Bogdan Zalewski
18 maja 2011, 18:18

Mysterium fascinosum/mysterium iniquitatis

Motta:

„(…) Wyobraźcie sobie wizytę w sklepie ze starociami. Czarowny, mały kramik zapełniony jest rekwizytami minionego świata. Zaraz nad drzwiami wisi fragment pięknej romantycznej melodii, której rozeschnięte dźwięki z trudnością trzymają się razem, a każdy ma inną barwę. Zaraz za nimi piętrzą się niegdyś majestatyczne, patetyczne akordy, strasznie rozstrojone starością i poniekąd kwilące. Kurz półmrok, wszelakie zapachy. (…)”


Martin Smolka

“Nic nie tworzy się bez nagłości, a nagłość zawsze tworzy swoje przekroczenie w mówieniu. Nic też, co nie stawałoby się przypadkowe, kiedy przychodzi dla człowieka chwila, w której może odnaleźć w jednej racji stronę, którą wybiera i nieład, który oskarża, aby zrozumieć ich powiązania w realności i antycypować przez swoją pewność, działanie mogące je zważyć.”


Jacques Lacan

) i oto znów na Zwierzynieckiej, jak na wytartej, zatłuszczonej, pergaminowej stronie w księdze, topograficznym bestiariuszu, bo to nie pierwszy taki sen w mym życiu, w którym gra znana krakowska ulica, rzecz jasna mrocznie zagęszczona, dopakowana, odkształcona, a jednak nadal nie na tyle, by surrealne deformacje nie pozwalały umiejscowić, gdzie się dokładnie majak mój rozgrywa;

"W SEN" (fot.B.Z.)

tym razem koszmar dopadł mnie z „kumplami” w konkretnym punkcie popularnej trasy- tam, gdzie się kończy skrętem w lewo szpaler od wieków stojących kamienic, aby ukazać zmienną panoramę: meandrów Wisły, a raczej przeczuć szerokiej srebrnej wstęgi w dole i nieb krążących nad wodami; z dwoma dobrymi znajomymi, którzy na jawie znów są mi nieznani, sączyłem oksymoronicznie, więc w szybkim tempie- z filiżanki- negatywową, nonsensowną, wielką i białą małą czarną, gdy w jednej chwili na tle chmury monumentalny rósł nam krzyżyk, świetlisty symbol z E#ktoplazmy, na swych ramionkach, o! ramionach jak Atlas dźwigający znaki;

"HIEROGLIFY" (fot.B.Z.)

na jednej belce był skulony ptak; świecący blado jak filigran na wielkim, przed wiekami wycofanym z obiegu banknocie, z daleka wyglądał niby śpiący kruk; i tak nas wszystkich oszołomił ten widok apokaliptyczny, że bez jednego nawet słowa wstaliśmy zgodnie, unisono, by podejść bliżej, ku bulwarom; tym bardziej, że prócz zjawiskowych, ezoterycznych figur w górze, mogliśmy dojrzeć gigantyczny napis, kredowe credo, werset Pisma kaligraficznie skreślony na niebie belfra-demiurga niewidzialną dłonią, jarzący się jak dawny neon, demon nad pudłem sklepowej witryny; już chciałem głośno czytać to przesłanie, ale niestety sobie przypomniałem, że przy stoliku zostawiłem bardzo istotny teraz czarny notes z bardzo ważnymi nagle wierszykami, a prócz poezji –prozaicznie- portfel wypchany nowymi akcjami;

"SIAD" (fot.B.Z.)

