żadnej litości dla pogardzanych tubylców, których zowią po prostu: bydłem. No i jak wypadłem? Zdałem egzamin z pływania z prądem? Czy już wypadłem ... za burtę?



2. ILEŻ FAL WYWOŁANYCH NAGLE Z NIEPAMIĘCI ...
fot. B.Z.
... GDY OD WIRU OBRAZÓW W GŁOWIE JUŻ SIĘ KRĘCI!

XII.Istotne wydaje mi się to osobiste wyznanie: nigdy nie doświadczyłem powodzi na własnej skórze. Jaką to prawdę o takiej klęsce może oddać ktoś, kto nie zna uczucia rosnącego strachu przed coraz gwałtowniejszym wodnym żywiołem? Nie odczułem nigdy we własnym umyśle i ciele paraliżującej grozy spotkania z wezbranym rzecznym nurtem, niszczycielskimi odmętami, śmiertelnymi pułapkami wirów. Nie straciłem też nikogo z bliskich bezpośrednio w takiej topieli, nie płakałem po utracie własnego dobytku. Taka wielka brudna woda to dla mnie czysta fabuła, która mogłaby się przerodzić w wielką mitologiczną narrację, płynącą długim i szerokim nurtem. Jednak ja sam nie jestem w stanie wywołać w sobie takiej fabularnej fali kulminacyjnej. Obecną klęskę przeżywałem w Krakowie, głównie w radiowych fortach na Wzgórzu Świętej Bronisławy, pod Kopcem Kościuszki górującym nad doliną wiślaną. Spędziłem ten dramatyczny czas biegając tam i z powrotem pomiędzy newsroomem a studiem Faktów, więc z wodnym kataklizmem znów będą mi się kojarzyły raczej fale eteru, zresztą podobnie jak z powodzią w roku 1997, kiedy też relacjonowałem gwałtowny atak żywiołu i desperacką obronę przed nim z suchych i bezpiecznych, nowoczesnych pomieszczeń w krakowskiej siedzibie RMF FM. Taki ze mnie pieszczoch losu. Gdy wielka woda mnie nie dotyka, mogę się choć po części poczuć jak bezduszny albo bezmyślny przedstawiciel rządu, który nigdy za nic nie czuje się odpowiedzialny i faktycznie przeważnie za żadne zaniedbania nie odpowiada. Może na przykład bezkarnie wydać w swojej urzędniczej samorządowej przeszłości pozwolenia na budowę osiedli komunalnych na miejskich terenach bezpośrednio zagrożonych powodzią. Dystans wobec wodnego żywiołu pozwala mi łatwiej wlać moją świadomość w cielesny pokrowiec obecnego ministra kultury, w zimną skórę takiego Bogdana nomen omen Zdrojewskiego, który naraził na ogromne ryzyko dzielnicę Kozanów za czasów swojej prezydentury we Wrocławiu. Nadal próbując jak to jest, gdy ktoś się stara płynąć z prądem, układam w głowie obronną infrastrukturę retoryczną, aby osłonić osobę polityka PO przed potężną falą krytyki. Widzę się -w ramach stylistycznego ćwiczenia- w roli jego rzecznika prasowego, cynicznie spoglądam w oczy pytającym i zachowuję stoicki spokój. Przełączam jedną swoją tożsamość na drugą, zupełnie mechanicznie, jakbym miał w dłoni telewizyjnego pilota z różnymi kanałami, w których płyną wprawdzie odmienne strumienie mojej świadomości, ale wszystkie są jak woda pozbawione treści. Jestem jak kłoda w cudzej wodzie, ciągle płynę z prądem. W jeden z tych kolejnych, kulminacyjnych majowych dni, które najpewniej przejdą do historii, wybieram się po pracy na dłuższy popołudniowy rekonesans, relaksacyjno- zapoznawczy spacerek pod parasolem. Nic nadzwyczajnego, po prostu trochę nadłożyłem drogi: zszedłem najpierw stałą moją trasą sprzed Kopca Kościuszki, tej góry ziemi, naniesionej niegdyś przez wielorękie bóstwo zwane wspólnotą narodową, a dziś zamkniętego dla zwiedzających wzgórka okrytego praktycznie, pragmatycznie i profilaktycznie płachtami folii chroniącej przed deszczem, który trzynaście lat temu tak naruszył jego konserwatywną zwartość, jakby lekko przesunął go od osi świata, jego axis mundi; ostrożnie podążyłem w dół po schodkach śliskich od mokrych liści i postrącanych przez wiatr gałązek układających się w jakby litery jakichś magicznych leśnych run; dalej już spacerkiem zakałużoną asfaltową aleją dotarłem na Salwator a tam urządziłem sobie przystanek przy moście nad Rudawą, bardziej rudawą od brudu niż zwykle, już nie strumieniem a regularną rzeką, a po dłuższej chwili przemierzałem już ulicę Kościuszki aż do bulwarów wiślanych na przeciw gmachu Domu Handlowego JUBILAT, z którego piwnic wypełzły niczym zła wróżba długie i kręte węże pomp, aby jak rzygacze bluzgać na asfalt Alej Trzech Wieszczów wściekłą, białą pianą; chciałem chwilę popatrzeć na wielką falę wiślaną, ale musiałem się ograniczyć do obserwacji falujących tłumów, tak wielkie zebrały się tam rzesze ciekawskich, schowanych pod parasolami, masy tak liczne, że właściwie całkowicie zasłaniające widok rekordowo wysokiej wody, tego jęzora jak w bezwstydnej, publicznej pieszczocie liżącego przęsła mostu Dębnickiego. Taka była ta dziwna energia wisząca w wilgotnym powietrzu, niemal erotyczna, milczące pożądanie, ogniskujące się w pożądliwych spojrzeniach wypatrujących scen nienaturalnej namiętności Natury.

fot. B.Z.

I ja chciałem poddać się temu wodnemu voyeryzmowi, ale widząc, że nie przedrę się ku Wiśle przez szpalery podobnych sobie gapiów, skoncentrowałem uwagę nie na przedmiocie a na samym akcie obserwacji oraz na innych obserwatorach. Tak powstała ta skromna "galeria" moich trzynastu "powodziowych" fotografii, które z samą powodzią właściwie niewiele mają wspólnego, oprócz tego, że zostały wykonane w jednym dniu - przejścia przez Kraków czoła kulminacyjnej fali na Wiśle. Zdjęcia wywołują teraz we mnie różne obrazy i skojarzenia, jak ta momentalna fotka kałuży, na powierzchni której dostrzegam oko i postać jamnika, jakby ten ikoniczny rebus ukryty w naturze przynosił werbalne trzy-wyrazowe rozwiązanie: POGODA POD PSEM. Pozostanę przy tym jednym przykładzie, nawiązującym do słynnego testu Rorschacha w psychologii- kto chce, może indywidualnie wypatrywać konkretu w abstrakcyjnych wodnych arabeskach. Tłumaczenie sensu fotografii a zwłaszcza tłumaczenie się z samego fotografowania nie jest z pewnością moim najszczęśliwszym pomysłem, więc ten boczny dopływ fabularnego nurtu jest tu raczej słownym nadmiarem, grandilokwencją wynikającą z całej powodzi wrażeń i wyobrażeń. Jeśli o czymś miałoby to świadczyć, to o kolejnym niewyczerpanym źródle cynizmu, które w sobie odkryłem przy okazji prostego ćwiczenia z dawania świadectwa czasowi klęski. Te wszystkie moje migawki z zalewanego Krakowa, te utrwalone tutaj estetyzujące pejzażyki i uchwycone scenki rodzajowe, a także te wszystkie zbliżenia i detale, będące efektem skupiania uwagi na samym medium, są teraz dla mnie skandalicznie zimne, co według reguły stałego prądu kariery, powinno zapewnić mi dalsze płynięcie z głównym nurtem bez zbędnych napięć i oporu. Nie będąc artystą-fotografikiem poczułem, co może znaczyć popis artystowskiej bezduszności, ta nazbyt ambitna gonitwa za pięknym ujęciem pozbawionym prawdziwych emocji i głębszej treści, gdy w tym czasie inni uciekają, aby chronić własne życie albo ścigają się z czasem, aby uratować życiowy dorobek. Salonowy pieszczoch dba jednak tylko o poklask, dlatego nawet w takich dniach nieprzerwanie mu się powodzi.



