Bogdan Zalewski
13 września 2010, 13:13

............. li ta elita lita .............

Motta:

"Rozejrzałem się wokół i doznałem dziwnego wrażenia, a raczej dwóch odmiennych wrażeń, które stapiały się w jedno w mym umyśle zmąconym zmęczeniem i niepokojem. Wydało mi się, że znalazłem się oto na wystawnym dworze, choć trudno byłoby tego oczekiwać po surowym zamku, stojącym na uboczu; i nie tylko przez wzgląd na kosztowne sprzęty i rytowania stołowej zastawy, lecz także z uwagi na spokój i swobodę bycia biesiadników, pięknych i ubranych z wykwintną elegancją."

Italo Calvino "Zamek krzyżujących się losów"

Tylko jeden z nas nie wygląda na takiego, który bałby się widoku nawet najbardziej złowróżbnych kart, wręcz wydaje się, że z Arkanem Numer Trzynaście łączy go szorstka poufałość."

Italo Calvino "Gospoda krzyżujących się losów"
XIII. No, tak ... czy inaczej ... za każdym razem, gdy wyjeżdżam na integracyjne spotkania radiowe przed nowym sezonem, czuję się nieswojo, wręcz słyszę wewnętrzny dysonans; gdybym był pisarzem, ten powracający, dwoisty stan mógłby być źródłem jakiejś nowej powieści środowiskowej, pełnej ostrych i delikatnych, obiektywnych i niesprawiedliwych analiz dziennikarskiej elity, subtelnych i prześmiewczych satyryczno-lirycznych portretów postaci kształtujących na co dzień świadomość i podświadomość Polaków; ale żadnej przy tym psychologii, co to to nie, zero behawioryzmu ani nawet ukochanej psychoanalizy, raczej już chyba, powiedzmy, paranoiczno-krytyczna partytura dźwiękowo-choreograficzna, w której zachowania i wypowiedzi bohaterów odgrywają rolę muzyczno-taneczną, nie tracąc przy tym znamion zwykłego, niecodziennego realizmu; a wszystko to na tle ograniczonej, organicznej przestrzeni, jednocześnie konkretnej i symbolicznej -jak ten z lekka widmowy, zabytkowy pałac unoszący się nad rozległym ogrodem w Chlewiskach.

XII. I właśnie taki przejściowy, niedookreślony był ten chłodny, deszczowy sierpniowy wieczór, kiedy dotarliśmy tutaj niewielką acz dość hałaśliwą grupką, która dołączyła do innych uczestników spotkania, przybyłych do tego ekskluzywnego zakątka na granicy Mazowsza i świętokrzyskiego z przeróżnych punktów naszego kraju. Nie wiem jak inni, ale nasza czeredka przeżyła po drodze całą serię przygód, które jednak, gdyby je umieścić w jakiejś awanturniczej historii, stanowiłyby tylko zakalcowatą pulpę fabularną. Te liczne czknięcia czasu zapoczątkowała nagła awaria autokaru - dosłownie po pierwszym kilometrze trasy; wyruszywszy spod Kopca Kościuszki zatrzymaliśmy się już przed krakowskim "Jubilatem", tracąc cenny czas, a mimo to nie gubiąc dobrego humoru. Ze śmiechem do złej gry wybiegliśmy z unieruchomionego pojazdu i ruszyliśmy jak grupka beztroskich, nastoletnich wagarowiczów do najbliższej kawiarni na panoramie, z cudownym widokiem na figlarną wstęgę Wisły i dostojne Wawelskie Wzgórze. (Akropolis Nekropolis- jak nagły przeciąg dreszcze śmierci szybko przebiegły tym rymem przeze mnie.) Gdy w nastroju niemal ekstatycznym siedzieliśmy przy długim stole, ja błyskawicznie, na zimno, policzyłem w myślach wszystkich uczestników tej okazjonalnej agape i gromkim głosem objawiłem symboliczną sumę: było nas tu teraz razem dwanaścioro. Od razu wdałem się w krótką, erudycyjną rozmówkę z siedzącym obok J.L. - szefem internetowego serwisu www.rmf24.pl- na temat starych ale jarych filmów Luisa Buñuela. Dziwne: obaj w jednej chwili skojarzyliśmy naszą sytuację z obrazami hiszpańskiego reżysera, ale każdy z nas z zupełnie innym dziełem mistrza. Gdy J. snuł analogie z "Dyskretnym urokiem burżuazji", ja - z "Viridianą" i ze słynną parodią "Ostatniej Wieczerzy" Leonarda. (Może dlatego, że ostatnio dużo myślałem o szatańsko-histerycznej Hiszpanii; więc i teraz szkatułkowe hiszpańskie opowiastki poukrywane w opowieściach wciskały się jak poszatkowana sztolnia w główną, płaską fabułę, tworząc w niej przez moment wielopiętrowy szyb symboli, wolnomularską kabałę połączoną z epizodami politycznego prezapateryzmu.) Życie nigdy jednak nie jest tak uporządkowane jak sztuka, a często jakby broniło się przed gotowymi schematami, które zalegają w głowach ludzi jako tako kulturalnych.

