Bogdan Zalewski
14 grudnia 2009, 22:22

Olga i Lalka albo Bestia w Maszynie

1.

Wiara w to, że można nadążyć pismem za uciekającym życiem, jest śmieszna, a jednak wciąż uparcie wierzę, że będzie to kiedyś możliwe. Co więcej, łudzę się, że wiele może zależeć od intensywności podejmowanych przeze mnie wysiłków, więc w dalszym ciągu nie zamierzam spocząć na wirtualnych laurach. Ta tekstotwórcza utopia jest koniecznym dla mnie mechanizmem psychologicznym, to rodzaj aktywnego Słowa w słowach biernie odtwarzanych, duszy wypełniającej martwe skorupy liter. Oto ostatni (w znaczeniu: najświeższy) przykład- w zeszły poniedziałek prowadziłem wieczór autorski z Olgą Tokarczuk w Sali Mehofferowskiej w kamienicy Wydawnictwa Literackiego przy Długiej 1 w Krakowie, i znów długo to trwało zanim przyszpiliłem wpisem tamto ulotne jak motyl zdarzenie. Różne mogą być te szpilki i działania przyszpilające, na przykład arytmetyczne czy też raczej metamatematyczne. Znów przypomina mi się metoda „S+7” wymyślona przez Jeana Lescure’a, jako sposób na metamorfozę tekstu-matrycy: każdy rzeczownik („S” to skrót od francuskiego słowa „substantif”) w wyjściowym tekście zostaje zastąpiony siódmym z kolei rzeczownikiem z dowolnie wybranego słownika. Tak wyobrażam sobie przemianę mych słów wypowiedzianych siedem dni temu- powinienem je wymienić na wyrazy z dzisiejszego mojego dykcjonarza. Wygłoszone przeze mnie w zeszły poniedziałek zdanie "Czas porusza się po spirali." mogłoby dzisiaj brzmieć "Człowiek jest poruszany za sznurki.". Gdy obnażam sznurki i węzły swego hipertekstu, po którym Ty teraz wodzisz oczyma na swoim ekranie , mija dokładnie 7 dni od zdarzenia będącego bezpośrednim bodźcem do tego wpisu. Jednak razem z tym podstawowym faktem, pojawił się szereg dopełniających go oraz skontrastowanych z nim impulsów, wpływających bardziej lub mniej na jego obraz. Nie zapominam o nich, z pedantycznej dbałości o prawdę.


2.


Ład tradycyjny jest zwykle z tego powodu zakłócany, akademicka ładność formy mocno oszpecana, akceptowalna estetyka monotematu pączkuje często denerwującymi dygresjami, klarowność wywodu zostaje poważnie zmącona. Bo dążenie do prawdy nie ogranicza się do banalnej, konfesyjnej szczerości. To wierność utopijnej idei subiektywnego mapowania obiektywnej rzeczywistości w skali jeden do jednego, absurdalna poetycka ambicja osiągnięcia zgodności dwóch morfologii (obiegu krwi i pulsu słów). To ona, choćby nie wiem jak była trudna a nawet niemożliwa, jest bijącym źródłem twórczej energii, nieuchwytnym, zmiennym, promieniującym punktem, sensualnym pulsarem sensu, zagadkowym E-centrum, archetypowym sieciowym gniazdem, osobistym gnieznem, neurometropolis, stolicą NIGDZIE kraju WSZĘDZIE, których możesz szukać wyłącznie na mapie własnego umysłu.
11-12-2009 7:01/fot.B.Zalewski


3.


Amen. Koniec litanii. Oto konkret: 11-12-2009 7:01. Organiczny ogranicznik dnia. Zakłócenie osobistego programu psychosomatycznego. Ja przed wysoką bramą prowadzącą na dziedziniec fortów na Kopcu Kościuszki. Interferencja semantyczna. Ciemne wijące się drzewo dendrytowe na pierwszym planie mojego widzenia, ódwrocone w camera obscura mojej imaginacji. Powiew wiatru jak szusty szóm. W oddali jaskrawo oświetlona ściana: ceglany mur biur. O/ czarny cyprys/ neon negatyw/ świeci/ przykładem/ dla mnie.


)(


Drugi, tym razem nie-organiczny, czasowy ogranicznik dnia: 11-12-2009 21:52. Nieco starsze ja we wnętrzu tramwaju numer 4. Rondo Czyżyńskie w Nowej Hucie. Zakłócenie osobistego programu sensualnego. Przegubowy wagon. Akomodacja oka do punktu bliży i dali. Perspektywa we wnętrzu. Interferencja semantyczna. Pytania połączone w pantograf: Gdzie jest zbieg wszystkich linii? Dokąd uciekają? Przed czym? Do kogo? I do czego? O/ pętle wahadła/ bez rąk/ nad głowami / puste i póste/ dla mnie.