3.GRANIC PROGI PODMYWANE PRZEZ POZIOME DESZCZE ...
fot. B.Z.

... ILU ZJAWISK TAK ZWYCZAJNYCH SPODZIEWASZ SIĘ JESZCZE?

XI. Historia zatopiona w głębinach pamięci jest jak wojskowa łódź, którą moja mama ponad sześćdziesiąt trzy lata temu została ewakuowana z rodziną z miejscowości Grochale. Była to w 1947 roku bardzo niewielka, biedna miejscowość niedaleko Warszawy i ta dysproporcja pomiędzy moją rozbuchaną rzeczywistością słowną a tamtą skromną dosłownością rzeczy jest jak podwójna skala, którą mierzę każdą, także tamtą powódź. Wyobrażam sobie ten własny wodowskaz jako paradoksalną, dwoistą podziałkę: im głębiej, tym mniejsze są wartości liczbowe, ale same liczby- jako znaki- rosną; w drugą stronę, od dna w górę, jest dokładnie odwrotnie- rosną liczbowe wartości coraz mniejszych optycznie liczb. Jeśli chodzi o takie formalne, abstrakcyjne wynalazki mogę bez problemu popuścić wodze fantazji, wewnętrznym okiem widzę wówczas całą głębię WODOCZASU- dziwnej, zakrzywiającej się "do środka" czasoprzestrzeni, podobnej do wirującej klepsydry-wrzeciona; natomiast niewyobrażalny dla mnie do niedawna był tamten niemal dosłownie biblijny potop, który nastąpił zaledwie dwa lata po apokalipsie, jaką była Druga Wojna Światowa na tych centralnych terenach Polski, porwanej na strzępy Drugiej Rzeczypospolitej. Na okupacyjnej mapie zamiast mojego kraju są jakieś niekompletne puzzle z niemieckimi nazwami pisanymi-jakże by inaczej- gotykiem: Bezirk Bialystok, Generalgouvernement, Provinz Ostpreußen, oraz ta egzotyczna kraina w samym sercu polskości, ten obszar o największym mitotwórczym potencjale- Reichsgau Wartheland, Kraj Warty. Różne rozbiorowe plany i ryciny, które odkryłem w bardzo wczesnym dzieciństwie to od tego czasu moja osobista obsesja. Terytorium ukochanej ojczyzny o tak zmiennej linii brzegowej, bez przerwy zalewane falami obcych przypływów, aż do całkowitego zniknięcia i znów niespodziewanie się wyłaniające podczas szczęśliwych odpływów tych dzikich żywiołów agresji i aneksji, to wciąż dla mnie tak tajemnicze zjawisko, że lokuję je nie na stronach atlasów historycznych a na kartach jakiejś nieznanej Historii Naturalnej. Zamiast tradycyjnych schematów militarnych, planów bitew, kolorowych grafik, na których zaznaczono wchłonięte terytoria, kolejny raz kontempluję reprodukcje surrealistycznych obrazów Maxa Ernsta, zatytułowanych "Europa po deszczu I" oraz "Europa po deszczu II". Pierwsze dzieło z tego meteorologicznego cyklu ten genialny Niemiec, artysta kontestujący niemiecki totalitaryzm hitlerowców, namalował w znaczącym 1933 roku. Przedstawia on jakby zdeformowaną mapę naszego kontynentu; olejne farby zmieszane z gipsem tworzą na drewnianej sklejce (o rozmiarach metr na półtora) niesamowitą, fantastyczną wizję quasi-kartograficzną. Eurazja jest jak Kraina Błota, domena zdegradowanej materii, niczym wielki obozowy plac po ulewnej burzy wydeptany drewniakami więźniów, słaniających się na nogach, drepczących w miejscu w czasie wielogodzinnego apelu. Obraz - kartograficzna prefiguracja Imperium faszystów- jest abstrakcyjny i niemal się nie różni od późniejszego o dwie dekady malarstwa taszystów. (Zamiana jednej litery -jak w kabale- wiele potrafi zmienić i zamieszać.) Ja w tych plamach dostrzegam zapowiedź uniwersalnej katastrofy człowieczeństwa; te bezkształtne plamy w połączeniu z tytułem wywołują we mnie konkretne asocjacje. Drugi symboliczny obraz o rozmiarach pół na półtora metra powstał w czasie drugiej wojny światowej w Stanach Zjednoczonych. I to dzieło Maxa Ernsta daje mi więcej odpowiedzi na nurtujące mnie pytania o pozycję Polski w Europie niż niejedna szczegółowa kronika wydarzeń. A przecież to też właściwie abstrakcja- z drobnymi, subtelnymi odstępstwami na rzecz malarstwa figuratywnego. Widzę kłębowisko butwiejącej materii, jak dno rozlewiska wyschniętego po potopie; paradoksalne symptomy rozpadu: rozmiękłe skały, gliwiejącą architekturę, kamienne grzybnie i postacie jak organiczne formy przechodnie, ni to człek ni ptak, i jakby dama- z resztką sfilcowanej koafiury na głowie, w rozpadającej się sukni z epoki, szybko odchodząca ... w niepamięć. Czyżby ten wielki (swoim wizjonerstwem) obraz olejny namalowany w latach czterdziestych ubiegłego wieku nie był tylko artystyczną diagnozą ówczesnej sytuacji na Starym Kontynencie? Ja dostrzegam w tym niezwykłym dziele spójną malarską refleksję wywołaną z chaosu, koherentną filozofię zrodzoną z artystycznych działań, do których świadomie włączono czynnik przypadkowości. To proroctwo tkwiące w wizualnych formach, zawierające ciągle aktualne ostrzeżenie, jak zwykle bagatelizowane przez zwolenników optymistycznych wizji postępu cywilizacji, lekceważących powtarzające się cyklicznie oznaki i przestrogi. Słyszę w głowie dwuznaczny refren: Rozpadająca się EU / ropa sącząca się z ran. Taka turpistyczna wizja wciąż nie jest jeszcze w modzie. A ja -jak niesforny dzieciak- powracam do infantylnej ludyczności, która jest tu istotną siłą, napędem mojego hipertekstu. To dzięki tej beztroskiej pierwotnej mocy mogę bez przerwy płynąć tutaj z prądem moich skojarzeń, mnożąc na zasadzie dialektycznego sprzężenia- kontrastujące z tym pędem postępu- obrazy ruchu wstecznego, wektory destrukcji, rozpadu i śmierci. Zobaczmy więc teraz, co powstanie z mojej bezinteresownej zabawy we frottage i dekalkomanię. Nieudolnie naśladuję malarskie techniki Maxa Ernsta, tworząc własną wersję "Europy po deszczu III" - surrealistyczny hiper-fresk. "Wyciskam" słowa na ekran jak farby prosto z tub- pomiędzy różnymi warstwami znaczeniowymi- i czekam na przypadkowe efekty.

