Bogdan Zalewski
14 sierpnia 2011, 14:14

Gadatliwy akademik budzi irytację nieznośną erupcją teorii: „Fabuła integruje gonitwę ustawicznych refleksji, zaś wyobraźnia określa strategiczne kierunki utworu …”.

Motto:
"- Dzień dobry Ci Królu Lulu, z czerwonym nosem oblanym sosem.
- Dzień dobry Wam Dzieci Śmieci. Gdzieście były i coście robiły?”

Dialog z zabawy zapamiętanej z dzieciństwa

(fot.B.Z.):ZŁOWIONY STRUMIEŃ WYDARZEŃ

) …estudio…wałem mnóstwo książek … o zwyczajach biznesowych, w prze…róż…nych kulturach / i co? ” – usłyszałem ten strzęp dialogu w biegu, to znaczy- ja tylko sobie szedłem średnio prędkim krokiem, oni dwaj mnie minęli za Diabelskim Mostem, drobiąc nogami w joggingowym truchcie, spękaną aleją z asfaltu między szpalerami zastygłych drzew, jakby drzemiących, niby śpiących w słońcu z przyklejonymi śliną liśćmi na niezliczonych oczach, pomimo późno-porannej, przedpołudniowej godziny, lecz i ja nie byłem jeszcze do końca zbudzony, też podążając w górę drogi, ja człowiek-maszyna, podchodzący na automacie, pogrążony wciąż w widmowym wymiarze wydarzeń wieczoru- w pomarańczarni czy też owczarni na samym stoku satori, z salwami z saturatora, w tym dodatkowo uwewnętrznionym wnętrzu, pełnym zakłóceń, szeptanych zniekształceń oraz ich głuchych ech, po zapętlonym na sobie związku dwojga zazwyczaj osobnych ósemek, związanych na pozór tylko raz do roku - węzłem tej jednej, dziennej daty, którą podobnie jak ludzkie stadło pobłogosławiono tylko „aż do śmierci”, a jednak uparta cezura broniła się przed rozwodem- zerwaniem ślubów ze mną, oraz rozpadem w sobie, nawet kiedy nazajutrz najnaturalniej umarła, gdy nagle z tak dwuznacznego zapamiętania się w tańcu, czterech bez końca wirujących wieńców niepożytecznych przecież przeżyć, degenerującego się pożycia w kazirodczych krzyżówkach wyrazów, z DNA z jednego dnia, jakichś potworków port mostem, albo i dąs ma karb, wyrwały mnie do życia zdyszane głosy biegaczy, pomimo trudności z mówieniem bez przerwy prowadzących ożywioną wymianę zdań, rwanych, bo pełnych wartkich wtrąceń w temat,