4.


Co się wydarzyło w szczelinie dnia, pomiędzy ódwroconymi nawiasami? A gdyby próbować je rozepchnąć? Poszerzyć szczelinę pomiędzy ściśle przylegającymi do siebie ścianami dwóch całkowicie obcych sobie światów, ódwroconych do siebie plecami. Dać znak, że nie godzę się na taki rozbiór?

)•(

Autorski plan sabotażu. Anarchia temporalna. Drobna zdarzeniowa grudka wrzucona niby mimochodem pomiędzy mielące żarna godzin. Okrutnie długo gnieciona. Jak w kółko wałkowany temat.

)|(

Malarski chwyt. Interpunkcyjny ideogram. Hipertekstualny hieroglif wykorzystujący tradycyjne znaki pisarskie. Zobacz ten nowy piktogram: hartowaną stalową strunę swego ja nabierającą pewności i siły, rozwijającą się na przekór dwóm wrogim wektorom obiektywnego czasu.

)I(

Aż rodzi swego sobowtóЯa , dzieląc się z nim duchową pracą i dzieląc fizyczną robotę. Pamiętaj o innej wymowie Я, wymowie w podwójnym sensie słowa. Oto masz przed oczyma wielką literę wielkoruskiego imperializmu cara swego Ego.

)I|I(

Rozpychać i Яozpychać szczelinę. Anektować Id i Superego. Oraz wszystkie inne alegorie Nieświadomego. (Rym jest lustrem dla Twych postaci: płaskim, wklęsłym lub wypukłym.)

)Я|R(

5.


Istotne czy nieistotne fakty życiowe? Nieistotne ... pytanie. Nie ma czasu na zastanawianie się nad znaczeniem wyróżnianych zdarzeń, trzeba szybko zapełnić tę dziurę życiowym materiałem, inaczej skazanym na nie(za)istnienie. (Trzeba zaakceptować to założenie, że nieopisane nigdy nie miało być opisane, a więc nie było go wcale.) Należy teraz (sys)tematycznie powiększać odkryty obszar pomiędzy, to śmietnikowe królestwo. 12-12-2009 19:00 Ja w "Teatrze Starym" na spektaklu będącym materializacją idei Nowej Dramaturgii. Grzegorz Jarzyna wystawiający "Między nami dobrze jest" Doroty Masłowskiej. Jeśli wierzyć publicystycznej prawdzie tej sztuki przepuszczonej przez psychodeliczny pryzmat zuchwałej Autorki, między nami Polakami płynie rzeka-zupa, psychiczne leczo. Pytanie: czy jesteśmy do końca życia skazani na obrzydliwy pokarm popkulturalny, pokarm w każdym sensie tego słowa, przygotowywany według receptury rodem z hipermarketu, przypominającej przepisy na czarnomagiczny kocioł Baby Jagi? Czy mamy się godzić na odgrzewaną po wielekroć duchową strawę w postaci niedrogiej, bo darmowej, z zeszłego kwietnia gazetki supermarketowej ze śmietnika, z rozwiązaną już krzyżowką i samoistnie wyłaniającym się z niej hasłem "W.I.O.S.E.N.N.E. T.E.T.E. A. T.E.T.E.? Utkwił mi w głowie dialog pomiędzy Bożeną a Haliną, czytającą "Superexpress". Kobieta streszcza groteskowo przerysowany artykuł z tabloidu o nieszczęśnicy, która "powiesiła się na pasku od torebki! A wcześniej jeszcze ją zabili, zgwałcili, zawinęli w dywan i pletli warkoczyki z jego frędzli, litości niemieli żadnej! (...) Są zdjęcia! Głowę jej odcięli i grali nią w piłkę jej nogami!" 13-12-2009 19:00. Ja z moją córką Asią w Studiu TVP w Łęgu na sztuce "Persona.Marilyn" Krystiana Lupy. Sandra Korzeniak/Marilyn Monroe ćwiczy w opuszczonej hali zdjęciowej - jej tymczasowym lofcie, miejscu bycia na osobności- rolę Gruszeńki z "Braci Karamazow". Mam wciąż przed oczyma nagą kobietę na scenie i jej "nagą duszę" wyłaniającą się z trzech zwierciadeł (obrazów wideo), luster: własnego kunsztu teatralnego, aktorstwa Monroe i gier postaci literackiej z powieści Dostojewskiego. Ciągle mam w uszach głos Korzeniak/Monroe/Gruszeńki: "już nie jak zwierzęta, nie jak zwierzęta, Mitia". "Persona.Marilyn" to dowód na to, że na śmietniku mechanicznej komercyjnej kultury mogą zakwitnąć prawdziwe piękne dzikie kwiaty -namiętności duszy- a nie tylko sztuczne tulipany : tuli-panie i tuli-panowie. Byłoby to trochę śmieszne i dziwaczne, że namęczyłem się tylko po to i zamęczałem Cię tylko w tym celu, by w tę wysiloną i pustą formę hipertekstu wsypywać sam gruz i tandetę, resztki, odpady, plastik i kicz.