EUROPA!EUROPA!ROSSSSSSSJA EU
PA!
EUROSJATo jak prognozowanie politycznej (nie)pogody, wróżenie z literowych chmur.
fot. B.Z.

Albowiem wciąż jak małe dziecko dziwię się dyluwialnym politycznym fenomenom ościennych satrapii co i raz zalewających Polskę swymi mrożącymi krew w żyłach i trującymi miazmatami. Próbuję sobie czasem tłumaczyć tę triadę - Niemcy (Europa) / Polska (Rzeczpospolita) / Rosja (Azja) - przy pomocy nieco naiwnej, uproszczonej psychoanalizy. Wyobrażam sobie freudowski "romans rodzinny" na poziomie głębokiej psychologii państw i modeli cywilizacyjnych. Polska jest jak sfera Ego notorycznie pod presją dwóch potężnych sił, rozdarta pomiędzy ich wypieranie i zaspokajanie. Niemcy w tej mojej wizji odpowiadają bowiem strukturze Superego, z rozbudowanym, uwewnętrznionym systemem wodzowskich, ojcowskich kar i nagród oraz nękającym poczuciem moralnym skłaniającym do nadmiernej samodyscypliny. Niemieckość to obsesyjna kalkomania, stereotyp powtarzany do znudzenia: Ordnung muß sein. Rosja jest z kolei krainą Id, sferą Wielkiej Maci, Cycatej Azjatyckiej Rubachy, pierwotnym chaosem imperialnych popędów zmierzających do natychmiastowego zaspokojenia, żoną licznych mężów, zoną nieprzewidywalną, strefą kapryśną, doliną mgły i słaniających się cieni w za dużych mundurach plutonu egzekucyjnego. Szczy i kasza - strawa nasza! Nie mogę pojąć tej klątwy niczym niespełna pięcioletni chłopczyk uczący się czytania z podręcznika historii dla szkół średnich, odkrytego podczas deszczowego lata w rodzinnym, wiejskim domu, na dnie szuflady kuchennego stołu, wysokiego wtedy jak ja sam. Jestem dziś dużo wyższy od blatu tamtego mebla (mierząc własną dorosłość taką oryginalną miarą niczym w stopach pruskich albo w werszkach ruskich). A mimo to nadal myślę tu sobie naiwnie, że historia ojczysta nie musi być abstrakcyjnym ciągiem cyfr, linearnie układających się w daty kolejnych arbitralnie dobranych wydarzeń: spektakularnych przegranych bitew albo zatrutych porozumień, toksycznych układów zawartych pod okrągłym stoliczkiem- entliczkiem pętliczkiem z ukrytym guziczkiem. Żywa historia powinna być naturalna, niemal organiczna, jak układ krwionośny. Aby obronić własną tożsamość przed potęgą cyklicznych imperialnych rytuałów, nie wystarczy jeden duży krwioobieg państwowej naukowej polityki historycznej; konieczny jest także ten mały, tradycyjny obieg drobnych historii, skromna, konserwatywna, tradycyjna nauczka płynąca głównie kanałami rodzinnymi, wypływająca -jak to bywa najczęściej w Polsce- z życiowej mądrości wiedzących kobiet: matek, babć, czy ciotek. To stara, sprawdzona w bojach a dziś pogardzana i wyśmiewana pompa polskości, pisanej przez małe "p", nie tylko dlatego, że takie są wymogi polskiej ortografii a z powodu naturalnej skromności, organicznego ograniczonego programu minimum, bez którego cała ta pompatyczna Edukacja Narodowa jest tylko pustym, wzniosłym hasłem, łupinką, która szybko może zostać utopiona w morzu propagandy zasilanym dopływami obcych ideologii. Przecież państwo można podmienić a wraz z nim odmienić politykę historyczną! Natomiast te nieregularne, tradycyjne, indywidualne kanały przekazu, prywatne strumyki informacji, będą, mam nadzieję, coraz obficiej wpadać do kolejnych niezależnych zlewisk internetowych, łącząc się z sobą, stale podmywając imperialne lochy i tiurmy oraz nowe, nieludzkie, babilońskie wieże ciśnień cywilizacyjnych. Retoryka mojej własnej konserwatywnej oracji napędza mnie tu niezgorzej, i to w obu kierunkach jednocześnie, niemal jak tylu innych ruch jednostajny i jednoznacznie postępowy.



4. A AGONIA JEST JUŻ KRESEM? NIE, POCZĄTKIEM ŻYCIA ...
fot. B.Z.

... A CZEKAJĄ NA CIĘ ZAWSZE CIEKAWSZE ODKRYCIA.

X. Często to, co zapomniane, wypływa nagle spod wielu warstw czasu. Ten katastrofalny, powojenny epizod powodziowy, o którym już wspomniałem, często powracał w rodzinnych opowieściach w czasach mojego dzieciństwa. Potem pamięć o tym, co się zdarzyło w 1947 roku jakby przyschła. A teraz, kiedy nowa powódź wywołała tamtą z głębin nieświadomości, jak kręgi na wodzie interferują ze sobą fale kolejnych, różniących się od siebie wersji, jak ta kompletnie nieczytelna już nawet dla mnie dzisiaj kopia mikro- hydro- narracji płynącej z ust mojej nieżyjącej babci Helenki. Tak to sobie zapamiętałem: rzeka podchodząca coraz wyżej i wyżej, zatapiająca stopniowo kolejne drewniane bale domu i dziadek Stanisław siedzący na strychu, samotnie pilnujący dobytku. Dziadek? Zaledwie trzydziestodwuletni wówczas mężczyzna, który to czuwanie podczas marcowego chłodu i głodu przypłacił ciężką chorobą i rychłą śmiercią. Zmarł rok później, jak to się mówi w katolickich rodzinach- w wieku Chrystusowym- osierociwszy trójkę kilkuletnich dzieci, w tym moją mamę, małą Tosię (Teodozję), sześcioletnią dziewczynkę. Te płynne obrazy wracały do mnie wielokrotnie, aż próbowałem je nieudolnie zamknąć kiedyś w sztucznym zbiorniku wiersza jak w retencyjnym poemacie. W utworze zatytułowanym "D.O.M" zapisałem taki obsesyjny refren:



Czerwie drążą sosnowe bale, wiatr wydmuchuje pył z otworów, Antymonie!

W tym domu, w żadnym, nie pomieszkasz długo, o Antymonie!

fot. B.Z.

Zdrzemnij się tylko a wielka woda zastuka cichutko do drzwi, Antymonie! O, Antymonie!

Bo nie ma ucieczki przed podróżą, Antymonie! O, antynomie!