(fot.B.Z.): SWOBODNY JEŹDZIEC GWIEZDNY

jak się zdążyłem pobieżnie na tej bieżni zwiedzieć, globalnych różnic w powitaniach, aż w końcu jeden z nich- ten w białej koszulce i ciemnych spodenkach- udowodnił gestem głębię swej wiedzy drugiemu- temu z odwróconą jak w męskim zwierciadle, poprzestawianą powierzchownością, z symetrycznym rytmem kolorów sportowego stroju, granatowego, spranego tiszertu oraz szarych szortów- i ujrzałem , jak wygląda to ponoć konieczne skrócenie dystansu w podobno orientalnej odmianie podawania dłoni, a że obaj ani przez moment nie ustawali w ruchu, drobną chwilę podreptali sobie prawie w miejscu, z groteskowo powykręcanymi ku sobie prawymi rękami, w poglądowej prezentacji szejkhendu w plenerze, i zanim do końca mogłem cokolwiek z tego wykładu sobie uświadomić, nim dotarł do mnie nareszcie – jednocześnie sens i absurd uteatralizowanej scenki, gdy całkiem już z niej opadła maskująca siatka śmieszności, aby mogła przede mną stanąć jako naga i wroga powaga, oni byli daleko daleko, ledwie ich było widać , dwa punkciki prawie prawie u zbiegu tej pary prostych, poprowadzonych z dawien dawna dwóch równoległych linii- perspektywy przyszłej drogi, plus przeszłe okoliczności, prawdopodobnie całkiem przygodne, a jednak podejrzewałem w tych typach- nakręconych jak budzik sprinterach- jakiś subtelny, aluzyjny, z lekka złośliwy dowcip losu, jak gdyby pod przebraniem joggerów kryli się jockerzy, z pozoru trywialni trefnisie, wyciągnięci z pokładów rodzinnej podświadomości, co to nad karty tarota przedkłada zwykłą, starą, przetłuszczoną talię do gry w remika, po to, by skuteczniejsza była ta cała maskarada, tak nos mój zwęszył przewrotną intrygę, ukazującą porannych biegaczy w postaci kafkowskiej pokusy, przelotnej tutaj obecności wężopodobnych pomocników, dwoistej hipostazy gnostyckich stychomytii, w miejscu niejeden raz naznaczonym kabalistyczną kaligrafią, więc mocno zacząłem wątpić w naturalne pochodzenie chodziarzy, wydobywając z nich utajone, ścigane genealogie- z potężnym drzewem dawnych wojen pełnym gnomicznych figur, pchanych na górę po drabinie, wieszanych noga za nogą, rzędami na gałęziach, z których spadały potem jako dojrzałe owoce imaginacji, aby przechodzić przez następne męczące metamorfozy, zmieniając się w zdublowanego, biegnącego bez końca Zająca z „Alibi w Kabinie Czasów”- dwóch symetrycznie ubranych w negatywowe domina, zarówno ludzkich jak zwierzęcych, znaczących braci bliźniaków- o fantastycznych imionach, najlepiej cokolwiek mówiących, jak Wiktor But i Wektor Tuby, albo Pol Dipol i Total Polit, lub Pomieszany z Posprzątanym- na tyle niejednoznacznych, aby ich osobowe (od)nośniki biegły w krainie cieni na ziemi, czasoprzestrzeni tu i teraz, lecz niestarannie wypełnionej teksturą oczywistej, ojczystej przyrody, z cyber-dziurami odkrywanymi w pniach najbardziej zabytkowych drzew, bo już niestety byłem przybity widmami godła z bizantyjskim orłem, skrzydlatą jak harpia figurą osiową, z rozbiorowym symptomem symbolicznej symetrii, albowiem to właśnie w taką dubeltową dziuplę zmienił mi się uciekający podwójny punkt na horyzoncie, gdy już znikali mi z oczu biegacze, przekazując poleczkę, tańca galopadę, nowym dwojącym się postaciom- po)d(chodzącym z wczoraj, w odwróconej sztafecie, która tu kończyć zaczyna swój bieg, jak kiedyś krzyżowe dróżki, po śladach mych myśli i zmyśleń- zmierzając niekonsekwentnie na finałowy start, sprzed ukrywanej tytularnie przestrzeni dla postaci, jako sam pomysł początku potem tam topionych, i wcale nie w palącym słońcu, a w szyderczo w tej turze szczerzącym garnitur, szerzącym się wokół deszczu, losowo jak parasole, rażone ażurem obiekty-koncepty, podobne do Pompadury, z rokokowym barometrem ze srebra w gorączkowo podawanej rączce, niby niezbędne do nieznanych przeznaczeń ocalone przedmioty zbytku, a tak w ogóle zbędne i płoche, otwarte na możliwości, złożone za to z bardzo wielu znajomych wyrazów uznania, lecz uważnie bacz na to, co się toczy w tle, i co kryje w sobie ce®owany nap®ędce space®ek, a potem tkana zrywną nitką kabaretowo tkliwa herbatka, z szarlotką prawie w roli głównej, i mrożonymi rozkoszami żyłkowanego podniebienia, lub nawet odmrożonym, siorbanym skrycie, niewidzialnym w ciemni sorbetem, i świetlnym tropem –śladem ślinki- w ukradkowym rogu skradzionej ze stołu serwetki, lub na syczącym zapleczu czasu, z wysuszoną już wodą w czajniczku, z porcelanowych ruin salaterek potraktowaną troskliwie treścią, zasługującą tu na niepodanie, a nawet na niemyty mit, wylizywaną z wnętrza policzków– spodeczków porcją cierpienia mniam!, z bukietem żółtych win bez smaku prócz łez czułostkowości, pożywką dla złej degustacji- zdemaskowanej, wyszczerbionej jak omen w pancerzu talerza (

(fot.B.Z.):PAMIĘTNE TRÓJKĄTY PRZYGODY
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (17) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest sześć razy trzy? wpisz liczbę

Wyślij »
Kalendarz