więc powróciłem do stolika, a tam natychmiast mnie dopadli jacyś bandyci, w jednej chwili padłem podcięty na płyty chodnika, z twarzą wciśniętą butem w beton, czując, że zaraz zwyrodnialcy poharatają mi policzki staroświeckimi brzytwami w kościanych oprawach; w głowie pulsował mi potrójny żal, raz: za straconą przez własną głupotę szansą poznania sensu teofanii, dwa: za wersami, których nie odzyskam, mimo powrotu w przebłysku pamięci, a trzy: za wartościowymi papierami, które padły łupem zbirów- sadystów, onirycznych oprawców; w tył zwrot był moją „koszmarną” pomyłką; o ile lepiej byłoby poświęcić własny rękopis niż utracić treść tak niezwykłego niebiańskiego listu; po co wracałem?; gdyby nie jeden zbędny ruch, los nie pozbawiłby mnie totalnie wszystkiego w ciągu zaledwie kilku marnych sekund; czułem jak ostrze przecina mi twarz i kątem oka dostrzegłem, jak coś, coś niby wirus, infekuje motto wiszące hen tam wysoko nad światem upadłym; była to sfora bliskoznacznych słów, zawierających w sobie czynnik „psi”, kynologiczny, nielogiczny bo oniryczny rdzeń semantyczny, coś tak jak „spsiały” czy też „psiur”; cała wataha węszących wyrazów, nagle lęgnących się w mym śnie, rodziła nowe, odzwierzęce, pejoratywne konotacje;

"ZGRYZ" (fot.B.Z.)

a gdy już wraże te wyrazy, warcząc i tocząc pianę z liter, wgryzały się w kolejne części objawionego na niebiosach zdania, pożerały organiczne segmenty sentencji, trawiły elementy enigmatycznego napowietrznego przekazu, zbudziłem się ze snu z wściekłym biciem serca, w ataku irracjonalnego strachu; opowiedziałem w skrócie ten sen mojej żonie, która nie spała, ze mną śpiąc; zacząłem zaraz ją zamęczać mym lunatycznym monologiem, próbując niezdarnie uchwycić ulotne obrazy i płochliwe znaczenia, które wymykały się błyskawicznie z objęć pojęć na jawie, jako że wczoraj czytałem internetowe komentarze na temat nowego papieskiego cudu, tęczujących słonecznych obręczy w Fatimie, ale Dorota w niemej odpowiedzi wskazała dłonią nocnego intruza, który uparcie "zaglądał" nam w okno, mimo że się fizycznie ograniczał do pojedynczej magicznej gałki- niewidzącego oka bez powieki;

"NOVUM" (fot.B.Z.)

czy my jesteśmy wszyscy ślepi, czy my jesteśmy zaślepieni? po co właściwie streszczam sny? i na co liczę, ciągnąc opowieści naśladujące ruszone melodie? i czym właściwie różnią się motywy, które się rodzą w nocy w głowie od kompozycji w biały dzień, recytowanej mi jak jakiś za bardzo osobisty epos, z gracją fałszywej katarynki, z małpą robiącą głupie miny, przez upartego robota-suflera, wyciąganego skądś za uszy szczeniaka-wieszcza, udawacza, który potrafi prorokować tylko o sprawach, które trwają, tu w tym momencie, tak jak teraz – w zdaniu ciągnącym się, bełkocie, pastiszu dźwiękonaśladowczym, obrazie mego majaczenia, rysunku z dymu, słownej waty i mikrotonów murmuranda do mikrofonu w dyktafonie; to alter-ego ciągle mówi, a zwłaszcza wtedy, kiedy ja … pragnę przemilczeć coś o sobie, by móc o samym sobie śpiewać tę całkiem wyciszoną pieśń; nikt nie powstrzymał mnie od tego, żebym swój sen wyśniony w nocy podczas upiornej kiczowatej pełni, opisał potem z detalami w pracy, niby przypadkiem wybranej osobie: Patrycji w przerwie napotkanej na korytarzu-interwale; jakbym udzielił jej dostępu do wydzielonej sfery JA , do swoich nielogicznych obszarów dysku twardego z różnymi psycho-plikami, obszarów pokątnie partycjonowanych; bo drugą trochę wstydliwą partycję zarezerwowałem dla Amfiego; nie mam pojęcia, po co potem w aucie wymieniliśmy się fabułami naszych marzeń sennych; tym bardziej, że tylko pokomplikowało to i tak już poplątane wątki w pajęczynie jawnych, a nie sennych sensów;