6.


Osoba we mnie jest jak znana osobistość, wymaga od dwóch innych moich ja (Я) nadmiernego dla siebie szacunku. Zdarzenie- parabola, przypowieść o moim ego, wykorzystująca żurnalistyczny, tandetny, tabloidowy sztafaż: 11-12-2009 8:44. Próbuję zobaczyć w sieci filmiki z Krzysztofem Piesiewiczem w kobiecej roli głównej. Internetowe kino „Super Express” jest jak peep-show w odrapanej kamienicy na peryferiach portowego miasta w suterenie, do której prowadzą zasikane schodki. Nie mogę się opanować, schodzę, tylko na wpół uczestniczę w reporterskich raportach. Nie mogę się oderwać od tego wielkiego -pomimo krótkości trwania - kampowego dzieła z senatorem Platformy Obywatelskiej. Jestem pod ogromnym wrażeniem wagi materiału , walczę z włącznikiem PLAY w internetowym okienku, dziwnie uciekającym w dół spod kursora. Przypomina mi się pornograficzny fragment z powieści Andrzeja Horubały „Umoczeni”. Kandydat prawicy w wyborach prezydenckich niejaki Adam Oleszkiewicz „facet, który w stanie wojennym kierował największym podziemnym wydawnictwem w Warszawie, później prowadził do boju polskich pacyfistów i kierował akcją palenia książeczek wojskowych” – zostaje sfilmowany ukrytą kamerą w burdelu w ostrej erotycznej akcji z rosyjską prostytutką. Ten maksymalny kontrast, ten rosnący rozziew ma dla mnie wymiar wzniosłości. Dziwne targają mną uczucia. Nie chodzi o współczucie dla polityka i scenarzysty; to bardzo mocne dla mnie przeżycie- zobaczenia czyjegoś drugiego ja, sobowtóra podlegającego automatyzmom, pierwotnym poruszeniom, instynktom, których nie można już kontrolować. Erotyka i narkotyki jako dynamiczne wehikuły, które pędzą po równi pochyłej z pasażerem na platformie, początkowo przerażonym a potem obojętnym, pogodzonym z tą szaleńczą jazdą w dół. Z tej dynamiki rodzi się wzniosłość: im wyższa pozycja, z której ktoś się tak stacza, tym potężniejszy wywołuje to we mnie dreszcz. Widzę jak nasza redaktorka dnia Renia Stawiarska przeżywa upadek Piesiewicza. Rzadko dziennikarze objawiają takie uczucia wobec polityków; i nie jest to kwestia sympatii czy antypatii partyjnych.

7.


Nowe doświadczenia, kręgi wiedzy, słoje spotkań, koncentryczne poziomy refleksji, spirale rozmów. 11-12-2009 18:04. Ja w kawiarni Bunkra Sztuki. Znad filiżanki z parującą herbatą migdałową (pestka w kształcie mandorli) kłaniam się w kawiarni Beacie Seweryn, która w zeszłym miesiącu po pokazie „777 wyrazów tego samego” – filmiku zrobionego wg mojego scenariusza przez Pawła Penarskiego- zaprosiła mnie na spotkanie z Matthiasem Müllerem. „Właśnie jestem” – przypominam się Beacie. „Zaintrygował mnie ten found footage. Nie wiedziałem, że to, co zrobiłem z Pawłem jakoś wpisuje się w ten nurt.” Müller trochę przynudzał, długo czytał swój tekst po angielsku, przedstawiając różne aspekty tego awangardowego ruchu filmowego oraz jego prawnych uwarunkowań. Jego kino było na szczęście ciekawsze niż ten jego akademicki speech- zwłaszcza gra z wyciętymi fragmentami z dzieł Alfreda Hitchcocka, zmontowanymi według wyraźnych psychoanalitycznych kluczy. Motywy luster! Po pokazie uciąłem sobie krótką pogawędkę z Beatą Seweryn. Zwróciłem uwagę na podobieństwo techniki Müllera do metody Slavoja Žižka zastosowanej w "Z-boczonej historii kina". Žižek działa jako filozof stosując artystyczne chwyty, Müller - odwrotnie; efekty są jednak podobne, i jakoś się w sobie przeglądające.

