Bogdan Zalewski
4 marca 2009, 20:20

Ko-lekcje na każdy dzień tygodnia (1)

1.
"Zaryzykowałbym przypuszczenie, że czynnikiem pobudzającym do tworzenia trudnych form wierszowanych i różnorakich gier słownych mogła być również w wielu wypadkach pewna łagodna odmiana ascetycznego samoudręczenia. Zauważmy ile osób duchownych było śród autorów wymyślnych kształtów wiersza i innych uciążliwych eksperymentów, jakim książka niniejsza jest poświęcona. (…) Nie twierdzę, że miało (to- B.Z.) zastąpić post, włosiennicę i samobiczowanie, ale wydaje mi się, że gorliwcy religijni mogli je traktować jako dodatkowy sposób przypodobania się Panu Bogu."

Julian Tuwim "Pegaz dęba"
2.
Robię wypisy z Tuwima, bo post (w podwójnym sensie tego słowa). Już tydzień od Środy minął, mszalnego popiołu jeszczem całkiem nie wypłukał ze łba pokutnie podgolonego a i w czaszce wciąż postną mam pustkę. I tylko czasami cosi mi w niej kołacze, jakby wciąż tłukły się we mnie jakiesi resztki po niedawnej sielskiej ucieczce z Centrum (Nowej Huty). Tą wsiową czkawką stylistyczną wciąż mi się odbija, bo sam jezdem z pogranicza – jakby z miedzy 'między'- bo nie zawiesiłem ciągle w sobie obcej wsi i nie rozmieściłem do samego końca cudzego miasta w swoim wnętrzu.


3.
Już marzec a ja mam w pamięci nie uprzątnięte jeszcze popielate lutowe pejzaże prowincji małopolskiej. Gościniec w Ryglicach, który jeszcze w zeszły wtorek witał mi buty śniegiem i solą, w sobotę żegnał mnie już tylko niewdzięcznym czarnym żwirem i nieżyczliwie wyłożonymi kałużami, w których odbite pagóry okoliczne wyglądały jak nadgryzione ostatki bab piaskowych ze skąpą posypką z pudru czy raczej z trującego cukru ołowiowego.

4.
Teraz pomiędzy skrajnościami wtorku i soboty mam w prywatnej kolekcji pozostałe dni tygodnia poukrywane w szczelinach czasu: nie omszałą jeszcze mszalną środę, ale i nie wart mszy czwartek oraz podobny do czwartku piątek- też nie świątek a przeleżany śpiątek.

5.
Tak to na granicy pomiędzy psotnym karnawałem a postnym kar nawałem krótki urlop spędziłem- na kresach dawnego województwa krakowskiego, z Podkarpaciem już o miedzę niemal graniczących. Atrakcji specjalnych w Ryglicach sobie nie zafundowałem, żadnych tam fabularnych fajerwerków, ekstremalnych przygód, czy spektakularnych sensacji; jak zwykle od ‘variackiego’ kieratu radiowego na czas jakiś się oderwawszy, w nudzie codziennej leniwie brodziłem, w błocku na boczku pod krzaczkiem sobie przykucałem, aby właściwą perspektywę egzystencjalną odzyskać.

6.
Na podobieństwo żuczka przebudzonego z głębokiego snu o sobie - herosie biegającym z chitynową tarczą Achillesa- ujrzałem nagle płochość i płytkość rzeczywistego życia swego. ‘Ależ to rewelacja to zwykłe chodzenie, wytyczoną trasą, taka owadzia zapobiegliwość!’– rzekł we mnie żuk nieborak, chyba wiosny rychłej znak.

7.
Z ojcem (też całe życie raczej żuczkowatym) przechadzałem się codziennie po gościńcu- powoli, bez napinania się, wiele kilometrów tam i nazad- na zakupy w supermarketach w okolicach pochyłego rynku w Ryglicach. Z siatami, obaj zgarbieni lekko, na piechtę wracaliśmy, pogaduszkami czas wypełniając.

8.
Najczęściej ojciec mój snuł długie sagi sąsiedzkie, w pogmatwane historie różnych rodzin ryglickich wchodząc głęboko, za głęboko. Pozostał mi z tych homeryckich ojcowskich epopei ogólny obraz straszliwego pokomplikowania ludzkich losów, które splatają się ze sobą w wielowątkowy wariacki dywan albo raczej wielobarwny motek, kłębek czy też kłąb ogromny- z nici przeróżnych.