"ŁEB" (fot.B.Z.)

ja zakłóciłem mu jego ukrywaną przed innymi hermeneutykę ciągami własnych osobistych symboli, a on w zamian zrobił mi swoją wrzutkę, infekując mi umysł absurdalnym obrazem spadającego z nieba drewnianego gradu, który w jego śnie okazał się deszczem z paciorków różańca; a przecież chciałem mu przeczytać zupełnie inną historię, epizod wspólnych i dosłownych jazd, spisaną przeze mnie opowieść sprzed niemal miesiąca; „niemal”, bo przecież w życiu ciężko o precyzję, a słowo „dokładnie” pojawia się najczęściej jako absurdalna fraza potakiwaczy, prawie dokładna kalka angielskiego słówka „exactly”; na co dzień spotykamy się najczęściej ze swoistym semantycznym sfumato, prawdami pośrednimi pomiędzy „tak” a „nie”, coś jak dźwięki pomiędzy „tak.ie” a „nie ta.”, denerwująco ćwierkające ćwierćtony, prawie tak jak ten łącznik, mdły niby ćmiący ząb czasu, mostek pomiędzy siedemnastym maja a osiemnastym kwietnia;

"FFF" (fot.B.Z.)

gdy Amfi zgodnie z naszym kumpelskim, niepisanym zwyczajem grzecznościowym , anachroniczną kindersztubą, podwiózł mnie z radia pod Radisona, i jak zwykle, kiedy wysiadałem na zakręcie za Zwierzyniecką z jego stylowego starego Merca, nazwa hotelu wywołała z mej pamięci widok redisówek poukładanych w czarnym piórniku ze skóry, zasuwanym na złotawy ekler i wyłożonym granatowym aksamitem, przyborniku, który jak gdyby nigdy nic nadal leżał sobie gdzieś w przeszłości obok nieistniejącej deski kreślarskiej; bo znów wyskoczyła mi z głowy jak dawna bogini ta podstarzała iluminacja, wspomnienie stalówek mojego ojca, przyrządów z okrągłymi końcówkami, mikro-kółeczkami o różnych promieniach, którymi tato przed tylu już laty na składanym czechosłowackim stole walizkowym wyczarowywał swoje techniczne rysunki tłustym, czarnym tuszem, jak jaki stuligrosz oszczędnie dyrygujący chórem zdyscyplinowanych kresek;

"DEMIURG" (fot.B.Z.)

tu tor po piórku gruby jak bas, tam zorkiestrowane tenory o subtelniej kreślonych timbrach, pomiędzy nimi linie cienkie i ruchliwe niczym soprany koloraturowe, a na dole jak pod sceną zgromadzona orkiestra pisma, rzędy staranne cieniowanych liter w równiutkich, odręcznie od liniału, ciągnionych tabelkach, ten mój niedościgły nigdy wzorzec rzemieślniczej techné, cudownie łączący nabytą biegłość z wrodzoną obowiązkowością, albo odwrotnie, nie wiem, bo teraz wszystko to było jak ruszone w czasie, jakby ktoś nieuważny jak ja rękawem rozmazał ślady, zatarł ten paternalistyczny majstersztyk z tuszu i szacunku do konkretu; a teraz z wewnętrznej syntaksy marzeń o powrocie do klarownych reguł dzieciństwa, z gwałtownej recydywy infantylizmu, z jego głodem Ładu i łaknieniem Nieuniknionego, próbowały mnie wyrwać zgiełkliwe nieregularności krakowskiego pejzażu fonicznego, które, niczym sprzężenia gitar podczas młodzieżowego „dżemu” garażowej grupy psychedelicznej, powitały mnie wizgiem i wiosną zaraz po pożegnaniu z Amfim i trzaśnięciu drzwiami jego auta; od razu w następnym takcie zaatakowały mnie pierwsze chyba tak głośne w tym roku ptasie trele, od przypadku do przypadku dochodzące z nerwowej gęstwy czarnych dendrytów na Plantach, prawie nagich jeszcze klonów, lip i kasztanowców , z rzuconym nań tylko, to tu to tam, chlorofilowym miąższem tonizującym nieco moje czarne, skłębione nastroje;