8.


Enigmatyczne sygnały słane nie tyle przez same zdarzenia , co ich sploty. Nie tyle leksyka co syntagma sytuacji, zdania-sentencje, życiowe fakty złożone współrzędnie lub podrzędnie. 11-12-2009 23:32. Ja w salonie przed wielkim ekranem TV, oglądam jedną z dwóch płyt DVD, które kupiłem Asi. Moja starsza córka jest fanką słynnej anime "Ghost in the Shell". Czytam o źródłach i inspiracjach: Artur Koestler! (W totalitarnych latach osiemdziesiątych pochłonąłem jego "Ciemność w południe", w następnych dekadach technodelicznej swobody odkryłem jego zaintresowania narkotykami i parapsychologią.) Jestem zmęczony. Zasypiam. Temat obudził się w niedzielę 13-12-2009 11:13. Asia zwraca mi uwagę na fragment w drugiej części "Ghost in the Shell" - poświęcony mechanicznej lalce Kartezjusza. Tłumaczę sobie szybko odnaleziony w sieci fragment tekstu Paula Blooma, autora książki "Decartes' Baby". Książka zawiera niesamowitą opowieść o dziecku filozofa spłodzonym ze służącą. Kartezjusz nigdy nie był popularny; miał wielu wrogów za życia, i jeszcze więcej po śmierci, i ta anegdota na jego temat jest dziwna i trochę obrzydliwa. Jak wiadomo Kartezjusz miał nieślubną córeczkę, Francine, która umarła w wieku pięciu lat; była to podobno największa tragedia jego życia. Filozof był tak przybity i pogrążony w żałobie, że skonstruował automat, mechaniczną lalkę, identyczną jak jego ukochana zmarła dziewczynka. Descartes miał nie rozstawać się ze swoim "dzieckiem". Przewoził automat w małej skrzyni i za każdym razem zasypiał z dziewczynką u swego boku. Jedna z anegdot głosi, że kiedy Kartezjusz płynął statkiem przez Morze Północne, kapitan zaintrygowany tym, co też jego pasażer przewozi w tajemniczej skrzynce, zakradł się nocą do jego kajuty. Gdy Kartezjusz spał, kapitan otworzył kufer i przerażony ujrzał, że mechaniczna lalka wstaje; pełen obrzydzenia wyciągnął ją na zewnątrz, wytargał na pokład i wyrzucił za burtę.

9.