XI.Naprędce komponowałem w myślach, projektowałem sobie w skrytości, dwunastoosobową serię wokalną, niby pseudo-dodekafoniczną partyturę nowego utworu rozpisanego na głosy, który byłby moim oryginalnym wkładem w kulturę korporacyjną, miksem prywatnego życia, pracy i sztuki, aż tu nagle doskonałą całość nasyconą aluzjami zaburzyło wejście na taras P. W.; paradoks, bo ta subtelna prezenterka Faktów w RMF Classic powinna była raczej dopełniać moje "Wariacje Buñuelowskie", współtworzyć harmonijną konstrukcję przyszłego epickiego hipertekstu, uciekającego od tradycyjnej psychologii postaci w rojenia o wokalnych seriach charakterystycznych. Jednak P., jakby na przekór, pojawiła się jako osobna osoba, nieprzyporządkowana żadnej idei, jak oczywisty komunikat: to ja, byt subiektywny, wolny, niezależny od niczyich planów, a zwłaszcza Twoich głupawych konceptów, totalitarnych programów komputerowych, żeńska analogia Czarnego Piotrusia, gasząca uśmieszek samozadowolenia na obliczu spryciarza, któremu się zdaje, że już trzyma w rękach całą talię, ledwie z dwunastu kart. Taką to miałem małą iluminację piękną popołudniową sierpniową porą, wysoko nad krajobrazem starego Krakowa, błysk refleksji co do prawdziwej, przewodniej roli tej skromnej Trzynastej Osoby mego dramatu ... pozbawionego dramatycznych wydarzeń: z kawą bez kawy oraz nie-drinkami, bo oczywiście nie zdążyliśmy nawet niczego sobie zamówić. Moją filmową wymianę zdań z J.L. do chóru przekomarzających się i śmiejących koleżanek i kolegów przerwał gwałtownie elektroniczny dzwonek telefonu komórkowego; M. S. oznajmiła, że mamy wszyscy szybko wracać do wozu; na dole przy alei Krasińskiego stał zastępczy pojazd; zamiast autokaru, proszę szanownej wycieczki, czeka na Państwa mikrobus. Jego nazwa oddawała zresztą istotę kolejnych zdarzeń z naszym udziałem; bo były to zbiory środowiskowych mikro-historii nanizanych na nitki minut- jedna za drugą, szósta za piątą, ni w pięć ni w dziewięć, bez ładu i składu; a jednak powstała z nich potem koherentna całość, jak jakaś lokalna kolia, nielinearna kompozycja, i lapidarna i grandilokwentna, precyzyjna robota szwajcarskiego szaleńca-oszołoma, paranoicznego jubilera łączącego cenne precjoza z nic niewartymi, śmieciowymi świecidełkami: śliskie gadki z rozmowami o historii bitew morskich, piskliwe śmiechy z syntetycznymi streszczeniami krajobrazów umykających za szybami z widokiem na szybką szosę oraz krajową mizerię: betonowych domków-klocków, rozgardiaszu i chwastów. (Czy to też nie jest rodzaj narodowej zdrady: rosnąca we mnie polityczna pogarda dla rodzimego pejzażu, ulegającego coraz większej entropii?)

X. A mnie na dodatek co jakiś czas morzył mdlący, słodkawy stan, ni-to-jawa-ni-sen, dodając do zbioru mikrobusowych nonsensów jeszcze jeden surrealistyczny element; nie byłem świadom jak majak za majakiem wypełniały mi wolno głowę ołowiem aż opadała ciężko, coraz niżej, by się ponownie gwałtownie unosić, po jakimś kolejnym budziku: śmieszku, brzdęku lub wertepie. Przez cały tydzień spałem może pół doby, bo nie mogę zasnąć, gdy wiem, że mam się zbudzić na "trzy: cztery pięć", to znaczy o 3:45, czyli właściwie w środku nocy. Doszło do tego, że tego dnia- w piątek- w czasie prezentowania Faktów o godzinie siódmej, pobudzony od świtu kolejnymi filiżankami espresso ex machina, zacząłem lewitować słowami w nieomal nieeuklidesowych przestrzeniach radiowego eteru, zdublowawszy swój własny głos sprzed kilku minut. "Co jest?! Co to za haluny?" - ocknąłem się przerażony, siedząc przed mikrofonem. A to wszystko było wytłumaczalne- całkiem racjonalnie ... i może wszystko tak się da wyjaśnić, tylko trzeba mieć wystarczającą, fachową wiedzę o każdym, niby to zagadkowym, zdarzeniu? Mój głos, czytający tekst przed momentem- wyobcowany ze mnie wokal, który pojawił się tak niespodziewanie, z opóźnieniem, zagłuszając relację T. S., nie był halucynacją niedospanego prezentera. Po prostu P.G. -jeden z naszych krajowych reporterów- postanowił odsłuchać sobie natychmiast poza anteną swój występ sprzed chwili i uruchomił komputerowy program-archiwum zwany przez nas pieszczotliwie "Stirlitzem"; a że dźwięk z jego lokalnego studia nie został "zdjęty" z radiowego stołu, bo inny T.S. -producent w reżyserce na Kopcu Kościuszki- nie wyłączył go przez nieuwagę, więc nagle to, co już archiwalne (mimo, że od niedawna) nałożyło się na to, co aktualnie przedstawiałem na żywo słuchaczom RMF FM. Tak to w Faktach moje foniczne JA z przeszłości wystąpiło jednocześnie z JA teraźniejszym - prezentującym nowe informacje. Tym sposobem, zupełnie przypadkowo ... owo ... owo ... dziwne brzmienie wytworzyło się w czasie programu informacyjnego, jakby to była jakaś awangardowa kompozycja, w której wykorzystano efekt kamery pogłosowej. Byłem pod dużym wrażeniem tego niezwykłego fenomenu radiowej interferencji, wynikłego z nałożenia dwóch dźwiękowych postaci mnie samego. Z tej to właśnie przyczyny doszło do momentalnego współistnienia w eterze najczęściej wykluczających się zjawisk: synchronii i diachronii.