9.
Co koło jakiegoś domu przechodziliśmy, to -za sprawą ojcowskiej weny- budynek jak pączek na wiosnę rozkwitał albo pędy z siebie wypuszczał. Próbowałem rysować sobie w głowie relacje pomiędzy ukrytymi we wnętrzach lokatorami; rozplątać starałem się więzy małżeńskie krzyżujące się w różnych ryglickich rodzeństwach, jak lokalne mendlowanie globalnego mnicha ogrodnika; wniknąć chciałem w aleatoryczne prawa serii, gdy fatum uderza naprzemiennie w dwie rodziny- raz członka pierwszej czyniąc winnym wszystkich nieszczęść kogoś z drugiej familii, to znów przedstawicielem drugiej rodziny się posługując, unieszczęśliwiać kolejnego członka tej pierwszej.

10.
Taki losowy schemat zapamiętałem posłuchawszy kilku ojca opowieści, jak antropolog-strukturalista, badający życie argonautów wysp wiejskich na wschodzie, jak badacz ludowego folkloru, dla którego ważniejsze są stałe, powtarzające się elementy fabularne niż same fabuły, pełne wrażliwych i chronionych prawem danych osobowych. Podobnie pragnąłem pisać o sobie, tak nieosobiście, aby bardziej pokazywać typowe trasy ruchów swoich, tak w przestrzeni cielesnej jak w świecie uczuć i myśli, niż skupiać uwagę na swojej osobowości, tej niby osobności mojej.

11.
Zamiast samemu o sobie pisać, o wiejskich popasach swoich w podróży życia, Tuwim mi tu zastępuje osobiste popisy w stylu "to wiem" (bo tum był, tom widział, tamtom słyszał, tegom dotknął, w owym zaś zasmakował). Przepisuję fragmenty z "Pegaza dęba"(książki, którą z wielkim ukontentowaniem zakupiłem pod koniec zeszłego roku), bo w erudycyjnym dziele Tuwima splata się wiele wątków przewijających się ostatnio w moim prywatnym życiu.

12.
Bywa, że cudze dzieło lepiej opisuje nasze własne historie niż kiedykolwiek bylibyśmy w stanie uczynić to sami. Nie szukając daleko: ja sztampowo piszę o wielowątkowości fabuły życia a Tuwim podpowiada mi znacznie bardziej plastyczny obraz egzystencjalnego kłębowiska- pulpy przypadków, przygód, postaci, problemów oraz paradoksów. Bezkształtna masa, w którą jak zwykle zamienił mi się zbiór 'nieopisanych' tygodni mojego życia, przypominała zawartość przedwojennej walizy autora "Czarnej mszy".

13.
Tuwim, posłuchawszy rady -jak pisze- domowego Anioła Opiekuńczego, spakował swoje bezcenne literackie archiwum w ostatnich dniach sierpnia 1939 roku. Gdy wybuchła wojna, poeta musiał salwować się ucieczką z kraju i pozostawił ten ciężki bagaż pełen rękopisów na pastwę losu, wilgoci, mikrofauny i flory bakteryjnej. Ładunek przez całą wojenną zawieruchę przeleżał w ziemi, zakopany jak trumna ze wspomnieniami twórczego czasu. We wstępie autor "Pegaza dęba" opowiada, jak sam zdębiał, gdy po wojnie odkopał to, co był zakopał.

14.
Gdy po powrocie do kraju odzyskałem ekshumowaną walizę- nie walizę, sześcienną bryłę prochów raczej- znalazłem w niej beznadziejne zbitki, zlepki, bochenki przemoczonego, zbutwiałego papieru. Różnych lat i kolorów atramenty rozlały się wszerz i w głąb papierowej masy, tworząc tęczowe krajobrazy, zacieki i wysięki- widok groźny i fantastyczny; rozcieńczyły się lub jedne w drugie wpłynęły strofy, z trudem i miłością niegdyś budowane; listy przewarstwowiły się, powłaziły w siebie urywkami, treść nowszych na wylot przebiła starsze, i odwrotnie; pieczołowicie gromadzone wypisy z rzadkich dzieł (nieraz unikatów, spalonych w bibliotekach krajowych) zamieniły się w papkę; wszędzie chaos rozkładu.