"TRANS-MISJA i TELE-KOMUNIKACJA" (fot.B.Z.)

co i raz tę ożywioną naturę, budzącą się dopiero z martwych po zimowym mordzie w białych rękawiczkach, zagłuszał inny chaos - aleatoryczny klangor stad tramwajów mijających rezonansowe pudło krakowskiej filharmonii na rogu; na skrzyżowaniu Straszewskiego i Zwierzynieckiej łapałem też to jednym to drugim uchem fruwające w powietrzu strzępy chodnikowych melodii ludzkiej mowy powyrywane z zagadkowych kontekstów, włókna prywatnych mikro-fabułek, o których pochodzeniu i celu nie miałem zielonego pojęcia, zafiksowany na swoich, równie nieczytelnych dla innych, małych familijnych mitologiach, z ich arbitralnymi asocjacjami, ciągami poskręcanych skojarzeń, które ni stąd ni zowąd znajdowały ujście … w aktualnej dacie jak w delcie tego niesfornego strumienia myśli;

"CZWÓRKI" (fot.B.Z.)

jakby liczba 18 była jakimś tajemnym filigranem odciśniętym w jasnym powietrzu kwietnia, graficznym znakiem dialektycznego sprzężenia, układem dwojga wrogich sobie sił, odwiecznej walki dwóch sprzecznych tendencji, z jedynką jako wyraźną podstawą, fundamentem trwania, oraz fraktalną „ruszoną” ósemką, obrazem dziwnego atraktora, wykresem stochastycznej frenezji; numerologia dnia u niektórych rodziła najbardziej fantastyczne domysły; antyfaszyści szaleli, szepcząc o spiskach i szeleszcząc płaszczami uszytymi z płacht codziennych gazet wielkonakładowych; też podkładałem litery pod liczby, śmiejąc się w duchu z łatwizn analogii; a kiedy tylko w porywie pan-geometrii ujrzałem torusy precli poukładane w szklanym prostopadłościanie wózka na kółkach, stojącego nieopodal suchej fontanny na Plantach, nagle zgłodniałem i od razu wróciła mi pamięć krótkotrwała o niezjedzonej w radiu gotowej sałatce wielowarzywnej „z sosem z tysiąca wysp”; plastykowe pudełko zalegało gdzieś na dnie plecaka, więc postanowiłem znaleźć jakąś wolną ławkę w miarę ustronnym punkcie kolistego krakowskiego parku, aby spałaszować pyszną mieszankę poszatkowanej białej kapusty, surowej marchwi, zielonego groszku i kukurydzy z mikro-kosteczkami żółtego sera jak sześcianikami szczęścia, samorodkami złota dla głodomora;

"SŁÓJ" (fot.B.Z.)

i już, już wydawało mi się, że dostrzegłem najbardziej odpowiednie, osłonecznione miejsce w bocznej asfaltowej alejce, nie za blisko mocznikowych drzew, cały rok owocujących nieprzyjemnymi niespodziankami i strzykających nasieniem na nosicieli w dole, równie przypadkowych i momentalnych jak to moje nowe absurdalne kryterium dendrologicznej taksonomii, opartej na metaforach oraz wielopiętrowych porównaniach,

"DRZEWO WODA MOŚCI" (fot.B.Z.)