IX.Zasada strukturalnej kalkomanii mogłaby być tutaj dodatkowym tematem dopełniającym, bo to nakładanie się różnych płaszczyzn czasowych miało mi potem towarzyszyć przez cały okres pobytu w Chlewiskach. Muszę przyznać, że nasze Szefostwo zawsze w intrygujący sposób dobiera miejsca integracyjnych spotkań dziennikarskich; w zeszłym roku był to ekskluzywny hotel w Zakopanem stylizowany na pensjonat z okresu dwudziestolecia międzywojennego; tym razem tłem naszych z lekka futurystycznych rozmów o rozwoju technologii medialnych w XXI wieku był obiekt sięgający pamięcią (zapisaną w materii- tej ożywionej i nieożywionej) czasów baroku i odrodzenia a nawet po części mroków średniowiecza. Sam ten odrestaurowany pałac wznoszący się nad szemrzącym morzem zieleni, górujący ponad musującą pianą liści w koronach prawdziwych potęg drzewnych -zabytków przyrody prawem chronionych, panujący nad tą szepczącą przy gruncie gęstą masą roślin ogrodowych, wystarczyłby mi za całą konferencję i wielogodzinny radiowy panel dyskusyjny; ale nie mogłem o tym głośno mówić, nie przyjechałem tu przecież dla kontemplacji rajskiego ogrodu a po to, by uważnie słuchać o korporacyjnych strategiach mojego radia, brać żywy udział w dyskusjach na temat dotychczasowych sukcesów, oraz uczestniczyć w debatach o tym, jak korygować popełnione przez nas błędy. Zresztą wcale nie uciekałem przed tą nową profesjonalną wiedzą, przeciwnie - łaknąłem jej jak ... mania snu, mimo, że to nie były usypiające seanse hipnotyczne a bardzo konkretne i rzeczowe glossy do fachowo przygotowanych wystąpień moich koleżanek i kolegów. Jako profesjonaliści, nie pierwszy przecież raz przygotowujący podobne prezentacje, wiedzieli, że oprócz funkcji poznawczej bardzo istotna jest w nich warstwa ludyczna- swoista gra na emocjach słuchaczy, cienki dowcip i wrodzony wdzięk; tak więc w ich przemówieniach, okraszonych prostymi wizualizacjami na ekranie, co i raz pojawiały się zabawne zwroty do publiczności oraz humorystyczne dygresje. Na przykład B.B., pełniąca na co dzień funkcję redaktora dnia, przygotowała dla nas wszystkich dwa dziennikarskie dekalogi, z których każdy składał się z ... dziewięciu przykazań. Śmiałem się w duchu z przyjętej przez nią roli obrazoburczego żeńskiego Mojżesza- feministycznego herezjarchy z podwójnym zestawem niesymetrycznych dwoistych tablic. Bo to przecież nie była żadna tam blasfemia B.B. a tylko taki jej niewinny, "biblijny" żarcik.

VIII.Cokolwiek to wszystko niekonsekwentne: niby jesteśmy tacy hop, do przodu! i za nic mamy tradycyjne ramy- wierzenia, treści, poglądy, wartości- a raz za razem z nas wychodzi umiłowanie stabilnego ładu, przeszłych porządków, klasycznego stylu, pociąg do piękna trącącego myszką a także dawnych, dobrych zasad. Ten anty-postępowy popęd, siła aktywna, choć (najczęściej) objawiająca się w odruchach, bo wciąż spychane w podświadomość pragnienie zamieszkania w świecie musi dziś walczyć z zaborczą potęgą, tłumiącą każdą, najdrobniejszą próbę zakorzenienia się w ojczyźnie. Dobre pytanie: czym jest ta ojczyzna? Lecz chyba jeszcze lepsze: czyja? Pierwsza odpowiedź padła w wystąpieniu jednego z prezenterów Faktów, tak jakby trochę przy okazji, rzucona niby mimochodem, bo nasz kolega M. K. (zdystansowany zazwyczaj liberał, co to załatwia jednym ciętym sztychem, cierpką ripostą, ironicznym żartem - gorące spory, słowne bitwy, w których ja wytaczam zwykle ciężką artylerię, z kolubrynami kalamburów) ma jeden - językowy - konik, pasję pielenia i pielęgnowania dzikich ogrodów medialnej polszczyzny. Także w Chlewiskach M.K. nas nie zawiódł, wygłosił nowy błyskotliwy wykład, wytknął największe antenowe błędy, frazy-kurioza, lapsusy i wpadki, ukazał nam mielizny stylu prokuratorsko-policyjnej lub urzędniczej nowomowy, wyśmiał powszechną manierę czytania inicjałów czyli pierwszych liter imienia i nazwiska ("z dwuznaków literowych -rz, sz, cz- oznaczających jedną głoskę pozostawiamy w inicjałach tylko pierwszą literę a nie dwie"), aby na koniec zabłysnąć przykładem ... swego własnego wstydliwego zdania, anakolutu, który "palnął" w Faktach, w ferworze walki o newsa - dążenia, aby wciąż wyprzedzać o kilka długości tę naszą "wrażą" konkurencję. Bardzo mnie ujął mój kolega tą autoironiczną pointą; nie tylko mnie, bo kiedy skończył, w sali rozległy się gromkie oklaski. Ja jednak trochę żałowałem, że ten z pewnością autentyczny aplauz zagłuszył pewną uwagę M.K., wyznanie drobne acz brzemienne treścią, bo jak rozumieć tę maksymę, wypowiedzianą na głos przez M.K., że w obsesyjnej dbałości o poprawność dziennikarskiego języka polskiego objawia się najszczerzej jego patriotyzm? Nie byłaby to może nadzwyczajna sprawa, gdyby nie dodał on jeszcze jednego zdania, opinii dalekiej od niepisanego kanonu "politycznej poprawności". Stwierdził mianowicie (oczywisty) fakt, że my wszyscy- zebrani w tej sali w Chlewiskach- pracujemy już tylko w polskojęzycznym medium. Słuszna uwaga - pomyślałem- jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie to jedno kryterium: właścicielskie. A mimo to zdziwiło mnie, że to tak rzeczowe postawienie sprawy nie wywołało żadnego odzewu. Nie chciałem wierzyć, że zero reakcji było wynikiem tej oczywistości, bo przecież taka konstatacja, łamiąca w jakimś sensie tabu, musiała zrodzić w wielu głowach- jeśli nie całą listę nieprzewidzianych wcześniej myśli, to choć to jedno narzucające się pytanie: czym jest tak traktowana polszczyzna- ojczyzna, patriotyczny obowiązek skurczony do minimum, niezbędnego do (prze)życia?
(fot B.Z.)