Te linijki o przesadnie podniosłym tonie, apostrofy do bohatera o zagadkowym imieniu przechodzącym na końcu w anagram, wersy stylizowane na starogreckie dytyramby, które napisałem przed wielu laty, rażą mnie dzisiaj swoją pseudo-uczoną sztucznością. Powinienem je -zgodnie z moją, przywoływaną już wcześniej, paradoksalną powodziową podziałką- tym bardziej umniejszyć i strywializować, im wyżej sięgają i wznioślej się stroją. Z drugiej jednak strony, to co wystąpiło w moich rodzinnych mazowieckich stronach w roku 1947 nie było ot, takim sobie wystąpieniem Wisły z brzegów. Przy okazji naszej najnowszej powodzi wszech czasów serfowałem po Internecie i natrafiłem na niezwykły archipelag pamięci: serwis fotografii historycznych Polskiej Agencji Prasowej. To, co ja mgliście zapamiętałem wsłuchując się w strumienie pogmatwanych, meandrujących wspomnień wyciekających ze źródeł rodzinnych, zakrzepło nagle przed moimi oczyma w gotowe komputerowe czarno-białe sceny rodzajowe, pejzaże oraz epickie fragmenty, takie jak ten: "1947-03. Marcowe roztopy spowodowały gwałtowne podniesienie poziomu wody w rzekach. Wisła przerwała wały ochronne w Starych Grochalach, zalewając trzy czwarte gminy Głusk. Powodzianie przetransportowani zostali na tereny przyległe do cmentarza na wydmie w Leoncinie." Obok takich 'technicznych' tekstów nad obrazkami, odnalazłem też w sieci inne opowieści o tamtej lokalnej klęsce, mikro-fabuły, które mimo że skromne objętościowo, zawierały w sobie potężny potencjał mitu: "W 1947 r. tereny obecnej gminy Leoncin nawiedziła ogromna powódź, woda zalała obszar aż do Leszna. Poziom wody był tak wysoki, że do Leoncina dopłynął statek pasażerski (wg. świadków zatrzymał się na zakręcie przy wjeździe do Leoncina). Okoliczna ludność schroniła się w kościele wzniesionym na wydmie." Nie wiem, jak było naprawdę z tym statkiem, ale wydma na pewno nie jest wydumana. Dowód? Moja matka rozpoznała ją na zdjęciu w sieci. Los po powodzi wyrzuci potem mamę z rodziną na brzeg Leoncina, więc wciąż wypływają z głębin czasu nowe wraki wspomnień, gdy patrzy niemal nie mrugając na stare widoki swojego miasteczka. Analizuję w milczeniu ten uaktywniony ośrodek pamięci, jak boską kropkę, punkt, z którego -po wycofaniu się przezroczystych mas teraźniejszości- wylewają się strumienie minionego czasu, by po chwili powrócić do swego źródła.



5. NIE ZA WIELE ZYSKASZ, KUPCZE, MYŚLĄC WCIĄŻ O ZYSKU ...
fot. B.Z.

... DROBNE DATKI PO SOŁDATACH, ICH DATY Z ODZYSKU.

IX. Amnezja nas nie zatopi, nie zaleje nam ust niemotą! Pościągałem wszystkie niezbędne internetowe archiwalia na prywatnego pendrive'a -moją przenośną pamięć: nieulotną. I w niedzielę 23.05.2010 podczas rodzinnej uroczystości w naszym nowohuckim mieszkaniu, a konkretnie ceremonii odnowienia Komunii świętej mojej młodszej córki Ewy, w pewnym momencie przyniosłem laptopa do stołu w salonie i razem z moją mamą oraz jej siostrą - ciocią Henryką- zaczęliśmy lustrować zdjęcie za zdjęciem z tej zdumiewająco bogatej PAP-owskiej kolekcji. Najeżdżałem kursorem na kolejne ramki, klikałem myszą, powiększałem przy pomocy komputerowej lupy, aby obie panie obok mnie mogły przenieść się do krainy swego smutnego -jak mniemałem- dzieciństwa. "Nie, nie było to jakieś straszne doświadczenie." -zaprotestowały obie- "Dzieci to przeżywają na swój sposób, nie są świadome grozy sytuacji. Tam wtedy było dla nas w tym wszystkim dużo zabawy i śmiechu." Długo analizowały -z moją czysto techniczną pomocą- szczegóły postaci i detale pejzaży, w poszukiwaniu znajomych twarzy, domów, budynków, ulic, krzewów i drzew.


fot. B.Z.

"Ja miałam wtedy takie białe włosy, jasne jak len, i szczupłe, krzywawe nóżki"-śmieje się ciocia Henia, dziś wciąż bardzo przystojna, ładna, ciemnowłosa pani. O, to może jest nasz dom, pamiętasz tam wokół były takie drzewa i wokół tyle bzu!- mówi z ożywieniem moja mama i nagle wskazuje na postać kobiety odwróconej tyłem na zbiorowej fotografii, reporterskim czarno-białym zdjęciu, na którym uchwycono moment załadunku ludzi i rzeczy na wojskową łódź. Te jawne humanitarne sceny z udziałem ówczesnych mundurowych mają z pewnością swoją ciemną zbiorową nieświadomość. Mogę się tylko, spoglądając na fotoreportaż, domyślać tych historycznych koszmarów, reszta analizy to już domena historyków a może prokuratorów z IPN-u. Nie jesteśmy w stanie tu w rodzinnym gronie, zebrani przy stole w salonie, rozstrzygnąć, dlaczego ci żołnierze pomagający powodzianom -jak potem przeczytałem- razem z funkcjonariuszami ORMO (Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej) zabrali ze sobą długą broń. Na zdjęciu pchają z piachu do wody ratunkowe łodzie nosząc na plecach karabiny. Może wciąż "przy okazji" pacyfikowali miejscowe "bandy", jak nazywali patriotyczne podziemie niepodległościowe. To podziemie było odtąd dla mnie niewidzialnym, stłumionym kontekstem scen uwiecznionych na zdjęciach. Gdy ja toczę w sobie wojny obok fotografii, odpływam wyobraźnią do świata poza ramami ujęć, panie kontemplują widoczne szczegóły, porównują charakterystyczne cechy uchwyconych przez fotografa postaci. "Heniu, czy to nie nasza mama, spójrz, ona miała identyczną figurę, była taka właśnie szeroka w biodrach ..."- zastanawia się głośno moja mama. A ja wskazuję na twarz innej pani na kolejnej fotografii. "A może to jest właśnie babcia Helenka?"- pytam nieśmiało, bo to kobiece oblicze z profilu wydaje mi się podobne do maminego, a moja mama jest tak podobna do swojej, coraz bardziej się robi ... Genetyczna kalkomania pokolenia za pokoleniem, kręte połączone strumyki helis ... Jednak nie, ta postać z fotografii jest za dojrzała, wygląda grubo po czterdziestce. "A babcia Helenka, ile lat wtedy miała?"- zastanawiamy się. "No, nie więcej niż trzydzieści. Dokładnie dwadzieścia dziewięć." Wrzucona w tę powódź w połowie żywota, w tej symbolicznej cezurze ludzkiego życia, wyruszyła w swoją kobiecą odyseję. Szukam dla tej wędrówki odpowiedniej formy, więc ta moja podróż w dół rzeki hipertekstu a potem wracająca do źródeł jest jednocześnie jednym wielkim poszukiwaniem sposobu mówienia, próbą wirtualnego mikrofonu, ćwiczeniem płynnego opowiadania - w dosłownym sensie. Ale teraz o innej rzece chcę Wam tutaj rzec:



Tą opowieścią chcę oddać hołd żeńskiemu żywiołowi- łączącemu sprzeczności, konserwatywnie postępowemu. Jakby kompletnie mi zwisłało, czy ktoś się ze mną w dyskusję wda. Wiem, że śniąc o takiej niedorzecznej/rzecznej syntezie wpadam w topiel kolejnej utopii. Jak nurt wpływa czasem do szczeliny w ziemi i wypływa w innym miejscu, tak i hiperteksty wpadają w ugniazdowienia i pojawiają się ponownie, nie kontynuując, podążają: strumieniem linków, asocjacji. Po ustąpieniu rzecznej fali, po opadnięciu wód wiślanych, babcia powróciła z rodziną do domu w Grochalach. Jednak po rychłej śmierci męża, z trójką maleńkich dzieci, wyruszyła w tułaczkę w górę Wisły, zakończoną aż w Nowej Hucie- w Mogile nieopodal kopca Wandy, tego tajemniczego spiralnego ośrodka czasu, skupiającego wokół siebie różne cywilizacyjne wiry. Po drodze był jeszcze Leoncin, na którym chcę przez chwilę ześrodkować uwagę. Leoncin, który też mocno ucierpiał podczas hydrologicznej klęski w 1947 roku, to jeden z dość zagadkowych punktów na mojej mentalnej mapie Mazowsza. Spoglądam z mamą i ciocią Henryką na fotografie zdewastowanego przez żywioł starego cmentarza nieopodal charakterystycznej ośmiobocznej, drewnianej, kaplicy zbudowanej w 1789 roku "jako dziękczynienie za zwycięstwo Stanisława Czarneckiego nad Szwedami". Potop pod potopem, Lewiatan w Lewiatanie- tak interferują różne znaczeniowe kręgi "wodne", do jednego zbiornika -jak tutaj- wpływają różne "akwatyczne" strumienie skojarzeń. Historia prawdziwa jak woda żywa, będąca w nieustannym obiegu- horyzontalnym (źródła/ujście) i wertykalnym (ziemia/niebo). Leoncin jest dla mnie takim punktem zbiegu narracyjnych strumieni i formuł, refleksji racjonalnej, jawnej i tej spychanej na margines, w podświadomość, w obawie przed żenującą żeglugą pasażerskim statkiem bez sternika, alegoryczną łajbą, ship of fools płynącą z prądem mojej prywatnej logorei czyli , co tu dużo mówić, zwyczajnego wodolejstwa. Jak każdy swobodny strumień asocjacji tak i ten mono-maniacki monolog napotyka teraz na kolejne mielizny, ale pozwalam osiąść mojej szalupie na łasze, aby w wyobraźni przybić na dłużej do brzegu wydmy w mieście Leoncinie. Także dlatego, że w tej mojej symbolicznej podróży wirtualną arką po wodach rodzinnych fabuł i europejskich mitów docieram do najbardziej egzotycznej wyspy w sobie samym. Dotarłem do miejsca, w którym rodzi się tradycja "obca", traktowana przez wielu moich rodaków z dużą nieufnością. A ja wysadzam w sobie ten narodowy wał, wpuszczam nurt inności do wielkiego rozlewiska mojej opowieści, tego kolejnego werbalnego flow, na przekór tym, którzy być może nazbyt śmiało popłynęli kanałem mojego złudnego, fałszywego nacjonalizmu, tą ślepą drogą prowadzącą do zatęchłego bajora parującego teraz w słońcu. Bo oto tryska tutaj nowe, czyste źródło mojej historii wodnej, pojawia się żydowski patron wiecznej tułaczki: Izaak Bashevis Singer, urodzony w Leoncinie. Sygnalizuję tylko ten fakt, aby nie poniósł mnie kolejnej bystry prąd - w nowym wielkim dopływie mojej opowieści. Wystarczy, że tryskają we mnie refleksje inspirowane tradycją kabalistyczną, obcą materialistycznemu redukcjonizmowi. Jestem teraz otwarty jak delta na morze zjawisk niebezpiecznie irracjonalnych i podejrzanie metafizycznych, których przecież nie będzie poruszać w reportażach o realnej powodzi żaden szanujący się dziennikarz "głównego nurtu" (mainstream). Jednak moja przekraczająca wszelkie stany alarmowe wezbrana fala narracyjna porywa wszystko, co napotyka na swojej drodze, także apokryfy, historie o dybukach, duszach potępionych, istotach wiecznie wędrujących po kole nowych reinkarnacji, nieustannie rozgrzebywane internetowe śmiecie, wirujące z prądami w oceanie wszelkie odpady popkultury, cyklicznie powracające kontrkulturowe symbole, krążące uparcie legendy miejskie, powielane w kółko wiejskie gawędy, zachwalane na okrągło odpustowe świecidełka, kiczowate dewocjonalia, połamane charaktery, żenadę intymności rodzinnych, wstydy za piątkę, kompletne marginalia, rozpaczliwe bełkoty, wszystko to, co na dole nisko i w górze wysoko, niczym w hebrajskiej literze-symbolu: , w tym pierwiastkowym korzeniu wyciągniętym z cyfrowego dna litery pierwszej, razem z kabalistycznym punktem początkowym w postaci zwykłego rzecznego kamyka . Czy z tego korzenia wyrośnie kiedyś Wielkie Drzewo? A czy mały kamień wyrośnie na Wielką Górę? )...( W otchłań zapomnienia wpuściłem tu autentyczny strumień nieświadomości, którym bluznąłem w stanie radykalnego "uśpienia" czujności o godzinie 22.54. u schyłku dnia 1 czerwca 2010 roku. Ocknąłem się, i z ogromnym zaskoczeniem uświadomiłem sobie, że przez sekundy klasycznej drzemki, przepłynęły mi przed oczyma duszy jakieś sekwencje marzeń sennych a ja pomimo takiego stanu nadal pisałem na ekranie laptopa. Obudził mnie chyba szum w uszach - szelest deszczu za oknami. Ciemny jaskrawy ton, żółty czarny żar, wilga wilgoci. Nie wiem, co miały znaczyć zapisane słowa, które same wypłynęły mi spod palców. Po przebudzeniu niczego już nie pamiętałem. A zdania widniały na ekranie. Nagle gdzieś rozpuścił mi się kontekst. O czym tu mowa? Co tu się dzieje?- zapytasz z niepokojem? A jak to się dzieje, że dzieją się dzieje?- odpowiada pytaniem niesforny chłopiec we mnie, ten "chłopsko-żydowski" filozof, który wywołuje temat "powodzi", tak jak mityczny "spec-synoptyk" z internetowych opowieści wywołuje prawdziwą powódź, wykorzystując naturalne zjawiska do własnych imperialnych celów, zaprzęgając do swojego wojennego rydwanu mgły, chmury i deszcze. Wrzucam ten drobny kamyczek a za chwilę tsunami nowych asocjacji, jak w teorii chaosu, będzie efektem tej pierwszej falki fabularnego spisku. Oto powoli wyłaniają się obrazy podniebnych, podziemnych i podwodnych wektorów sił, gdy ludzkie wysiłki nie są sztucznie oddzielone od procesów przyrody, a agresywne działania wojenne przybierają postać dyskretnych frontów atmosferycznych, przezroczystych przegrupowań hydrologicznych, niewidzialnych ruchów wojsk tektonicznych. Ten nowy paradygmat wciąż z dużym trudem toruje sobie drogę, walczy o poczesne miejsce z anachronicznym XX-wiecznym modelem. Jednak mały GLOB już krąży po orbicie starego, tworząc nowy układ odniesienia, w którym mit jest jak nit łączący osie współrzędnych, synchronia i diachronia nie wykluczają się wzajemnie, ale są splecione w dialektycznej jedni. Nie trzeba wcale tworzyć w tym celu abstrakcyjnych konstrukcji, bo takie bywają najbardziej bezpośrednie doświadczenia historyczne, nie mówiąc o sieciowych rozsadnikach nowego, jak te cyber-opowieści, wsączające się powoli do twego nieufnego komputera, zadające kłam sztucznemu światu butwiejącej ideologii i coraz bardziej nieskutecznej totalitarnej tresury, także tej nowatorskiej przy pomocy gigantycznej, wyliczonej serii biczów wodnych.