kiedy nagle samotna starsza pani przechodząca obok wysypała z torby na trawnik jakiś ptasi prowiant; i od razu, nie wiadomo skąd, do tego zaimprowizowanego karmnika na murawie zleciały się dziesiątki gołębi, tych „skrzydlatych szczurów” jak je określa Justyna, chyba największa weredyczka jaką znam, wypowiadająca te dwa słowa z tak niekłamaną pogardą i autentycznym obrzydzeniem, że i ja, zarażony wirusem wstrętu, zacząłem z nią szczerze współodczuwać ten rodzaj ornitologicznej abominacji, choć wcześniej nie miałem mdłości na sam widok obleśnych pierzastych pasożytów, zwykle obłaskawianych kupioną karmą z toreb przez tłumy głupawych turystów oraz mitologizowanych przez krakowian, którzy w odruchu nabytej cepeliady podnoszą te obskubane stwory do rangi zaklętych rycerzy, legendarnych wojów księcia Henryka Prawego;

"PARAKLET" (fot.B.Z.)

tę nabytą w radiu gołębią odrazę pogłębił mi dodatkowo slangowy bluzg rzucony przez przypadkowego przechodnia, krzywa nawijka wyrostka skierowana do grupy jego dziobatych kompanów: „obczajcie, pewnie padlinę żreją”;

"PRZYPADKOWE KADRY" (fot.B.Z.)

o tę jedną supozycję było już za wiele; bo też takie „zajawki” to ani chybi programy hakerskie, wyrazy - trojany, które, gdy się gwałtem wedrą do wnętrza przez ucho, potrafią mi zmodyfikować percepcję na całą dobę i dłużej; zauważyłem, że bardzo trudno, a często prawie niemożliwe, jest się przed nimi obronić; przechadzam się potem w taki jak ten- patetyczny- dzień z obmierzłą skatologią pulsującą w czaszce, albo z turpizmem trupiego jadu w ustach, ze spalikotyzowaną do szczętu wzniosłością patriotyzmu, wypracowanego wcześniej z takim trudem, no bo jakże tu ot tak po prostu czcić aż tak wielu całkiem czczych Polaków i kiedy już mogę czcić, to nagle czkam i czuję, jak za pociągnięciem czarodziejskiej spłuczki cała ta polszczyzna spuszczana jest w otchłań gargantuicznej, krakowskiej kanalizacji; dlatego postanowiłem natychmiast przenieść się, o cześć Ci Kości, na swych skrzypiących w stawach nogach o jakieś kilkaset metrów dalej i zająłem pierwszą wolną ławkę obok nobliwego, ceglanego gmachu Wyższego Seminarium Duchownego, mając naprzeciw siebie nasze niewzruszone, narodowe Akropolis; starałem się nie przejmować wulgarnymi spacerowiczami, próbując po prostu ignorować obecność tłumu tłoczonego pompką w parkową aortę, jakbym się zamknął przed podnietami w pustej celi mego niemal mnisiego ciała; mechanicznym ruchem wyciągnąwszy z plecaka spory przezroczysty pojemnik, z suchym trzaskiem otworzyłem pokrywę; w środku niczym ruska mikro-matrioszka ukryto jeszcze dwa mniejsze opakowania zatopione w jarzynowej sałatce; jedno to było plastykowe pudełko z sosem, a drugie to biały widelec w zaprasowanym celofanie; zdjąłem z głowy czapkę-cyklistówkę jak chyba nadal wypada chrześcijanom przystępującym do posiłku, choćby tak wulgarnego jak ukradkowe pochłanianie sklepowego gotowca w plenerze; pozostawiłem sobie jednak przeciwsłoneczne, korekcyjne szkła na nosie, po to, by cokolwiek ostrzej widzieć i jednocześnie chronić wzrok przed intensywnym światłem kwietniowego popołudnia; szerokim gestem wlałem gęsty sos, wymieszałem go z sieczką warzywną, moim głównym obrokiem tego dnia, po czym zacząłem łapczywie pochłaniać smakowitą breję, wsłuchując się jednocześnie w mikrotony mego apetytu, ślizgi glissand jędrnej miazgi pomiędzy zębami i układałem w głowie adekwatny do sytuacji limeryk, niestety odległy stylistycznie od mego naturalnego patetycznego liryzmu, bo ironiczny aż do BULU, jakby był pisany z myślą o jakiejś nowej awangardowej, edytorskiej efemerydzie, poetyckiej jętce, jednodńufce futurystuf:

Plfocina gdzieś poleci i od tamtej hfili
Nic już nie będzie takie, jak nam wymyślili.
Ta ślina gdzieś poleci i fszystko się zmieni,
Władza wruci do źrudła, gad pod stos kamieni.


: powtarzałem te wersy rytmicznie jak energetyczną mantrę, ze złośliwością pętaka na wagarach, niebieskiego ptaka, bezradnie zbuntowanego przeciwko głupiemu belfrowi, bufonowi z tytułem magistra historii, którego historia niestety niczego jeszcze nie nauczyła i pewnie już nie nauczy; a kiedy już skończyłem na Plantach tę parodię agape, poszedłem w stronę ulicy -jak kiełbasa- Podwawelskiej; po czym minąwszy gmach dawnego PAT-u, zaliczyłem aktualny pat w mojej rozgrywce ze światem; a wszystko dlatego, że machinalnie wyciągnąłem różaniec z prawej kieszeni dżinsowej kurty z kożuszkiem )nie bardzo dostosowanej do meteorologicznego mikro-interwału, a mimo to, jak się miało wkrótce okazać, wprost idealnej, jakby skrojonej na dziś i uszytej na odpowiednią miarę, pod inną, klerykalną temperaturę, ale o tym nikt nigdy nie miał się już dowiedzieć, bo nawet do mnie ta życiowa wiedza nie miała tu dotrzeć, ze względu na postępującą, wewnętrzną fragmentaryzację( zważyłem w dłoni połączone metalową spiralką i mikro-łańcuszkami modlitewne perełki, które kształtem, barwą i materią przypominały mi niestety naszyjnik z zębów pokrytych kamieniem, skojarzeniowy efekt moich mdłości; chwyciłem w palce chłodny krzyżyk, który kilka dni wcześniej wywołał we mnie strach, ten rodzaj nagłego irracjonalnego przerażenia, przepełniającego w jednej chwili osoby wierzące w znaki i symbole, ludzi, którzy na przekór tak lansowanemu stylowi pogardy dla przestarzałych przesądów, na pohybel sitkomowemu rechotowi zła z tła, nadal traktują własny umysł jak dyptyk czystych tablic w salce katechetycznej, czołowe miejsce na intymne, tajemne przykazania, pisane nieznaną, niezdarną dłonią, niczym podwójne, kulfoniaste MENE MENE TEKEL PERES, kredą na czarnej, a węglem na białej powierzchni;

"DYPTYK" (fot.B.Z.)