VII.Intrygujące, bo przecież w Chlewiskach zebrała się grupa młodych ludzi, która nawet jeśli nie aspirowała otwarcie do grona salonowej, polskiej elity, to z pewnością stanowiła grupę wyjątkowych osób. Każda z nich, oprócz czysto zawodowej aktywności, wykazywała się dodatkowymi talentami i przejawiała przeróżne zainteresowania; byli wśród nas muzycy- wokaliści, di dżeje i instrumentaliści- nagrywający profesjonalne płyty; byli poligloci władający biegle kilkoma językami (nawet tak dla mnie trudnymi jak szwedzki); byli znawcy kina współczesnego, sypiący jak z rękawa nazwiskami twórców i tytułami filmów; byli historycy o wiedzy pozwalającej na prowadzenie dyskusji na akademickim poziomie. Mógłbym długo wymieniać, bo często przypadkowe zdarzenia uzmysławiały mi, że moja znajoma czy kumpel z pracy, okazywali się ni stąd ni zowąd prawdziwymi znawcami w jakiejś zaskakującej dziedzinie, o którą bym ich nigdy wcześniej nie podejrzewał. (Na dobrą sprawę dopiero po katastrofie w Smoleńsku dowiedziałem się o lotniczych pasjach i o ogromnej fachowej wiedzy lotniczej M.F., którego znałem już od wielu lat.) Powtarzam: mógłbym tak długo piać peany na cześć naszego towarzystwa zebranego w Chlewiskach, ale przecież w tym, co tu piszę nie chodzi o jakieś nieznośne samochwalstwo korporacyjne, próżną radiową autoreklamę, rytualną chwalbę z nadzieją na poklask, wazeliniarską litanię, odę do cudzych zalet. Ta pobieżna charakterystyka jest po prostu dodatkową pożywką dla mego zaskoczenia. Dlaczego publicznie przemilczano tak rewolucyjną tezę, dla mnie osobiście mającą znaczenie przełomowe? Wkrótce miało się okazać, że to - jak początkowo podejrzewałem- nieco dziecinne moje zadziwienie nie było li tylko subiektywną, przesadną reakcją. Drobna, niepoprawna politycznie uwaga M.K., na marginesie jego wykładu na temat przestrzegania norm poprawnościowych w języku dziennikarzy, musiała wywołać jednak jakieś echo. Byłoby przecież jakimś kompletnym kuriozum, gdyby było inaczej, skoro drobniejsze szczegóły i sprawki wywoływały w tym gronie żywe reakcje i ożywione dyskusje. Moje koleżanki i moi koledzy nie szczędzili na przykład krytycznych uwag pod adresem estetyki wystroju pałacowych wnętrz, snując ironiczne refleksje na temat fatalnych gustów polskich nowobogackich, tej kasty nuworyszy, szemranych krezusów kuszonych blichtrem i pompatycznością; tak więc moi przyjaciele, tak okrutni w ocenach innych, sami dawaliby o sobie nie najlepsze świadectwo, gdyby bez szemrania przyjmowali kontrowersyjne maksymy życiowo-zawodowe. Dowodem na to, że formuła patriotyzmu sprowadzona przez M.K. do dbałości o tuwimowską "ojczyznę-polszczyznę" w "polskojęzycznym" radiu, mogła z lekka zszokować innych uczestników panelu, była moja rozmowa z M.Z., prezenterem Faktów i przenikliwym blogerem analitykiem.

