Bogdan Zalewski
24 listopada 2009, 18:30

)między fortem eteru a bunkrami sztuk(

0+

Ech, tyle mam tu tego różnego, że nie wiem od czego tam w Bunkrze miałbym zacząć?- zastanawiałem się dokładnie przed tygodniem. Jednego w zeszły wtorek byłem tylko pewien, że skoncentruję się na prezentacji krótkiego filmu „777 wyrazów tego samego”, który powstał w wyniku całej serii znaczących zbiegów okoliczności. Ten zbiór drobnych koincydencji, które doprowadziły do spotkania się intencji z możliwością realizacji pomysłu, można porównać do słynnej formuły poetyckiej Lautréamonta: Piękne - jak przypadkowe spotkanie na stole sekcyjnym maszyny do szycia i parasola. W mojej historii stołem sekcyjnym był dziedziniec pod Kopcem Kościuszki, maszyną do szycia- samochód producenta radiowego Pawła Penarskiego a parasol jak zwykle niosłem w plecaku. Do mojego spotkania i istotnej rozmowy z Pawłem pewnie by nie doszło, gdyby nie wcześniejszy incydent na drodze, który zmusił go wczesnym rankiem po nocnym dyżurze do naprawy koła w aucie na radiowym parkingu w momencie, gdy ja kończyłem poranną marszrutę do pracy przed naszymi słynnymi fortami eteru. Brzmi to może trochę enigmatycznie i niech już tak pozostanie, bo inaczej przerodzi się w osobną historię na temat różnych moich życiowych osobliwości. A przecież zacząłem tę opowieść od bezradnego westchnienia do Muzy Polifonii, aby oszczędziła mi cierpień wynikających z poczucia nadmiaru. Moim głównym problemem jest nadmierny szacunek do życiowej materii, wszystko, co mnie otacza wydaje mi się ważne, niczego nie lekceważę. Nawet jeśli ta dookolna drobnica przypomina opiłki żelaza chaotyczne rozrzucone na stole w laboratorium fizycznym, to od czasu do czasu te epizodziki układają mi się w znaczące regularności, które porównuję do linii pola magnetycznego. Czy to wpływ tajemnicznego atraktora, skrytego pod stołem elektromagnesu? Nie wiem, ale zadaję sobie często podobne pytanie, w różnych wersjach. Oto jedna z nich: mix audio-wizualny „777 wyrazów tego samego”, według mojego hipertekstu, zmontowany przez Pawła Penarskiego, jednego z najbardziej kreatywnych ludzi, jakich miałem przyjemność w życiu poznać.



1.