15.
W takiej to postaci Julian Tuwim zobaczył swoją unikatową literacką kolekcję- niby duchową strawę przetrawioną po wielekroć przez alchemicznego węża Uroborosa. A ja ujrzałem w tej 'wężowej żołądkowej treści' obraz moich własnych niedawno minionych chwil. Zacząłem pytać sam siebie: czy każde przeżyte zawsze oznacza, że aż tak przeżute? Czy można jeszcze do czegoś użyć tak zgniecionej na płask kolekcji drobnych zdarzeń i odłożonych wewnętrznych zwierzeń? Czy można gdzieś wykorzystać ten stos nie zapisanych nigdzie godzin sprasowanych na miazgę przez następne warstwy czasu? Czy można poddać jakiemuś literackiemu recyklingowi taki okropny osobisty śmietnik wspomnień zamieciony wstydliwie w najciemniejszy kąt nieświadomości?

16.
Z wykopanej z ziemi walizy Julian Tuwim uratował rękopis książki „Pegaz dęba”, która potem, pierwszy raz, została wydana w „Czytelniku” w 1950 roku. Niedawne wznowienie tego poetyckiego ‘lasu rzeczy’ (‘silva rerum’) nawiązuje typografią do tamtej edycji, można więc połowicznie (jedną nogą czy raczej jedną dłonią z tą książką) przenieść się w czasie o całe półwiecze.

17.
Tuwim przejawia w swym dziele zapierającą dech w piesiach pasję kolekcjonerską. Zgromadził w opasłym tomie różne poetyckie ‘variactwa’, niezwykłe wierszowane formy i formuły. Omówiłem je z grubsza w moim własnym radiowym ‘variactwie’, które nazwałem sobie ‘czytańcem’.


18.
Prezentuję w RMF Classic te krótkie na poły rymowane na poły prozatorskie oracje. Część z nich została już sfilmowana przez liberata Zenona Fajfera i zmontowana przez mojego kolegę –dziennikarza Faktów Michała Kowalewskiego. Powstała już z tych teledysków mała internetowa kolekcja na stronach Czytelni Liberatury Małopolskiego Instytutu Kultury w Krakowie. Skąd się w nas bierze ta mania zbieractwa, magazynowania, łączenia w zbiory?

19.
W przedmowie do pierwszego wydania „Pegaza dęba” Julian Tuwim dzieli się wrażeniami z ekspozycji w Stanach Zjednoczonych: „Byłem w Nowym Jorku na niezwykłej wystawie, połączonej z wszechamerykańskim zjazdem ‘hobby’istów’. ‘Hobby’ to właściwie konik (por. nasze ‘wsiadł na swego ulubionego konika’) a w przenośni zamiłowanie, ulubione zajęcie, obiekt kolekcjonerstwa, coś, na punkcie czego ma się tzw. kręćka, namiętność (por. ‘namiętny zbieracz’). Posiadanie jakiegoś ‘hobby’ jest dla przeciętnego Amerykanina punktem honoru, a jak popularne jest ono nawet śród elity intelektualnej i politycznej, o tym niech świadczy fakt, że żaden wywiad z amerykańską znakomitością nie obejdzie się bez pytania ‘What is your hobby?’. ‘Hobby’ prezydenta Roosvelta było zbieranie znaczków pocztowych (stwierdzono, że w Ameryce jest przeszło dziesięć milionów filatelistów). ‘Hobby’iści’ wydają własny miesięcznik ‘Hobbies’ (120 stron dużego formatu), z którego to organu dowiadujemy się o kolekcjonerach płyt gramofonowych, starych dzwonków, afiszów cyrkowych, lalek, guzików, pudełek do zapałek, minerałów, motyli, wypchanych ptaków, upierzonych indiańskich strzał, grających pozytywek, miniaturowych przedmiotów. Helena Rubinstein, słynna kosmetyczka, rodem z Polski, posiada jeden z najbogatszych zbiorów tych śliczności; są tam kompletnie, do najdrobniejszych szczegółów urządzone domy dla lalek- z mikroskopijną książeczką na mikroskopijnym stoliku nocnym i z malutkim nocniczkiem pod malusieńkim łóżkiem …” Dziwił się Julian Tuwim w latach czterdziestych XX wieku. Dziwił się jak dziecko odkrywające nowości tak dobrze znane dorosłym. Czuję się starszy od Tuwima. Kiedy spoglądam na to jak zapisywał słowo ‘hobbyści’ (‘hobby’iści’), mam wrażenie jakbym był rodzicem patrzącym na niezdarną synowską kaligrafię – ćwiczenia ucznia stawiającego pierwsze kulfony i bez przerwy spoglądającego do elementarza.