VI.Wielce kontrowersyjny temat przemilczany podczas oficjalnego zebrania (w eklektycznej pałacowej sali konferencyjnej, urządzonej w jakimś dziwacznym, nawet jak na moje, raczej wyrozumiałe poczucie estetyki, neo-barokowo- postmodernistycznym stylu, charakteryzującym się strachem przed pustymi powierzchniami, horror vacui nakazującym zapełniać puste miejsca obrazami i bibelotami, z królem wszystkich rekwizytów tego absurdalnego theatrum - potężnym i ozdobnym drewnianym tronem pomalowanym srebrzanką, na którym dla żartu usiadł w pewnej chwili prezes T.S.) powrócił potem w mojej pogawędce z Michałem (w jego pałacowym pokoiku hotelowym, który dzielił z reporterem K.Z., niewielkim lokum z kolorowym kilimem na ścianie, przedstawiającym powiększoną scenkę ze słynnych średniowiecznych miniatur - "Bardzo bogatych godzinek księcia de Berry"; tak się jakoś złożyło, że wyolbrzymiona iluminacja przedstawiała KWIECIEŃ, ale nie ten najokrutniejszy miesiąc dla Polaków Anno Domini 2010 a idylliczny zachodnioeuropejski miesiąc sprzed wieków, któremu patronowała piękna Primavera, kwiecień dokładnie sprzed sześciuset lat; miniatura ukazywała rajski ogród natury w wiosennym rozkwicie- cudowną scenerię zaręczyn księcia Charlesa d'Orléans i wnuczki Jana de Berry; nie będę ukrywał, że odkąd pamiętam, tęskno mi było do takiej porządnej Europy z mitów i legend, jakkolwiek nie byłby zakłamany obraz jej wysokiej kultury, i bez względu na to, czy to tylko "królestwo pazłotka", pod którym od początku buzowała zwykła podłość, kryła się zdrada i pospolite zaprzaństwo; kilim na ścianie przedstawiał scenkę z roku 1410; mniej więcej w tym czasie w Polsce zbliżała się wielka rozprawa z agresywnym Zakonem Krzyżackim na polach Grunwaldu; a cztery lata później Paweł Włodkowic pojedynkował się na słowa na Soborze w Konstancji występując przeciwko przeklętej krzyżackiej gnozie w imię autentycznej nauki Chrystusa, broniąc człowieczeństwa w każdym człowieku, także gnębionym poganinie; więc kto, na Boga, był wówczas w Europie bardziej cywilizowany, polscy intelektualiści czy ta tłuszcza z piekła rodem w zachodnioeuropejskich zakonnych płaszczach?). Czy więc teraz, zamiast jako takiego, siłą rzeczy wybiórczego, że tak to trochę górnolotnie określę, poczucia ciągłości naszych państwowych, politycznych, kulturalnych oraz etycznych tradycji, mamy się jak ślimaki pochować do swoich bezpiecznych, zwiniętych w spiralę, językowych domków? Podzieliłem się moim sprzeciwem z potakującym mi M.Z. , który również najwyraźniej nie mógł się pogodzić z taką lingwistyczną redukcją polskości, skurczeniem jej aż do granic absurdu, zwłaszcza w kontekście tak ostrej, ościennej presji. Siedzieliśmy sobie z M.Z. przy małym stoliczku, dyskutując i popijając z filiżanek gorącą, angielską herbatę (jakże by inaczej-z byłym dziennikarzem BBC, choć w tej brytyjskiej flegmie, niemal epikureizmie M., wyczuwałem podskórne napięcie, jak to u potomka Polaka ocalonego z wojennej rzezi, zorganizowanej przez ukraińskich rezunów na Kresach). Obaj zgodziliśmy się, że głośna, publiczna uwaga M. K. o RMF FM jako o radiu "polskojęzycznym" była czymś absolutnie wyjątkowym, zwłaszcza przed takim audytorium; pytanie tylko, czy był to wyraz postawy buntowniczej, ubranej w ironiczny kostium, czy też ten swoisty radiowy "coming out" paradoksalnie zawierał w sobie właśnie rys konformizmu- jako zarys neopozytywistycznego medialnego programu minimum. Mówiąc z pewną przesadą: zero nadziei, tradycyjni patrioci, wasz sposób myślenia błyskawicznie odchodzi w przeszłość; niedługo staniecie się kompletnie anachroniczni; cytując postpolitycznego polityka-klasyka: "wyginiecie jak dinozaury!". Nie ukrywałem w rozmowie z M.Z., że taka postawa wywołuje we mnie odruch buntu, czasem na tyle silny, by objawić się radykalizmem językowym- w drugą stronę. W obronie bardziej substancjalnego ujęcia patriotyzmu byłbym nawet w stanie intencjonalnie kaleczyć polszczyznę. Byleby tylko nie zabliźniła się rana dużo większej podłości, niż jakieś płytsze czy głębsze skaleczenia na skórze języka polskiego. Wielokrotnie w Chlewiskach urządzałem sobie takie stylistyczne transgresje - językowe ucieczki w grząskie rejony wulgaryzmów i skatologii oraz słowne wycieczki pod adresem elity 'realistów'.