Etiuda o precyzyjnie określonym przeze mnie czasie trwania (8 min. 17 sek.) powstała właściwie w jeden wieczór i jedną noc. Paweł stworzył ten klip na podstawie mojego internetowego wpisu, kilku naszych długich rozmów w redakcji, w samochodzie i przez telefon, oraz po jednej sesji z kamerą w studiu wirtualnej telewizji RMF Maxxx. Ten – nazwijmy go – teledysk to obrazowo-dźwiękowy analogon mojego monologu, eksperymentalnej lipcowej notki blogerskiej. Jedno ciągnące się przez długie minuty pytanie, które jest jednocześnie swoją własną odpowiedzią, to rodzaj paradoksalnego chwytu retorycznego. Pytajnik kończący taką wypowiedź powinien być bardziej zakręcony niż w tradycyjnym znaku zapytania. Mógłby przypominać topologiczny obiekt zwany wstęgą Möbiusa albo inną podobną powierzchnię- tak zwaną butelkę Kleina. Wiem, powtarzam się- często przywołuję te dwa matematyczne byty, ale za każdym razem inaczej, zawsze w nowym kontekście. Zastanawiam się nad umieszczeniem kolejnej mojej audiowizualnej prezentacji w takiej właśnie abstrakcyjnej scenografii, "butli" ze złudnym, iluzyjnym „wylotem” zagłębionym z powrotem we wnętrzu matematycznej „flaszy”, podobnej nieco do alchemicznego alembiku, do „pelikana” z „szyjką” zatopioną we własnej szklanej „piersi”, który średniowiecznym i renesansowym badaczom związków pomiędzy mikrokosmosem a makrokosmosem kojarzył się z ptakiem poświęcającym się dla własnego potomstwa. Pelikan według legend dosłownie własną piersią karmił młode zanurzając dziób w swych wnętrznościach. Nie przypadkiem chrześcijanie od wieków uznają pelikana za symbol ofiary Zbawiciela. Salwator przecież też karmi wiernych ciałem swym i krwią. Te asocjacje nie są tak dowolne jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Niejaki Alan Bennett z zawodu wydmuchiwacz szkła wykonał szereg takich paradoksalnych szklanych „flasz”, które określił mianem naczyń Uroborosa nawiązując w czytelny sposób do tradycji alchemicznej, a przecież chodziło mu przede wszystkim o wykonanie zadania technicznego, wykazania się rzemieślniczymi umiejętnościami. Taki ciąg asocjacji może więc nas zaprowadzić w bardzo różne miejsca, za każdym razem na innych poziomach: od tego najwyższego -metafizycznego po czysto techniczny- fizykalny, który jest dla mnie zawsze równie ważny. To dlatego tak bardzo się ucieszyłem, kiedy ujrzałem multimedialny efekt, stworzony przez Pawła w rekordowo krótkim czasie. Filmik przybrał pozory komercyjnej produkcji, jakby przebrał się za teledysk, gatunek tak mocno wyeksploatowany w pop-kulturze, zresztą podobnie jak blog, który był przecież punktem wyjścia dla multimedialnej prezentacji. Można "777..." przeanalizować pod kątem wykorzystania postmodernistycznych technik samplowania i remiksu, bo jest tu i mash-up czyli łączenie różnych gotowych utworów w jeden-nowy, jest i blend to znaczy połączenie rapowego wokalu z muzyką instrumentalną (w tym przypadku to mój głos był odpowiednikiem a capelli hip-hopowego MC), jest i cut-up czyli wycinanka gotowych fragmentów filmów, rycin i obrazów odnalezionych w sieci, można też doszukać się techniki clicks & cuts inaczej glitch czyli charakterystycznych przesterów, brudów, spowolnień głosu i innych audio-manipulacji. Najważniejszy jest jednak dla mnie montaż skojarzeniowy, oparty na kluczach metamatematycznych: to cyfra 7 jest, tak jak chciałem, najważniejszą, bo tytułową bohaterką filmu. Pojawia się dosłownie (w różnych reprezentacjach i konfiguracjach) ale i w sposób ukryty – w seriach, rymach, rytmach i aluzjach- czyli w samej strukturze, przyswajanej przez widza w sposób właściwie bezrefleksyjny, na zmysłowej a nie umysłowej zasadzie, w emocjonalnej pulsacji, w zmiennych falach odbioru, przypływach i odpływach, repulsjach i atrakcjach, w odrzuceniu i w zachwycie.

2.

Elektroniczne impulsy, seria sennych piktogramów, siódemkowe sygnały wysłane w sekundzie przez stadko stojących nad wodą flamingów, nagłe skręty giętkich szyj, cyfrowe tropizmy skryte w rytmie ruchów długich, smukłych ptasich łodyg. To jeden z kluczowych dla mnie momentów w filmie Pawła Penarskiego. Nie umiem jednak wytłumaczyć: dlaczego? Scen, które uderzyły mnie trafnością doboru obrazu do wypowiadanych przeze mnie słów, jest więcej. Jednak, w jaki sposób miałem o tym opowiedzieć publiczności w „Bunkrze”, tak by nie zabrzmiało to jak atak okropnej bufonady? Najlepiej byłoby po prostu zaprezentować ten klip, bez żadnych zbędnych wstępów ani podsumowań tej audiowizualnej oniriady. Nie mogłem jednak uciec przed częścią dyskursywną, "teledysk" miał być właściwie dodatkiem, wprawdzie ważnym, ale w gruncie rzeczy drugoplanowym, wyłącznie tłem, tylko ilustracją mych tez. Powinienem, więc, znaleźć jakiś oryginalny klucz retoryczny tak, aby to, co mam do powiedzenia nie przesłoniło tego, o czym powiedzieć nie sposób, a co jest dla mnie najważniejsze.


3.

Energia niestety stopniowo mnie opuszczała we wtorek - zeszły, schodzący, w miarę mojego schodzenia aleją ku pętli, aż wpadłem w panikę, bo wpadłem w mentalną pułapkę- w sieć, którą sam sobie przez długi czas zaplatałem i sam się w końcu w nią zaplątałem. Spieszyłem ku przystankowi na Salwatorze, aby wsiąść w „dwójkę”, tramwaj, który zawiózłby mnie do krakowskiego Bunkra Sztuki. Pędziłem na kulturalne spotkanie, na które zostałem zaproszony w charakterze prelegenta. Temat:PRZESTRZENIE WIRTUALNE. Miałem streścić publiczności swój artykuł w magazynie "Autoportret", zachęcić do lektury tego tekstu i w domyśle całego pisma, oraz zaprezentować na ekranie multimedialne ilustracje omawianego przez siebie aspektu wirtualności, a potem wziąć udział w dyskusji. Phi (φ), to pestka!- pomyślałem początkowo. Bagatelizowałem to wyzwanie bo, wcześniej nagrałem rozmowę z redaktorami „Autoportretu” na temat numeru poświęconego przestrzeniom wirtualnym. Tak więc, schodząc szybko po stopniach schodów scieżką biegnącą przez zagajnik pod Kopcem, krążyłem w wyobraźni pomiędzy przyszłą przestrzenią spotkania w bunkrze a przeszłą studyjną przestrzenią w fortach, w której zarejestrowałem naszą debatę:
Emiliano Ranocchi i Magdalena Petryna o ich fortelu z terminem "wirtualność"

fantomy, fandomy wirtualności

architektura wirtualna, architekstura


4.