20.
Litera ‘K’ jak kolekcje, kolekcjonerzy i kolekcjonerstwo. Jak na hasło- sama mi się zbiera od kilku tygodni kolekcja na powyższe tematy. Mam w niej książki, artykuły, wypowiedzi ustne i pisemne, zapisy swoich spotkań, fotografie. Kolekcja spontaniczna, coraz bardziej niechlujna i bałaganiarska. I oto kolejny impuls! Postanawiam właśnie włączyć do swojego zbioru najnowszy element. Przed chwilą, w trakcie pisania tego rozdzialiku na komputerze w newsroomie RMF FM- uciąłem sobie krótką pogawędkę z Tomkiem Skorym.

21.
Tomek nagle wyciągnął kilka anegdot ze swojego albumu wspomnień. Pozostał mi w pamięci powidok po jego opowiadaniu z dziecięcych lat: bardzo wyraźny, choć odmalowany zaledwie paroma zdaniami portret małomiasteczkowego kloszarda, brudnego i śmierdzącego odrzutka, złapanego przez Tomka na łapczywym czytaniu książki przystawionej do gołej żarówki w kotłowni. Taka mała Tomkowa chłopięca iluminacja.

22.
Ileż podobnych obrazów z efektami światłocienia odkłada się w każdym z nas w ciągu całego życia! Jakże często wstydliwie odwracamy je w sobie przodem do ściany w tym naszym wewnętrznym Salonie Odrzuconych!

23.
Zasypuje mnie już powoli hobbystyczna masa. Co więcej, ledwo otworzę jakąś gazetę czy czasopismo, ledwie zamienię z kimś parę słów, wystarczy, że pójdę gdzieś coś zobaczyć, zaraz wypadają do mnie i spadają na mnie kolejne eksponaty, zachęcają bym je zachował w tej swojej nowej kolekcji- kolekcjonującej kolekcje innych kolekcjonerów oraz kolekcje tych kolekcji. Mnożą się rekwizyty, potęgują moje doznania a ja chciałbym już uniknąć takich działań i oddziaływań.

24.
Zaczęło się niewinnie – od wizyty w krakowskim Bunkrze Sztuki i krótkiej radiowej impresji na temat wystawy „Masyw kolekcjonerski. Ze zbiorów Roberta Kuśmirowskiego i rodziny Sosenków”. Ten niewielki internetowy artykulik zatytułowałem „Miasto, masa i masyw…” planując, że będzie to tylko uwertura do mojej techstualnej opery na temat monstrualnej krakowskiej ekspozycji ("Opera omnia: Straszny zbiór"). Skończyło się na zmagazynowaniu cyfrowych rekwizytów w postaci moich fotografii z wernisażu i wywiadu z krakowskim kolekcjonerem Markiem Sosenko.



25.
Wkrótce do swojego rekwizytorium dołączyłem inne cenne pozycje. Kupiłem małą czerwoną książeczkę „Subiektywny przewodnik po kolekcjach” – opisującą prywatne zbiory hobbystów z regionu kujawsko-pomorskiego. Przewodnik – jak przeczytałem we wstępie – to integralna część toruńskiej wystawy o kolekcjach ‘Kwiaty naszego życia’, dla mnie ten bedeker to skodyfikowany zestaw fetyszystycznych natręctw, skatalogowanych z równie maniakalną determinacją.

26.
Hobbyści odpowiadali mniej lub bardziej rzeczowo na precyzyjne pytania, co tylko pogłębiało ‘variacki’ charakter przedsięwzięcia. Oto artysta noszący (jakby) znaczące nazwisko -Kamil Emanuel Klonowski- na pytanie ’Co Pan kolekcjonuje?’ odpowiada: ’przyciski do papieru, szale i tkaniny z Paisley, ceramikę z Wedgwood, książki z baśniami wydane do roku 1989, przedmioty stare i piękne, uśmiechy, zachwyty. Z kolei Marysia Pośpiech –kolekcjonerka o nazwisku (jakby) antonimicznym do charakteru hobby- zbiera wyłącznie słonie z trąbą podniesioną do góry i kalendarzyki, co wzbudziło w mojej już pobudzonej wyobraźni dodatkowe, niezdrowe freudowskie skojarzenia.