V.Oto do jednego z takich prywatnych gwałtów na naszej spolszczynukowiczałej macierzy zainspirował mnie R.O., a raczej z lekka obrazoburczy napis na jego tiszercie, dwa obce wyrazy wypisane cyrylicą na piersi: "Полный Пиздец". Ten gruby żart był cienką aluzją do utworu legendarnej rosyjskiej grupy "Ленинград". R.O. - reporter śledczy w RMF FM- a poza radiem temperamentny śpiewak o operowej skali głosu i frytujący saksofonista zespołu "Poparzeni Kawą Trzy", zawadiaka o rogatej duszy "ruskiego chuligana", wsławił się ostatnio "frikowskim" wykonaniem hejnału z wieży krakowskiego Kościoła Mariackiego. W Chlewiskach był dla mnie jednak przede wszystkim nosicielem koszulki z rosyjskim wulgaryzmem; dostrzegłem w tym napisie inną, jakby palimpsestową, trzynastozgłoskową wersję -"Польский Пиздец". Już kombinowałem w głowie ogólnopolską stygmatyzującą nagrodę dla naszych, najbardziej wyróżniających się politycznych, duchowych i medialnych guru. Widziałem przed oczyma duszy poczet takich wybitnych Polaków w koszulkach liderów, ubierałem w marzeniach w szydercze tiszerty taki mój subiektywny "dream team", pragnąc uhonorować wyróżniających się reprezentantów naszej kochanej elity. Pomyślałem o sławnych dziś w Polsce facetach, którzy do tej pory paradowali w garniturach, mundurach i sutannach. Pomyślałem o wyróżnieniu K.B. i T.D., A.T. i S.R., P.J. i dwóch N.S., o C.M. i D.M. (tych dwóch ujrzałem w "arbuzowym" koszulkowym stylu: z wierzchu zieleń i czerwona lewa strona). Z wielką chęcią obdarowałbym P.T. (tego P.T. zobaczyłem w swojej wizji ubranego w specjalny czarny tiszert- jak koszula nocna- przedłużony aż do kostek; podobny- tyle, że purpurowy- mógłby nosić jego przełożony K.J.). Nie zapomniałem też o M.A. (jakże mógłbym zapomnieć o M.A. - naszym demiurgu, polskim carze krytyki politycznej!) - jemu należał się tiszert z wielką cyrylicą, taki XXL a przynajmniej большой. Zaraz przypomniałem sobie o W.A. - innym przyjacielu kremlowskich Moskali, prawdziwym wizjonerze, wprawdzie już po wielokroć nagradzanym, ale jemu przecież также należał się podkoszulek, może nawet z filmowym hologramem. Poczet zawierałby również inne wybitne postacie, takie jak L.T. -pozujący na wypindrzonego krajowego carewicza opinii, a także W.T. - celebrujący swoją cudownie bogatą polszczyznę, smakujący swe idiomy i idiotyzmy jak ciasteczka z krowim lukrem - tego też ujrzałem w pięknie skrojonym tiszercie, niemal z matematyczną, krawiecką precyzją, jako że jest to na prawdę wyjątkowy П............ . Pomyślałem, może troszkę naiwnie, że nie byłaby to chyba jakaś karalna inicjatywa, zwłaszcza po ostatnim werdykcie sądowym we Wrocławiu w sprawie pewnej pijanej dwudziestolatki z Oleśnicy, która chciała spalić flagę narodową, a że jej się to nie udało wypisała na niej "Ch.. w d... Kaczorowi. Wierni Polacy". Wrocławska sędzia Lidia Hojeńska (muszę sobie zapamiętać nazwisko tej pani, bo też chciałbym jej wręczyć tiszert, tyle, że z żeńskim odpowiednikiem hasła inspirowanego tytułem przeboju grupy Ленинград) orzekła, iż nie można znieważyć prezydenta, który już nie żyje. Zgodnie z moją - inspirowaną tym wyrokiem- logiką, uznałem w duchu, nie można już właściwie znieważyć nikogo, skoro sam paragraf o znieważaniu jest właściwie przepisem martwym. No, chyba , że umarł dla prawa punkt mówiący o lżeniu jednego, jedynego prezydenta- Lecha Kaczyńskiego, a co do innych nadal obowiązuje. Po rozważeniu takiej możliwości, postanowiłem, że wycofuję się z planów zorganizowania elitarnego koszulkowego festiwalu. Nikomu nie zdradziłem swoich planów.

IV.Głupio się przyznać, że zamiast popuszczać wodze językowych fantazji i lansować autorskie kreacje dla kreatur, skupiłem się na własnej, zwykłej garderobie, która - pomimo swojej skromności - także zawierała dodatkowe kody. Tak się złożyło, że tuż przed planowaną podróżą do Chlewisk, odnalazłem w krakowskiej galerii handlowej odpowiedni strój dla siebie, przy pomocy którego mógłbym zakomunikować zebranym radiowcom swoje własne życiowe motto, co wydało mi się nagle dziwnie ważną sprawą. Oprócz samego stylu luzacko-młodzieżowego, skontrastowanego z moim wiekiem oraz obecnymi konserwatywnymi zapatrywaniami polityczno- obyczajowymi (głowa zakuta ... w czapkę bejsbolówkę), ważny był też werbalny przekaz: kupiłem sobie specjalnie na wyjazd ciemnoniebieski podkoszulek ze stylizowanym napisem GLOBE, utworzonym na sposób neoimpresjonistyczny z drobnych kropek- plamek. Była to jak dla mnie czytelna aluzja - pomimo drobnego pointylistycznego kamuflażu - do mojego internetowego Hauptwerku. Postanowiłem nazwać go GLOB, po pierwsze, aby zdystansować się od formuły tradycyjnego bloga (ale z drugiej strony wciąż pasożytować na tym popularnym sieciowym gatunku-GLOB jest anagramem słowa BLOG), a po drugie, aby udowodnić, że to co osobiste, związane - dajmy na to - z najbliższą rodziną czy choćby dzielnicą, może mieć charakter bardziej ogólny, można to ujrzeć w perspektywie kraju a nawet w skali planety, bo nie trzeba być koniecznie internacjonałem, kalającym własne gniazdo, aby czuć się pełnoprawnym obywatelem świata.