6. TROPICIELE HURRA PLANÓW NIE POLUJĄ NIEOPODAL ...
fot. B.Z.

... NIE CHCĄ DEPTAĆ PÓL PIORUNÓW, RÓŻ IM NIE ŻAL, ZBÓŻ NIE SZKODA.


VIII. Meteorologia już dawno, dawno temu przestała być tylko badaniem zjawisk atmosferycznych. A może nigdy nie była? Skoro nawet sam twórca tego pojęcia- Arystoteles- miał na uwadze dużo szerszy zakres zjawisk. W jego dziele "Meteorologika" odnalazłem wiele szeroko rozlewających się dopływów inspiracji. Te rozważania- nasycone nieco fantastycznymi, paranaukowymi wizjami natury- dziś na pierwszy rzut oka mogą wydawać się nieco naiwne, jednak ja nie traktuję ich jak akwatycznego materiału antykwarycznego. Arystoteles trochę "pływa", mówiąc kolokwialnie, rozpływa się w swoich, chwilami zabawnych filozoficznych uroszczeniach i uproszczeniach, rojeniach dziecięcego okresu wiedzy przyrodniczej, śmiesznych pra-scjentystycznych pierwocinach. Obserwujemy źródła "dyskursu" meteorologicznego, źródła w postaci pierwszych wykapów, jak to fachowo określają hydrolodzy, a ja ten ich termin dodatkowo tutaj alegoryzuję. Jest to tak totalne postrzeganie świata, spojrzenie niemal bez granic, bliskie obrazowi boskiej narracyjnej wszechwiedzy, łączącej różne perspektywy badawcze, że ja sam dostrzegam w tym dodatkowe, podziemne warstwy tekstu, w tym także, szczególnie dla mnie ważny poziom teoretycznego autokomentarza; jakby rodząca się wiedza oprócz ekspozycji samej materii badawczej potrzebowała jeszcze ugruntowania swej metody, jednoczesnej refleksji formalnej, ukrytej pod powierzchnią opisywanych zjawisk. )Podobnie jak moja czarna niewdzięczność wobec pewnego politycznego i ideologicznego środowiska, objawia się niejasnościami stylu, bo płynie wstecz w moim człowieczym krwioobiegu najdzikszą wilczą posoką, antyoświeceniowym ciemnym świecidłem, najmroczniejszą energią mojej natury mierzoną siłą antyluksów w rurkowatych neonach liter, kapilarach tradycyjnego, dziennikarskiego alfabetu. Wylewa ze mnie rzeka złych, długo tłumionych impulsów, strugami cyfrowej grafomanii, meandrami "graph0manii".( Autotematyczne, autoteliczne według mnie fragmenty "Meteorologiki" Arystotelesa najbardziej uwidoczniły się w jego polemikach z Platonem: "A to, co na temat rzek i morza napisano w 'Fedonie', jest nie do przyjęcia. Jest tam powiedziane, iż wszystkie wody połączone są podziemnymi kanałami. Źródłem ich oraz początkiem jest tak zwany Tartar, czyli ogromna masa wód w środku Ziemi, skąd pochodzą wszystkie wody, czy to stojące, czy płynące. Owo pierwotne źródło, pulsując nieustannie, powoduje zjawisko płynięcia poszczególnych rzek. Nie tkwi bowiem nieruchomo we wnętrzu, lecz tętni wokół środka Ziemi. Unosząc się zatem i znowu opadając, wypełnia strumienie wodą. Na wielu miejscach wody te tworzą jeziora, czego przykładem jest nasze morze. Wykonawszy pełny ruch obrotowy powracają , skąd wypłynęły, bardzo często w to samo miejsce, niekiedy w jemu przeciwne, a mianowicie jeśli wypłynęły z dołu, powracają do góry i płyną aż do środka, po czym następuje unoszące wszystko poruszenie." Czy muszę tu dodawać, że ten obszerny cytat z Arystotelesa przywołuję nie po to, aby ukazać jego wyższość nad Platonem a by tu -na moim polu- wysadzić filozoficzny "wał" oddzielający ich pozornie wykluczające się prądy umysłowe . Bo oto strumienie rzekomo nie-do-rzecznych koncepcji w platońskim "Fedonie" z fragmentu jak filozoficzną różdżką "hydrologa" przywoływanego przez Arystotelesa: "I wszystko to się porusza w górę i w dół, jakby maszyna jakaś była w środku ziemi. A ta maszyneria takiej jest mniej więcej natury. Jedna z rozpadlin ziemi, właśnie największa, przewierca ziemię na wskroś od końca do końca. To jest ta, o której Homer powiedział: 'Bardzo daleko; gdzie głębie swe otchłań otwiera bezdenna.' I on, i wielu innych poetów nazwało ją Tartarem. Do tej to otchłani spływają wszystkie rzeki i wypływają z niej na powrót." Słowa, które tu przywołałem, same powracają do jakichś coraz głębszych źródeł, do swojej pierwotnej prawdy, do samego Homera, który też przecież nie kończy tej podróży do Początku, jeśli potraktować tę wędrówkę jako alegoryczny obraz nieuchwytnego żywiołu. Jednym z jego przejawów jest energia tradycji oralnej, której zwierciadłem jest dziedzictwo pisma, którego litero-cyfrowym analogonem płynie teraz adresat mojego hipertekstu. Czytelniku idealny, który nie toniesz zalewany potokami słów, ich wyrazów i ich obrazów na ekranie, powracających cyklicznie do swego źródła -Tartaru, zawróć wraz z nimi do mitycznego środka, jak do pierwotnego, ukrytego centrum! I bynajmniej nie chodzi mi o jakichś nowy hermetyczny nurt myślowy a o jawne, całkiem fizyczne działanie. Poniekąd tak rozumiany hipertekst wymyka się , wijąc się płynnie, słynnej, nakreślonej w innym platońskim dialogu -"Fajdrosie", sprzeczności tkwiącej w piśmie, tym nierozstrzygalniku, który jest jednocześnie lekiem przeciw amnezji i trucizną pamięć uśmiercającą. Hipertekst nie jest wyrazem ufności wobec pisma, tak krytykowanej przez Platona. Przeciwnie: jest wyrazem braku zaufania do pisemnej tradycji, ale inaczej pojmowanego niż w "Fajdrosie". Hipertekst nie powraca w sposób bezrefleksyjny do przedpiśmiennej idei zapamiętywania bez zapośredniczenia w zewnętrznych znakach. W mojej koncepcji - on sam w sobie jest bytem osobnym, pośrednim, czerpie z własnego wnętrza, z siebie samego, z tajemniczej OTOCZKI. Poświęcam tak dużo miejsca Starożytnym Grekom, bo nie byli oni- jak często nasi dzisiejsi uczeni o horyzontach ograniczonych do wąskiej specjalizacji- wyłącznie zimnymi badaczami fenomenów przyrody; ich wiedza była głębsza, bo wynikała z nabożnego lęku i czci; to było ich pierwotne źródło zmysłu obserwacji oraz całościowej, nie frakcjonującej refleksji, co dziś już niestety uchodzi najczęściej za uleganie metafizycznym przesądom. Ja jednak odnotuję, bez tej sztucznej wyższości cechującej naszą ciemną, mocno przereklamowaną epokę, że antyczni mędrcy nie bez powodu wyróżnili najpierw cztery odmiany kierunków ruchu powietrza zgodnie z sakralnymi osiami świata: Boreasz - północny, Euros - południowo-zachodni, Notos - południowy i Zefir - zachodni. Do tej róży wiatrów Ateńczycy w epoce klasycznej dodali jeszcze cztery "płatki", a w ośmiobocznej świątyni czcili bóstwa stojące za tymi tajemniczymi siłami Natury. Ślady po starożytnej meteorologicznej wiedzy magicznej, które zachowały się w folklorze, budują także moje hipertekstualne symetrie strukturalne oraz przewijajające się fabularne motywy. Oto na przykład w ludowych mądrościach pogodowych częstym motywem jest symptomatyczne zachowanie zwierząt. O metamorfozach natury mogą świadczyć na przykład ptasie loty. Najprostsza obserwacja zwyczajów jaskółek wystarczy, by stworzyć meteorologiczną regułę. Gdy latają za nisko, zbiera się na burzę. Nie ma w tym rzecz jasna żadnej tajemnicy: gdy zwiększa się wilgotność powietrza, owady -naturalny pokarm jaskółek- także obniżają loty. Nie zawsze jednak wystarczy tak banalna obserwacja. Zwłaszcza, kiedy człowiek, ta dumna i