Tokarczuk."Lalka i perła". Jeden z najważniejszych dla mnie motywów poniedziałkowego spotkania 7-12-2009 (początek 18:00). To, że mam poprowadzić spotkanie z pisarką uświadomiłem sobie 4-12-2009 15:10 po e-mailu a potem telefonie od Magdy Smęder z WL-u. Podobno zgodziłem się dużo wcześniej w prywatnej rozmowie. Dziwne. Bardzo zagadkowa dla mnie ślepa plamka niepamięci, wyrwa w czasie, zasypana cudzymi oczekiwaniami. Niewyobrażalna dla mnie oznaka amnezji, wziąwszy pod uwagę znaczenie, jakie miała dla mnie rozmowa z Olgą 5-11-2009 w studiu na Kopcu Kościuszki. Olga? Pozwalam sobie na tę poufałość w imię prawdy a nie pompowania swego wystarczająco już napompowanego ego. To była intymna rozmowa o ciemnych ( w znaczeniu: skrywanych przed światłem ratio) zakamarkach psyche, dialog bardzo istotny, mimo, że się wcześniej nie znaliśmy. Rozmowa zmierzająca prosto do sedna, do matecznika duszy, tak duszy, bez tych wstydów i ironicznych podpórek, niemal bez wstępów, chyba , żeby za "wstęp" uznać oficjalny, komputerowo zarejestrowany wywiad radiowy. Jednak najważniejsza dla mnie i ,mam wrażenie, także dla Niej była właśnie ta nieoficjalna, nie zapisana na żadnym technologicznym nośniku, wymiana wspomnień i doświadczeń, przekraczających rozumienie w kategoriach zdroworozsądkowych. Tak, więc kiedy Magda Smęder obwieściła mi, że Olga zażyczyła sobie, abym to ja poprowadził z Nią wieczór autorski w Krakowie, byłem podwójnie zaskoczony - pozytywnie, bo liczyłem na POWTÓRZENIE tego, czego nie zapisały komputery w radiu, i negatywnie, bo nie czułem się na siłach ledwie przez weekend przygotować się porządnie do poprowadzenia takiego publicznego wywiadu i spotkania z publicznością. Literatura jest dla mnie poligonem doświadczalnym a nie towarzyską salonową zabawką konformistycznych ambicjonatów ani też jakimś organicznym materiałem laboratoryjnym dla akademickich filologów-patomorfologów. Prawdziwa literatura współczesna to dla mnie rodzaj symbolicznej sygnalizacji świetlnej, to system tajemnych znaków i sekretnych komunikatów, który pomaga orientować się zagubionemu mieszkańcowi infernalnego miasta. Albowiem jestem przekonany, że żyję w Inferno. A książki Olgi są dla mnie bedekerami po tym piekielnym Neurometropolis. Zdaję sobie jednak sprawę, że te przewodniki są pisane z punktu widzenia kogoś, kto w sposób RADYKALNY akceptuje tę linię rozwoju. Co więcej w sposób niezwykle twórczy rozwija techniki wielkiego cywilizacyjnego projektu Przemiany, kulturalnej Metamorfozy, odsłaniając niewiele, zasłaniając NIC. Nie mam odpowiedniej konstrukcji wewnętrznej, aby z pasją dekonstruować Jej światy, mam jednak na tyle siły w sobie, aby ukazać, na czym polega moc tej prozy, a właściwie POWER, tkwiący w jej obrazach. Obrazy to najlepsze słowo. Często należy to rozumieć dosłownie, jako specyficzne odwołania do malarstwa.


10.