27.
Pocieszałem się tym, że na spotkanie z autorami wystawy w krakowskim Bunkrze Sztuki – 13 stycznia 2009- zaproszono psychiatrę. Czytam teraz w piśmie „Lampa” stenogram tej dyskusji, której przysłuchiwałem się półtora miesiąca temu. Doktor Bogusław Hrabat- kierownik Zespołu Leczenia i Profilaktyki Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie- zwrócił uwagę na dopisywanie ‘rozsądnych’ motywacji do najbardziej nawet ‘nierozsądnego’ zbieractwa.

28.
”Racjonalizacja kolekcjonerstwa odbywa się na trzy różne sposoby. Pierwszy z nich to zawyżanie wartości materialnej lub użytkowej. Innym sposobem jest łączenie przedmiotów kolekcji z osobistymi emocjami i wspomnieniami, czyli drobiazgami, które nie mają wymiernej wartości i nie mogą być przedmiotem wymiany. Kolejna sprawa to przeformułowywanie kryteriów estetycznych. Sztuka zajmuje się teraz ‘szumami, zlepami, ciągami’, jak mówił Miron Białoszewski, rzeczami niekoniecznie jednostkowymi, lecz codziennymi, często uważanymi za mało estetyczne. Czy rzeczywiście mamy do czynienia z nową estetyką, czy też nowe kryteria estetyczne to nic innego tylko system iluzji i zaprzeczeń? Ja tego nie wiem.” - skromnie odpowiedział na zadane przez siebie pytanie psychiatra z Warszawy. Dla mnie była to najciekawsza kwestia estetyczna poruszona podczas swoistego krakowskiego seminarium, tym bardziej interesująca, że problem postawił doktor medycyny a nie profesor historii sztuki.

29.
Zdarza się , że prawdziwą furorę we współczesnym świecie artystycznym robią nie profesjonaliści a amatorzy owładnięci jakąś pasją. Nie chodzi mi o tak zwanych artystów naiwnych, jak Nikifor czy Celnik Rousseau wierzących w wartość własnej sztuki i bardzo serio traktujących swoją twórczą misję, a o ludzi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że ktoś dostrzeże w ich działalności artystyczną kreację. Głośnym przykładem są niesamowite dzienniki Janiny Turek, bohaterki reportażu Mariusza Szczygła zatytułowanego „Reality”.

30.
Pamiętam jak mocne wrażenie zrobiła na przed laty mnie ta historia, a teraz przeglądam fotografie z toruńskiej wystawy z ubiegłego roku „Kwiaty naszego życia”: w jednej z sal Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu ustawiono regały ze słynnymi kolorowymi zeszytami pani Turek.

31.
„Od trzynastego roku życia aż do swojej śmierci Janina Turek pisała pamiętniki, skrupulatnie notując w zeszytach wszystkie, wykonywane przez siebie czynności: jedzenie, telefonowanie, oglądanie telewizji, spotkania ze znajomymi. Stworzyła pewien rodzaj kolekcji codziennych czynności, systematyzując ją w oparciu o kolory i liczby oraz dzieląc swoje życie na 33 kategorie. (…) Liczący ponad 700 zeszytów zbiór odnaleziony został po śmierci autorki przez jej rodzinę.”

32.
Czytam ten opis w katalogu toruńskiej wystawy i wpatruję się w fotokopię strony kalendarza Janiny Turek z pierwszych dni stycznia 1966 roku. Piękne równe pismo, zdania zapisane niebieskim atramentem. Czytam początek notatki z soboty ósmego dnia sześćdziesiątego szóstego roku: ”Dzień cierpiący, stary, smutny…”

33.
Kończyłem w tym ‘starym’ dniu trzy miesiące życia. Miałem więc już swój własny bagażyk doświadczeń, zapisany głównie somatycznym atramentem, fizjologicznym pismem sympatycznym, niewidzialnym, choć -jak twierdzą psychiatrzy- mocno we mnie utrwalonym. Gdzie? Pewnie na mojej wewnętrznej tablicy, odwróconej rzecz jasna przodem do ściany.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (386) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest pięć razy trzy? wpisz liczbę

Wyślij »
Kalendarz