Error- taki komunikat zaczął mi pulsować w głowie we wtorek przed tygodniem. Zapętliłem się na niby banalnym zadaniu. Czego się obawiałem, dlaczego stresowałem się przed spotkaniem z publicznością zebraną w bunkrze, skoro byłem do tego panelu dobrze przygotowany? Coś się wyraźnie we mnie zaczynało buntować, wpadłem w myślowy kołowrotek. A przecież powinienem obrać sobie klarowny cel- jakby według formatki, powtarzalnego schematu, prawie jak w osławionej kulturze korporacyjnej, pełnej liczb, tabel i wykresów, służących za narzędzie w cyklu planowań, realizacji, podsumowań i wyciągania konsekwencji. Wszystko to jednak zaczęło mi puchnąć, przekraczać ustalone formy. Gdy przyszła już najwyższa pora, abym uporządkował sobie w głowie fragmentaryczne fabuły, punktowe refleksje, momentalne obrazy, efemeryczne scenki i epizodyczne postacie, zaludniające wirtualne przestrzenie i zagracające internetowe pokoje moich zwierzeń, złudna prostota zaczęła mi się gwałtownie zakrzywiać, raz w lewo, to znów w prawo, do góry albo w dół. Zacząłem się zastanawiać, czy to ja nie nadążam za wymaganiami świata, czy -przeciwnie, to świat pozostaje w tyle- w starych zużytych ramach dyskursywności. Nakierowany na wybrany cel wektor tradycyjnego anachronicznego rozumowania rozdwoił mi się na końcu jak osłabiony włos, albo zagadkowa linia życia na mojej lewej dłoni. Także ten tak wyraźny wcześniej głos wewnętrzny odbijał się głuchym echem w rezonansowym pudle mojej jaźni.


5.

Echa wpadały na echa. A potem nawet, ech! (ech!, ech!) na echa własnych ech.


6.

Epicentrum moich tematycznych kręgów, gdzie jest? Gdzie bije to źródło koncentrycznych fal głosowych rozchodzących się ku nieznanym horyzontom? Gdybym miał wskazać czytelnikom, słuchaczom czy widzom ten jeden we mnie tajemniczy punkt, ośrodek znaczącego milczenia, z którego promieniuje słowna energia, miałbym ogromny kłopot. Żywioł mowy nie rodzi się na pewno w ustach, ale przecież nie bierze też początku w umyśle; poruszenia mózgowe nie zaczynają niczego, o czym nie wiedziałoby wcześniej całe moje organiczne JA. Inny pogląd uznaję za przesąd, bynajmniej nie na podstawie abstrakcyjnych przemyśleń a konkretnych przeżyć i doświadczeń. W zeszły wtorek szedłem szybko drogą biegnącą od ceglanych fortów na Wzgórzu Św. Bronisławy ku niewidocznej z tej perspektywy pętli na wstędze Wisły i pojawił się we mnie wirtualny krajobraz- zwielokrotnionych źródeł rzecznych, źródeł samego obrazu źródeł, licznych oczek wodnych, wykapów na mokradłach, kolistych lub elipsoidalnych hydrozagadek.


7.

Elipsa po grecku znaczy opuszczenie. To znany chwyt w retoryce i popularna metoda stosowana w potocznym języku, polegająca na eliminacji jakiegoś zbędnego elementu w zdaniu lub w wypowiedzi. Treść zostaje mocno skondensowana, staje się skrótowa, dynamiczna; bywa, że zagadkowa, czasem niejasna, bardziej intrygująca. Gdybym teraz, przeciwnie, wytworzył nowe ogniwo znaczeniowe łączące elipsę geometryczną i retoryczną, mógłbym tu wykreować nowy model pośredniej, wirtualnej figury -nazwijmy ją retogeometrycznej, albo geomeretorycznej. Wyobraź sobie, że moja mowa porusza się teraz w matematycznej przestrzeni, kreśląc krzywe o nie-językowej genealogii. Gdy nagle drobny, znaczący gest / ukośna płaszczyzna, precyzyjnie przecina mi stożek życia. Idąc w zeszły wtorek aleją ku Salwatorskiej pętli, obróciłem się i ujrzałem Kopiec Kościuszki jako przestrzenną enigmę, górujący nad miastem znak ponadjednostkowego losu, w który wpisano niewyraźne krzywe moich osobistych przygód.