Eseistyka tradycyjna nudzi mnie i drażni. Nie znoszę gatunkowego zakłamania tkwiącego w słowie essay. Nie mam zamiaru podejmować tu kolejnych eseistycznych prób. Świadomie wybrałem pogardzaną formułę komercyjnego bloga, aby, rozsadziwszy ją od wewnątrz, dążyć do własnej prawdy. Oto, co mnie wciąż pasjonuje! Na poniedziałkowym spotkaniu zacząłem od cytatu z Tokarczuk , który najlepiej oddawał mój ówczesny stan ducha: „Każda podróż zaczyna się od stanu, który można by określić jako zachłyśnięcie się przestrzenią. Ciało ledwie zauważalnie drży z podniecenia, w głowie kręci się z od mijanych krajobrazów.” Kto, tak jak ja, zaczął czytelniczą przygodę z książkami Olgi Tokarczuk, prędzej czy później zdaje sobie sprawę , że wyruszył w podróż. Tę wyprawę można określić – w nawiązaniu do tytułu pierwszej wydanej powieści Autorki – mianem „Podróży ludzi księgi”. Ta tytułowa Księga jest ważnym motywem w tej konkretnej powieści i ma tam swoje określone znaczenie, jako metafizyczny byt, źródło promieniującego sensu, idea integrująca działania grupy zapaleńców, tajemniczego Bractwa. Przy czym znaczenie Księgi zmienia się tam w zależności od osobowości, zapatrywań i ambicji poszczególnych członków Bractwa. Abstrahując od konkretnej księgi odnalezionej na końcu tej powieści, trzeba pamiętać o innym sensie słowa Księga, wypływającym z zacytowanego tam utworu angielskiego poety metafizycznego Johna Donne'a. W tym wierszu to kobieta jest Księgą mistyczną w obwolucie stroju i klejnotów. Zresztą jakże blisko w polszczyźnie od słowa książeczka do słowa księżniczka! Ale to tylko moja fałszywa etymologia. Być może jednak nie zafałszuję przesłania Pisarki, gdy powiem, że pomimo umiejscowienia motywu Księgi w konkretnym utworze, można całą dotychczasową twórczość Olgi Tokarczuk potraktować jako realizację tej idei. W tym sensie pierwsza powieść byłaby wstępem i mikrokosmosem całej Jej twórczości. I każda kolejna proza byłaby odbiciem Księgi, jej kolejną realizacją. Księga to nie jest tylko metafora, to dla mnie także interpretacyjny klucz. Nawet najmniej spostrzegawczy czytelnicy kolejnych utworów autorki „Biegunów” muszą w końcu zauważyć regularne przebiegi fabularne- powtarzalność motywów, na przykład lustrzane odbicia postaci. Markiz z „Podróży ludzi Księgi” przegląda się w zwierciadłach jakby chciał w nich potwierdzić swoje istnienie. Lustro szafy w opowiadaniu pod tytułem „Szafa” uświadamia jej bohaterce jedność przeciwieństw. Wokulski w cytacie zawartym w „Lalce i Perle” spostrzega ze zgrozą swoje alter-ego odbite w zwierciadlanej tafli, uświadamia sobie , że ma świadka swej samotności. Jest nim on sam – Wokulski. Te gry motywów u Olgi Tokarczuk to także repetycje ideowe, węzły przygód, zapętlenia i … obsesje - używając terminu wziętego z tak istotnej w biografii naszej autorki - dziedziny nauki jaką jest psychologia. Chociaż trzeba pamiętać, że literatura nie jest tożsama z psychologią. Wprawdzie nie zawsze i nie każdy psycholog traktuje obsesje i natręctwa jako objawy chorobowe, dla pisarza to zawsze rezerwuar pozytywnych energii twórczych. Neurotyk uciekający od siebie samego, nie potrafiący się nigdzie zakotwiczyć - jeśli jest bogaty- wykupuje wycieczki zagraniczne, aby zatracić się w eskapizmie; jeśli go na to nie stać – ucieka w narkotyki albo w alkohol. Natrętny motyw podróży – realnych czy umysłowych, wirtualnych – powtarza się często w prozie Olgi Tokarczuk od „Podróży ludzi księgi” po „Biegunów” ale spełnia inną funkcję. Wszystko, co dobre jest dla niej w ruchu. Niech nie będzie nic stałego, żadnego gnuśnego zakorzenienia. Symbolem naszego życia niech będzie hotel „Capital” – z noweli „Numery”, „capital” jako przechodnia stolica naszego ja, w której co i raz coś lub ktoś inny mieszka. Bo życie to podróż -w realnym albo mitologicznym krajobrazie, podróż horyzontalna jak wędrówka na Wschód albo wertykalna do świata podziemi jak w „Annie In w grobowcach świata”. Zawsze jest to jednak rodzaj duchowej podróży – pielgrzymki , więc nie jest zwyczajnym nerwicowym natręctwem, to wysublimowana forma ekspresji, literacki litemotyw, istotny element strukturalny. Taka obsesyjność prozy to pozytywny aspekt, bo buduje harmonię, upodabnia życiowe dzieło pisarskie w jego kolejnych realizacjach do muzycznej symfonii. Subiektywnym dowodem na pozytywną rolę takich sublimacji natręctw są odczucia czytelnika – przyjemność jaką czerpie z odkrywania ukrytych