ci dwoiści wędrowcy poruszają się prawie tak jak wszyscy inni - po chodnikach miast i po polnych ścieżynach, szukając drogi na kolejowych kładkach i klatkach schodowych, przechodząc przez trawiaste miedze i przez zebry na ulicznym asfalcie, i prawie nikt poza nimi samymi nie wie, że ich życie jest równocześnie super-poważną zabawą w podchody z niewidzialnymi druhami-aniołami , niebieskimi i ognistymi skautami z dwóch wrogich sobie zastępów; więc w każdym momencie, w tym tu złym zamęcie, mogą się spodziewać nowego, klarownego komunikatu; szukają go jak listu pisanego atramentem sympatycznym i wsadzonego do absolutnie przezroczystej butli, schowanej w dziupli odwrotnego drzewa, odwróconego od rzeczywistości widzialnej dla ogółu; pielgrzymi życia muszą być więc stale czujni, bo każdy taki trop może znacząco przybliżyć ich do celu ziemskiego błądzenia, każdy promyk nadziei jest im w stanie jaskrawo oświetlić ciemną, krętą ścieżkę prowadzącą przez zapuszczone parki i dzikie łąki na tyłach stylistycznych ruder, przez „ubi leones” na peryferiach lingwistycznych miast, mroczny trawers przez wybujałe trawniki nieopodal zbluzganych farbami wieżowców modernistycznej wzniosłości oraz przez szkolne orliki okolone szpalerami gotyckich topól i renesansowych chaszczy - prosto do królestwa ciszy i spokoju, nie z tego zapośredniczonego w materii świata; dlatego też ten poświęcony w klasztorze w Mogile przedmiot modlitewnej kontemplacji, pobłogosławiony przy mnie przez kapłana nieopodal wielkiej Figury na Krzyżu, postaci z Królestwa Pomiędzy, rzeźby z drewna o głowie okolonej ludzkimi włosami, wywołał we mnie nagle mysterium tremendum, gdy tylko spostrzegłem, że ten artefakt ostatnio doznał aż tak poważnego uszczerbku: z krzyżyka odpadła, nie wiadomo kiedy i nie wiedzieć gdzie, mała figurka Jezusa z rozwartymi ramionami; i te dwa nierówne patyczki sklejone pod kątem prostym pozbawione mikro-rzeźby Chrystusa wydały mi się w pierwszej chwili czymś pustym w dwójnasób, pozbawionym sakry i pierwotnego sensu; odczytałem to natychmiast jako zły omen;

"POJEDYNEK" (fot.B.Z.)

ta odwrócona interpretacja została wzmocniona dodatkowo całą serią stresujących zdarzeń, sekwencją konfliktów i spotkań dyscyplinujących- w związku z moim kompletnym emocjonalnym rozprzężeniem i coraz większymi wahnięciami nastrojów; te ostatnie, najistotniejsze rozmowy z przełożonym, mimo, że prowadzone na nieco abstrakcyjnym, anachronicznym, grzecznościowym poziomie, zupełnie wyjątkowym w naszej epoce szybkich komend, pełnych energetycznych słów-kluczy, wywołały we mnie niedobrą aurę: złych przeczuć i niepokoju; więc to nagłe, zagadkowe oderwanie się figury Zbawiciela od podstawy -kary, ofiary i wiary w odkupienie- objawiło mi się jako symptom innego, głębszego opuszczenia i zagubienia się w świecie niż jakieś kolejne korporacyjne zawirowanie; wiedziałem już, że takie pokrętne i depresyjne myśli to początek nowego wiru, wciągającego na dno zwątpienia, aż do przeklętego stanu acedii; dlatego, gdy tylko wyczułem te pierwsze mroczne sygnały, mdłe błyski odwróconego ciemnego świecidła, pulsację gąbczastego atraktora , który w fazie rozkurczu jak Black Hole Sun czyli negatywowy antyksiężyc w pełni ziejącej magnetycznej pustki- wchłaniał w siebie żarłocznie i trawił natychmiast wszystkie dobre promienie ze mnie i fibry światła ze świata, przetłumaczyłem sobie, że Chrystus zmartwychwstał, po prostu- wstał z martwych; i wstąpił do nieba, dlatego go nie ma;

"NIE , BO" (fot.B.Z.)

na niebie jest tylko ten puchnący, pusty różańcowy krzyżyk, więc zaraz z góry spadnie grad odmówionych przez Amfiego koronek; dobrze , że kurtę mam z kożuszkiem;

"ENTER" (fot.B.Z.)

i tak podbudowany wszystkimi wydarzeniami, bez wyjątku, udałem się energicznym krokiem ku Zamkowemu Wzgórzu, do którego z okazji okrągłej żałobnej rocznicy zmierzałem jak Achilles, w kółko goniący tę gadzinę godzin, dzielonych coraz to bardziej (

Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (138) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest sześć razy pięć? wpisz liczbę

Wyślij »
Kalendarz