III.Rozkoszne mazowieckie Chlewiska, znaczące miejsce, tak trafnie wybrane na nasz punkt zborny, ukazywały ten paradoks bardzo dobitnie i wyraziście. Od razu po przyjeździe - w piątek- uświadomiłem sobie szczególny charakter tego punktu na mapie Polski. Nie chodzi mi bynajmniej o ekskluzywność luksusowego ośrodka wypoczynkowego, przeznaczonego dla dużych firm oraz bogatych nuworyszy a o wielowarstwowość (żeby nie przywoływać -trochę nadużywanego przeze mnie słowa -palimpsestowość) tutejszego krajobrazu. Jak na starym pergaminie nakładały się tu na siebie różne "teksty" historyczne ( bogate kroniki ludzi i zmienne koleje losu lokalnej architektury a także wielowątkowe dzieje przyrody, tak rodzimej jak sprowadzanej z egzotycznych zakątków globu). Przestudiowałem je najdokładniej jak się tylko dało , na tyle wnikliwie, na ile mi pozwolił tak krótki czas pobytu; aby wydłużyć sobie nieco chwile prywatnych "inwestygacji", w sobotę rano zerwałem się wcześniej, starając się nie zbudzić mojego towarzysza z pałacowego pokoju, prezentera Faktów- T.S., co nie do końca mi się niestety udało z powodu skrzypiących niemiłosiernie drzwi szafy na ubrania. Zanim wyszedłem do ogrodu i wszedłem miękko w świat ciszy o świcie, w hotelowym hallu natknąłem się na zakopiańskiego reportera M.P. , który pracowicie montował nagrania i przygotowywał liczne relacje, które miały zapełnić ciszę na naszej antenie, krępujące milczenie, które by zapadło z powodu dziennikarskiego exodusu do Chlewisk. Ja nie miałem na szczęście żadnych takich zawodowych zobowiązań, więc bez żadnych wyrzutów sumienia mogłem się udać na beztroską prywatną wycieczkę. Mimo to sam nadałem jej charakter mieszany: rekreacyjno-edukacyjny, bo ogromna ogrodowa przestrzeń (pełna starych i bardzo starych drzew, pięknie utrzymanych krzewów, wypielęgnowanych klombów, kamiennych piwniczek ukrytych w ziemnych garbach pokrytych przystrzyżoną murawą, sadzawek błyskających odbitym światłem i pustych basenów, w których o tej porze kotłowały się tylko odwrócone obrazy) była gęsto oznakowana drogowskazami, tablicami i planszami poglądowymi, na których dość szczegółowo opisano dzieje zamku a później pałacu wpisanego w "dendrologiczną" genealogię magnackich rodów. Tak w mojej wyobraźni splatały się gałęzie rodzinne - drzew i ludzi; historia Polski w drzewo lipowe przemienieła się. To najstarsze Drzewiszcze w Chlewiskach broniło się przed badaniem dokładnego swego wieku; nie dało się fachowym wiertłom, które pozwoliłyby precyzyjnie określić jego początek; kryło w próchnie mroczne światło drzewnej samowiedzy. Podziwiałem więc konsonans różnych rytmów życia; jedna z tablic snuła symboliczne, symbiotyczne przekazy na temat długoletnich, bliskich związków rodziny zaskrońców z ostatnimi stopniami pałacowych schodów; szaleństwo przykładów przyjaźni przyrody i pomników naszej przeszłości. Szczelina witająca wędrowca u podnóża kamiennej kaskady, okazała się mikrojaskinią, w której dawno temu zagnieździły się przyjazne gady: stróżujące węże, dobre duchy tego domostwa, w demonicznej skórze. Nie wszystko tu pachniało aż taką harmonią, tak jednobrzmiącą , że brzmiącą nieszczerze. Drażniły mnie na przykład liczne newage'owskie naleciałości, jeszcze bardziej kiczowate niż te nachalne nawiązania do symboliki domowego ogniska: orientalne nowinki feng-shui, czy druidyczne kręgi magicznych kamieni, Stonehenge w miniaturze, celtycka aura kultu drzewnych bóstw. To całe ple-ple w plenerze rymowało się z głupotkami hotelowego rekwizytorium: chińskimi dźwięczącymi kulkami qigong, indiańskimi łapaczami snów czy jonizującymi solnymi lampami. Wdychałem to, co wydzielały, ale generalnie ... miałem to w nosie. Nudziły mnie już te zgrane chwyty naszej postmodernistycznej epoki, której zresztą byłem nieodrodnym dzieckiem, śmieszyło to całe popkulturalne pêle-mêle pospiesznego łączenia wszystkiego ze wszystkim, metafizyczne rumowisko, pseudo-duchowa zbieranina bez ładu i składu, quasi-religijny miszmasz. Oczywiście nie wierzyłem w powrót do jakiegoś mitycznego ogrodu polskości, bo on nigdy nie istniał, zawsze był przecież kakofonią przeróżnych wpływów, także tych orientalnych, współtworzących tak oryginalną ale i eklektyczną kulturę sarmacką. Wprawdzie cieszyłem się, gdy- zamiast wchodzić w duchową więź z idolem drzewa - mogłem po prostu się pomodlić do poświęconego drzewnego świątka, Chrystusa Frasobliwego, ale z drugiej strony - paradoksalnie- doceniałem w ogrodzie w Chlewiskach coś, co spośród wszystkich roślin wyróżniało się na niekorzyść.