zbuntowana istota, próbuje dorównać bogom, którym dawniej oddawał cześć, gdy stara się ich przegonić- w podwójnym sensie tego słowa- czyli prześcignąć i wygnać. Holender Frank Westerman niczym detektyw śledczy ścigał w swej książce pamięć o sowieckich Prometeuszach, którzy za punkt honoru (swoiście rozumianego) postawili sobie ujarzmienie dzikiej przyrody w celu realizacji chorobliwych osobistych ambicji i celów imperialnych. Jego "Inżynierowie dusz" diagnozują sowiecki obłęd lat trzydziestych, ale czy jest to rzeczywiście wyłącznie wycieczka w przebrzmiałą już przeszłość? Fałszowanie map, masowe zbrodnie, bezwzględne tłumienie głosów prawdy nie odeszły przecież do lamusa wraz ze śmiercią Stalina i jego siepaczy. Historia znów zatoczyła koło, a na dzieje Rosji ponownie można spojrzeć jak na epizod w Historii Naturalnej: po fali odpływu - nowy przypływ złej, agresywnej energii Imperium. A co z tym wszystkim ma wspólnego meteorologia? Zanim odpowiem, przywołam drobny choć bardzo znaczący epizod opisany w "Inżynierach dusz" : wróżby z lotu kaczek. Kiedy w latach trzydziestych Sowieci nie dopuszczali do wycieku żadnych złych informacji na temat swych "prometejskich" inwestycji (opartych na systemie niewolniczej pracy ludzi i jednocześnie dewastującym na niewyobrażalną skalę środowisko naturalne), kiedy o tym, co dzieje się za "żelazną stalinowską kurtyną" nie można się było dowiedzieć niczego od pożytecznych idiotów z Zachodu oraz zwyczajnych agentów wizytujących ZSRR, pozostawała między innymi subtelna "meteorologiczna" metodologia w dochodzeniu do prawdy. O tym, co satrapa Stalin wyczynia z własnymi poddanymi oraz eurazjatycką przyrodą można było wywnioskować choćby z drobnych symptomów w kontynentalnym ekosystemie. Westerman (nomen omen- "Człowiek z Zachodu") opisuje w swym reportażu śledczym "zagadkę ornitologiczną"- "nagły i niewytłumaczalny brak ptaków wędrownych. Przede wszystkim liczba bernikli obrożnych, które co roku zimowały na mulistych mieliznach Morza Wattowego, spadła wyraźnie we wczesnych latach trzydziestych. Zazwyczaj gęsi te przybywały w ogromnych kluczach z dziewiczych wybrzeży po tamtej stronie Nowej Ziemi, gdzie w deltach rzek wysiadywały jaja, przez Morze Białe, jeziora Karelii, Zatokę Fińską do Holandii. Lecz po roku 1932 do klatek na kaczki na północy Holandii nie złapano już prawie żadnej bernikli." Czy i dzisiaj - podobnie jak w totalitarnych latach trzydziestych jesteśmy jako społeczeństwa skazani na taką szczątkową wiedzę przyczynkarską, wystawieni na domysły, plotki i legendy? Czy pleniące się w sieci "spiskowe teorie" tak wyśmiewane przez aroganckich "oświeconych" są recydywą starożytnego myślenia magicznego? A może -jak już kiedyś pisałem- "każda legenda odsyła do jakiejś przyszłości"? Być może mitologiczna tradycja Starożytności zawiera ważne przesłanie dla nas - współczesnych ludzi. Dlaczego z taką pogardą nasi cenzorzy, czujni Strażnicy Wiedzy odnoszą się do wszelkich prób przeniknięcia za nową barierę dezinformacji, przedarcia się przez firewall chroniący -być może- nowe groźne manipulacje z użyciem potężnych sił przyrody? Czy kolejna Wielka Narracja na temat globalnego ocieplenia może mieć drugie dno? Jaka jest prawda o ośrodkach, w których testuje się możliwości wpływania przez człowieka na naturalne zjawiska zachodzące w jonosferze i magnetosferze. O słynnym globalnym programie HAARP kierowanym zarówno przez cywilne jak i militarne ośrodki w Stanach Zjednoczonych informują nas nie tylko "oszołomskie" portale związane z radykalnymi krytykami totalitarnych tendencji cywilizacyjnych. Także poważni polscy uczeni zabierają głos na temat tych tajemniczych prac badawczych między innymi z użyciem rozbudowanego systemu anten zasilanych potężnym nadajnikiem. W artykule zatytułowanym "Dziury w niebie?" w "Przeglądzie Technicznym" prof. dr hab. Andrzej W. Wernik z Centrum Badań Kosmicznych PAN opisuje "grzanie jonosfery" przez takie urządzenia jak HAARP: "Efektem mogłoby być np. zakłócenie działania jakiegoś systemu łączności radiowej. Jest pytanie o sterowalność takiego oddziaływania. To sprawa przyszłości, choć o najnowszych rozwiązaniach w ramach HAARP –a wiemy niewiele." Profesor Wernik zwraca też uwagę na "budowę satelity energetycznego (Solar Power Satellite – SPS), który ma przekazywać na Ziemię energię słoneczną w postaci mikrofal." Polski uczony podkreśla: "Bardzo ważne jest poznanie fizyki jonosfery i magnetosfery. W grę mogą też wchodzić zastosowania militarne, szczególnie ze względu na możliwość generacji fal o bardzo niskich częstotliwościach – rzędu kilku Hz.". Eksperci publikują artykuły na łamach fachowych pism popularnonaukowych oraz udzielają wywiadów w mediach głównego nurtu. Warto przy okazji podkreślić, że duża część "internetowego podziemia" rozdyskutowanego na temat globalnego zagrożenia wojnami nowego typu, skupia się na programie HAARP i amerykańskiej dominacji w tej dziedzinie. Tylko mimochodem wspomina się o równie zagadkowym i budzącym podobne obawy, zapoczątkowanym dekadę wcześniej, bo już w osiemdziesiątych latach minionego stulecia, rosyjskim programie: SURA. Jest on tematem zarówno bagatelizujących i ironicznych artykułów, w których szydzi się z mitu wojen "meteorologicznych", jak i mocno niepokojących sugestii o zagadkowych "udanych" eksperymentach militarnych. Instytut Badawczy Radio-Fizyczny w Rosji - jak można przeczytać w wikipedycznym haśle bada m.in. zjawisko obłoków srebrzystych- najwyższych chmur obserwowanych z Ziemi, znajdujących się w mezosferze. Na stronie NASA można odnaleźć teorię o wpływie lotów amerykańskich wahadłowców na powstawanie obłoków srebrzystych. Czytamy tam, że spaliny z głównych silników promu kosmicznego, zawierające około 97 procent pary wodnej, mogą przemieszczać się do Arktyki w termosferze Ziemi. A tam zmieniają się w kryształki lodu, tworzące najwyższe chmury, dosłownie świecące w nocy. Ten jasny romantyczny obraz nabiera jednak innego ciemnego zabarwienia, kiedy zapoznamy się z enigmatycznym wikipedycznym streszczeniem programu w rosyjskiej telewizji. Według internetowych przekazów rosyjski bombowiec Tu-16 w ramach eksperymentu miał wlecieć w taki obłok srebrzysty, co doprowadziło do awarii elektroniki. Maszyna z wielkim trudem wylądowała na lotnisku. W Wikipedii czytamy sugestię, która ostatnio zaczęła żyć własnym życiem w komentarzach do smoleńskiej tragedii polskiego Tupolewa. Internauci cytują ten fragment hasła, snując analogie pomiędzy dziwnym zachowaniem prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem a tamtymi kłopotami rosyjskiego bombowca w czasie opisywanego militarnego doświadczenia: "Zastanawiający jest fakt, że pułap praktyczny samolotu Tu-16 wynosi 12 300 m podczas gdy obłoki srebrzyste występują na wysokości 75-85km." Tak rodzi się cała chmura domysłów, tworzy się nowoczesny mit nowej geofizycznej Walki Gigantów, niewidzialnej wojny biblijnych potworów -Goga i Magoga, kabalistycznej bitwy ostatecznej pomiędzy Lewiatanem a Behemotem.