prawidłowości, subtelnych wewnętrznych procesów twórczych. Ostatnia powieść "Prowadź swój pług przez kości umarłych" nawiązuje tytułem do "Przysłów piekielnych" Williama Blake'a. Jednak mam też na podorędziu zaskakujący cytat z wcześniejszej powieści „Anna In w grobowcach świata” , który według mnie świadczy o tym, że nie trzeba szukać koniecznie zewnętrznych źródeł, że to w wielkiej Księdze Olgi, jak w skomplikowanym połączonym odnośnikami hipertekście, można odnaleźć kolejne znaczenie, odbijające się w tym blake’owskim tytule. Odźwierny świata podziemi mówi : „Cóż kościom po słońcu. Przecież nie zakwitną”. Pytanie, co kiełkowało w „Annie In…”? I co zakwitło w najnowszej powieści? Przypomniała mi się „Ziemia Jałowa” Thomasa Stearnsa Eliota: „ Ten trup, którego posadziłeś rok temu w ogrodzie/ Czy zaczął już kiełkować? Będzie kwitł w tym roku?/ Czy mróz śmiertelnym szronem okrył jego łoże?" W najnowszej książce Olgi– kryminale z kluczem metafizycznym - jest dużo odwołań do mistyków i wizjonerów: Blake’a i Swedenborga. Pojawia się Blake’owska „Ziemia Ulro”. Czytelnicy Czesława Miłosza pamiętają, że „Ulro” u Blake’a to kraina zasiedlona przez duchy, które „jak zwierz drapieżny krążą w lasach boleści”. Dlaczego przez taki angielski filtr metafizyczny Olga przepuściła krajobraz Kotliny Kłodzkiej? Główna bohaterka -Janina Duszejko- stąpa stopami po ziemi Kotliny Kłodzkiej z głowę nosząc w gwiazdach. Tajemnicza jest jej koncepcja stóp. Ona traktuje ten organ – jak mówi- za najbardziej intymny w człowieku, bo łączy nas z ziemią. To rodzaj "wtyczki" lepiej czy gorzej pasującej do ziemskiego gniazdka. Przy pomocy STÓP rytmicznych chciałem mocniej zaakcentować pytanie , które wcześniej zadałem Oldze prozą: ile w tej Duszejko Janinie jest z JA Olgi Tokarczuk? "Duszejko ma a leć a piej/ Natchnienie Twe tu wodzi rej/ Jak wiele z ja w Ja-ninie Twej?". Janina, która jest w powieści żeńskim demiurgiem stwarzającym świat nie lubi swego imienia. Domyśla się , że wzięła się z innego JA? Że może być podziemną siostrą Olgi– jakby Olga była jej Anną In? A teraz zajrzyjmy do głowy Duszejko – jakbyśmy byli w Instytucie Anatomii człowieka- w tym Theatrum Anatomicum, który był obsesją Olgi w „Biegunach”. Janina los każdego człowieka wpisuje w planetarne trajektorie. Z coraz większym zdumieniem czytałem jak tradycyjna powieściowa psychologia postaci ustępuje miejsca astrologii postaci. Wystarczy powiedzieć , że ktoś ma Merkurego w retrogradacji i to już wszystko w czlowieku tłumaczy? Czy Janinę Duszejko można potraktować jako duchową siostrę de Berlego – jednego z bohaterów „Podróży ludzi księgi” – który marzył o tym, aby spłodzić cały zodiak , to znaczy dzieci spod różnych znaków, aby móc analizować ich zachowania i robić sobie notatki? Pamiętam, że w powieści "E.E." – jeden z jej bohaterów Walter Frommer prowadzi księgę statystyczną, w której notuje niezliczoną ilość szczegółów dotyczących zmarłych i odnosi je faz księżyca i znaków zodiaku. Dlaczego takie obsesyjne racjonalne porządkowanie prowadzi często do swego przeciwieństwa – psychicznego chaosu, obłędu, szaleństwa? W „Lalce i Perle” Olga bardzo wnikliwie analizuje stany lekkiego obłędu u Stanisława Wokulskiego podczas jego wizyty w Paryżu. Określa ten stan duszy bohatera Bolesława Prusa jako obniżenie progu świadomości, efekt psychotyczny, taki oniryczny wyłom w „Lalce”. Wokulski spoglądając na plan Paryża spostrzega ukrytą oś krystalizacji miasta, która przybiera kształt wielkiej gąsienicy. Olga genialnie kojarzy tę gąsienicę z wcześniejszym obrazem motyla, którego na przekór porze roku Wokulski spostrzega podczas traumatycznej wędrówki po biednym Powiślu. To są symboliczne obrazy indywiduacji- coś irracjonalnego ale szalenie prawdziwego. SZALENIE prawdziwego? Jak Olga to odkryła w „Lalce”? Mnie ten obraz Wokulskiego skojarzył się z alchemicznym obłędem Augusta Strindberga. Jego „Inferno” też się dzieje w Paryżu! Strindbergowi przy okazji alchemicznych doświadczeń z siarką przydarzają się niesamowite zbiegi okoliczności. Jung nazwał je zjawiskami synchroniczności, Jaspers traktował jako chorobę psychiczną. (Olga się oczywiście skłaniała ku Jungowi.) Jaspers biografię Strindberga nazwał patografią, czyli opisem patologii życia artysty. Ja jestem skłonny przyznać rację Jungowi. Bo epizody, które się Strindbergowi tak jak i Wokulskiemu przydarzały w Paryżu miały często charakter OBIEKTYWNY. Tak jak przywoływany przez