0.

E-nigma: słowo, które w takiej właśnie postaci pulsuje mi w głowie już od siedmiu lat, od kiedy zaprojektowałem swoją własną maszynę szyfrującą. Jej niewyraźny obraz patronuje temu wspisowi. Jest to rodzaj mottomatu cyfrowo literowego, aparatu do robienia szumu z sekwencji ludzkiego głosu poddanego operacjom metamatematycznym. Jest to obłędny projekt, szalony pod względem formy i tematu, bo jest projekcją szaleństwa, wariactwa precyzyjnego, opartego na obliczeniach i generującego własne racjonalne permutacje. Projekt ORGAN-NAGRO istnieje na razie w formie wirtualnej jako par-TY-tura, sensowny tekst podzielony arbitralnie na symetryczne sekwencje, rozbity na atomy cząstek wyrazowych i interwałów kreskowych. Lustrzany tekst par-TY-tury obracający się wokół środkowej osi jest obrazem wirtualnej wstęgi Möbiusa i może funcjonować samoistnie jako architekstura. Jednak moim marzeniem od siedmiu już lat jest realizacja projektu. Ostatnio intensywnie rozmawiam na ten temat z Pawłem Penarskim i mam nadzieję przekroczyć nareszcie barierę wirtualności w tym przypadku.


-1.

Ekran komputera wykorzystuję jako elektroniczną scenę, na której rozgrywa się moja prywatna psychodrama rozpisana na cyfrowe zbiory i ciągi. Kiedy Magda Petryna –redaktorka „Autoportretu” – poprosiła mnie o przygotowanie prezentacji dla publiczności zebranej w „Bunkrze Sztuki”, od razu zdecydowałem, że nie będę korzystał z żadnego Power Pointa, komputerowego programu kojarzącego mi się wyłącznie z korporacyjnymi spotkaniami we własnym gronie, biciem w puste bębny w zaklętym kręgu turbokapitalistycznego neoszamanizmu. Moje kreacje tak bardzo oddaliły się od wolnorynkowej definicji kreatywności, tak mocno odbiegają od stylu i tematyki firmowych multimedialnych prezentacji, że od razu odrzuciłem narzucającą się opcję dostępną w pakiecie Microsoft Office. Pecet niech będzie Personal Computer w całym sensie słowa. I czniać liberalizm! Nie w geście anarchisty a anachronisty.


-2.

Œconomia jako powrót do źródeł ekonomii, starożytnego ładu metafizycznego, porządku przestrzeni. Poruszony, poruszający jest dla mnie graficzny początek łacińskiego słowa. Elipsa zrośnięta z nagłosową literą „E” nie odgrywa żadnej roli w dzisiejszej wymowie archaicznego wyrazu, jest czystym bytem, geometryczną figurą językową, jakby egzemplifikacją moich rojeń na temat matematycznych wymiarów mowy. Æon to inny łaciński termin, który porusza we mnie ukryte, zagadkowe dla mnie samego, mechanizmy intelektu i imaginacji. To ruch od i do wieczności, kosmiczna kinetyka, domena aniołów i demonów. Moja refleksja nad zapisem litery Æ nie ma nic wspólnego z metodologią współczesnych badań naukowych, tak zwanym stylem obiektywnym. Poruszany przeze mnie temat zapisu początkowej starorzymskiej litery jest aktem mojej samowoli. Narzucam swoją własną siatkę skojarzeń na tak zwaną ligaturę, czyli komputerowy font będący połączeniem dwóch literowych znaków A i E. Pierwsza litera alfabetu traci tu swoją A-utonomię, zmienia w ukośnik, rodzaj podpory dla E. To jak architektoniczny system przyporowy w średniowiecznych katedrach, dzięki któremu można było pokonywać siły grawitacji i wznosić niebosiężne ażurowe konstrukcje jak akty strzeliste zaklęte w martwej materii.

-3.

C.D.N.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (74) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest pięć razy trzy? wpisz liczbę

Wyślij »
2012-02-07 20:20  z ksiąg odwróconego prawa
2012-02-01 22:50  Poetka na Moście
2012-02-01 20:20  historia alternatywna
2012-01-31 19:35  propaganda - porównanie
2012-01-30 13:13  Tusk albo RWPG bis
2012-01-27 20:20  no future
2012-01-26 20:02  zmiana psa na kota z budy?
2012-01-25 20:02  znów lata sowa sowietów
2012-01-24 13:13  totalnie okablowani
Kalendarz