II.Analizując nienachalną ogrodową geometrię, odkryłem nagle inny krąg niż ten kamienny- tak tam mocno lansowany. Przystanąłem przed miejscem prawdziwie niepokojącym, otwarcie nieprzyjaznym. Oto miałem przed sobą bardzo szczególną choinę, dumnie prężył ciemnozielone gałęzie rozłożysty cis pospolity, niepospolity pomnik przyrody, niebezpieczna i piękna, trująca roślina, zawierająca w sobie toksynę a także wydzielająca z siebie silny jad, tak intensywny, że wokół niej wytworzył się ciemny, kolisty obszar praktycznie pozbawiony roślinności, prawie jak wypalone piętno, znak piekielnych płomieni. Dostrzegłem tylko jakieś maleńkie liście oraz drobne źdźbła, najwyraźniej odporne na śmiercionośne soki cisa. Długo patrzyłem na ten mroczny krąg, niby magiczne koło satanisty, aż się złapałem na snuciu złych fabuł, wbrew mym intencjom rodzących się w głowie, autonomicznym literackim centrum, gdzie sam pulsował powieściowy nerw, drgająca struna, która generuje jeden jedyny transowy dźwięk- CIS- nudną nutę z krzyżykiem, odwróconym dla przewrotnego żartu. Szybko od siebie odpędziłem kuszącą mnie opowieść grozy "Zbrodnia w starym pałacu w Chlewiskach", kryminalny nieco kiczowaty romans inspirowany pastiszowo potraktowaną intrygą rodem z kisiążek Agaty Christie; ten śmiało i z drastycznymi szczegółami opisany wątek masowego mordu przy pomocy trującego alkaloidu - taksyny, miał być tylko fabularnym pretekstem, pospolitą popową otoczką dla właściwej sensacyjnej warstwy, hermetycznego traktatu na temat technik zatruwania duszy, zabijania pierwiastka nieśmiertelności w człowieku. Ta steganografia byłaby dodatkowym kodem dla uważnych czytelników - kryjącym się w miniaturowych znakach na planie literackiego ogrodu, w intrygującej interpunkcji, orto-topograficznych punktach-pąkach, rozkwitających wielobarwnymi i toksycznymi myślami. Jak zahipnotyzowany krążyłem o poranku ginącymi w gnijącej gęstwie ścieżkami dookoła wciąż śpiących pałacowych zabudowań i powoli wracałem do przyziemnych, dziennikarskich refleksji na temat codziennej szkodliwej polit-propagandy, sączącej się ze srebnych ekranów i ołowiowych łamów. Wystarczy weekend odstawienia, aby niedostrzegalny na co dzień wpływ takich właśnie toksyn wywoływał u mnie reakcje charakterystyczne dla narkotycznego głodu.

I.Tak chętnie przyjechałbym tu raz jeszcze! Na taki symboliczny detoks; lecz nie dlatego, że zasmakowałem w tutejszym blichtrze i luksusach. Chlewiska kryją w sobie niewątpliwą moc- uzdrawiającą; nie ma to jednak nic wspólnego z tym komercyjnym kompleksem regeneracyjnym, którym kuszeni są nuworysze; nie chodzi tu bynajmniej o jakąś tam witalną wioskę. Właściwie nie wiem, gdzie się kryje zagadka takich miejsc jak to. Być może to polszczyzny moc, i może rację ma M.K. , że się w języku głównie kryje: siła oporu, źródło sił. W przeczystej naszej polskiej mowie jonizujące drzemią energie odnowy. Magnetyzm, który promieniuje już z samej nazwy miejscowości: Chlewiska -nomen omen- to miejsce, gdzie szybko z siebie zrzucisz wszelakie świństwa, ścieki myśli, które spływają zwykle w podświadomość kanalizacją skrywaną na co dzień, psychologiczną armaturą. Taką lokalną mitologię, tworzoną przeze mnie tu ot tak, można co prawda łatwo i od razu zdekonstruować czy też odczarować, a jednak nie da się zaprzeczyć, że wracałem stamtąd odmieniony, pełen zapału, w pełni twórczych sił. Sceptyk odpowie, że przesadzam, szukając sztucznych komplikacji, zamiast odnaleźć najprostszą odpowiedź w zwykłym, zbawiennym dla zdrowia zmęczeniu, wysiłku ciała, najlepszym remedium na każdą duszną dolegliwość. Nie da się ukryć, odpuściłem sobie, dałem dyspensę od dyscypliny; (*) a w noc przed odjazdem piłem sporo wina, na kilka godzin zawiesiwszy swą wieloletnią abstynencję; dałem się porwać w wir na parkiecie, skacząc i kręcąc piruety do eklektycznej zamawianej muzy, koncertu życzeń z komórkowców, co chwilę innych, podłączanych do sprzętu nagłośnieniowego. Więc przetańczyłem kilka godzin, wpuszczając w siebie różne nurty, strumienie dźwięków - szybkie, ostre, powolne, ciepłe, migotliwe- niosące z sobą tłumione emocje, które na powrót wypływały ze mnie; ze mnie przeze mnie już zapomnianego. Tańczący Polak - sclavus saltans- Słowianin albo i niewolnik ... panującego nad nim Słowa: ciałołodyga z liśćmi- dłońmi, roślinonośnik nowej głowy, kwitnącej dźwięko-obrazami, synestezyjną, ekstatyczną, antropo-fito-topologią. Moją poprzednią, polską pozę pozostawiłem z dawną prozą, z pogardą, w garden-garderobie.

=============

(*) - Odśwież stronę klawiszem F5 (uruchom hazard polszczyzny).
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (609) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest sześć razy trzy? wpisz liczbę

Wyślij »
Kalendarz