fot. B.Z.

Wzajemne oskarżenia o zaprzęganie sił natury do ataków militarnych płyną z różnych źródeł, pojawiają się po obu stronach dawnego "wału ideologicznego", chroniącego przed laty eko-system (system ekonomiczny) kapitalizmu przed zalewem komunizmu i komunistyczny blok przed kapitalistycznym potopem. W rosyjskiej "Prawdzie" czytamy o oskarżeniach amerykańskiego meteorologa wysuwanymi przed laty pod adresem Rosjan, oraz o symetrycznym specjalnym rosyjskim raporcie oskarżycielskim wobec Amerykanów. Ten drugi dokument Duma Państwowa Rosji w 2002 roku przedstawiła ówczesnemu prezydentowi Władimirowi Putinowi. Z kolei w naszej prasie głównego nurtu pojawiły się także omówienia i cytaty z rzekomego wystąpienia prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza, który miał obarczyć winą Stany Zjednoczone za wywołanie trzęsienia ziemi na Haiti i za destabilizację sytuacji w wielu punktach świata przy pomocy nowego typu broni. Informacja -prawdziwa czy nie -zgodnie z "efektem motyla" w meteorologicznej teorii chaosu wywołała falę artykułów na całym świecie. Czy to są pierwsze "jaskółki" globalnej "burzy" jakiej świat nie widział? Na razie te mnożące się symptomy wciąż traktowane są najczęściej z ironią i sceptycyzmem. A przecież tego typu badania nad wykorzystaniem militarnych metod w celu wpływania na kapryśną aurę mają swoją długą historię. W globalnej sieci odmieniane jest przez przypadki nazwisko słynnego jugosłowiańskiego uczonego i wynalazcy Nikoli Tesli, domniemanego prekursora i patrona dzisiejszych badań nad różnymi "generatorami promieni śmierci". Nie umniejszając roli genialnego Serba, który zmarł w Nowym Jorku prawosławne Boże Narodzenie 7 stycznia 1943 roku, nie doczekawszy realizacji swoich ostatnich pomysłów, warto również pamiętać o rosyjskiej "prometejskiej tradycji filozoficznej". Już w pismach zmarłego nieco ponad sto lat temu ekscentrycznego filozofa -Nikołaja Fiodorowicza Fiodorowa- czytamy o eksperymentach militarnych z wywoływaniem sztucznego deszczu, tak aby zniwelować skutki wielkiego głodu, dziesiątkującego biedotę w carskiej Rosji. Słowa te dotyczyły wydarzeń z końcówki dziewiętnastego wieku. A co się stanie, gdy mały kabalista we mnie przestawi kolejność w tej rzymskiej liczbie z XIX na XXI stulecie? Odgarniając z coraz wyższego czoła niesforną chłopięcą falkę, grzywę wzburzonej czupryny, zapytam hardo: Może już toczą się wojny- niewidzialne- nie na miecze a na wiatry, nie na czołgi a na deszcze i inne żywioły ? Czy jesteśmy skazani na powrót do świata mitów o magicznie ukierunkowanych siłach dzikiej przyrody oraz herosach w tajemniczych okolicznościach wykradających potęgę bogom Natury? Wezbrany potok ostatnich zdarzeń przynosi jeszcze jedno zdanie, trochę wyrwane z kontekstu, wyrwane wraz z kartką ze ściennego kalendarza, z dnia 01.06.10. Żona z uśmiechem przynosi mi ją do łazienki drugiego czerwca, dokładnie o szóstej siedem. "HUMOR Z ZESZYTU: Służący doił krowę nad stawem, a w wodzie odbijało się to odwrotnie."



7.

O,
JEDNO-


fot. B.Z.

VII. -Oki Polifemie!
Jakaż to siła w tobie drzemie!
Ty już nie kujesz piorunów nikomu,
Lecz czy pozwolisz powrócić do domu
Tułaczowi bez straty druhów oraz mienia?
Czy jak w micie o Nikcie, Człeku Bez Imienia
Każesz mi się już z każdym Czytelnikiem żegnać?
Gdy ja powrót Im szykuję, Ty chcesz Wszystkich przegnać?


fot. Internet
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (240) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest sześć razy dwa? wpisz liczbę

Wyślij »
2012-02-07 20:20  z ksiąg odwróconego prawa
2012-02-01 22:50  Poetka na Moście
2012-02-01 20:20  historia alternatywna
2012-01-31 19:35  propaganda - porównanie
2012-01-30 13:13  Tusk albo RWPG bis
2012-01-27 20:20  no future
2012-01-26 20:02  zmiana psa na kota z budy?
2012-01-25 20:02  znów lata sowa sowietów
2012-01-24 13:13  totalnie okablowani
Kalendarz