Olgę Wokulski odnalazł w Paryżu symbol gąsienicy, Strindberg odnajdywał tajemnicze kawały węgla układające się w gotowe rzeźby. Raz znalazł dziwną postać – człowieka z głową koguta i wężowymi nogami. Nie napisał w „Inferno”: co to jest? Gnostycy wiedzą. To Abraxas- najwyższe gnostyckie bóstwo. Suma cyfrowych wartości liter w tym słowie daje 365 – czyli tyle, ile jest w dni roku. Czy Olga wierzy w istnienie takich bóstw – na przykład żeńskiej bogini Inanny, której poświęciła książkę? Napisała , że tak jak w micie Inanna zstąpiła do podziemi, tak w rzeczywistości historycznej sam mit o Inannie zstąpił do podziemi kultury. Mikrokosmos odpowiada makrokosmosowi. Czy Olga naprawdę w to wierzy, że wyciągając tę matriarchalną boginię z mroków na światło – przywróciła jej życie, wskrzesiła ją naprawdę? Czy to tylko efektowny chwyt literacki? Mam nieodparte wrażenie , że u Olgi ci starzy pogańscy bogowie zaczynają żyć własnym życiem. Tak jak KAIROS - grecki bożek zbiegów okoliczności, odpowiednika jungowskiej synchroniczności , zjawiska, o którym tak wiele pisała uczennica Junga: Marie-Louise von Franz. Jaką rolę odgrywa u Olgi ten KAIROS – on się pojawia expressis verbis w „Biegunach”. Jaką rolę odgrywają inne korespondencje? Nie wchodząc głęboko w analizę powinowactw pomiędzy najnowszą powieścią Olgi a twórczością Blake’a, można zauważyć od razu takie powierzchowne podobieństwo na poziomie ortografii. W tej narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia Duszejko uderzające jest podkreślanie pewnych – wydawałoby się- zwyczajnych słów. Nadawanie im dodatkowego sensu poprzez pisanie ich wielką literą. Mamy Sarny , Policję, Noc, Karę, Gniew. Co to za zabieg? Czy Olga sugeruje dodatkowe warstwy znaczeniowe , kryjące się za zwykłym światem odbieranym zmysłami i odczytywanym dosłownie? Czy to są jakieś alegorie? Co to znaczy , kiedy Duszejko mówi , że sprawdzi czyjeś Rachunki? Pisząc o kluczach interpretacyjnych koniecznych do zrozumienia hermetycznych pism Emanuela Swedenborga Czesław Miłosz w „Ziemi Ulro” zwracał uwagę na jego koncepcję języka. Swedenborg pisał o trzech warstwach , trzech sensach języka: dosłownym, duchowym i niebiańskim. Ja takie trzy warstwy dostrzegam w ostatniej powieści Olgi – dosłowną intrygę kryminalną (komercyjną fabułę sensacyjną), duchowy postulat nowego postrzegania świata i człowieka – poprzez odrzucenie psychologii tradycyjnej i zastąpienia jej astrologią, i trzecia warstwa najgłębsza – "po przeoraniu pługiem"- to radykalna próba zastąpienia chrześcijańskiego czy też katolickiego modelu świata i człowieka innym … systemem? Pytanie: co by to było w rozumieniu Olgi? I czy to jest rzeczywiście system? Wierzeń? W „Podróży ludzi księgi” Olga użyła metafory „domina”, aby opisać ukryty porządek rzeczywistości. Ten porządek jest jakby dwubiegunowy, tak jak kostki do gry w domino. Trzeba umieć za każdym razem dopasować do siebie dwa elementy o tej samej liczbie oczek, wiedząc , że po drugiej stronie jest inna liczba wymagająca połączenia z innym elementem o tej samej MOCY. Co Olga przez to rozumie? Czym są dla Niej te moce? Znajduję zaskakujące powinowactwa pomiędzy Jej bohaterami. Janina Duszejko, która odczuwa bliskość ze światem zwierząt tak bliska jest niemowie Gauche’owi z „Podróży ludzi księgi” , który potrafił porozumiewać się z końmi niemym językiem spojrzeń i śnił , że słowa , którymi do nich przemawia są jak dym modelowany przez niego wargami w fantastyczne kształty. Co to za mowa bez mówienia? Czym byłby taki język pozarozumowy? To jakiś biezumnyj jazyk rosyjskich futurystów? Czy Olga naprawdę wierzy w utopię jakieś mowy absolutnej? Mowa - Księga , bez podziałów na narody, ba! nawet na gatunki. Z zabijaniem dzikich zwierząt, które mnie- tchórzliwemu chłopcu w męskim ciele- często kojarzą się z bestiami, rymuje mi się inny obraz. W „Podróży ludzi księgi” wywiązała się ciekawa dyskusja na zamku pana de Chevillon w Chateauroux – debata na temat natury zła i sposobów walki ze złem. Pretekstem do tej dworskiej debaty była alegoria Paolo Uccello „Święty Jerzy zabijający smoka”. Dziwne to dzieło, więc do niezwykłych wniosków prowadzi. Dziewica trzyma tam smoka na smyczy, jak łagodnego pieska ze skrzydłami w kropki- jakby należały do zabawkowej dziecięcej biedronki. Wyprowadza stworka na spacer przed jaskinię, a Święty Jerzy w wariackim ataku nie wiadomo z jakiego powodu przebija mu pysk włócznią. Dobro jest czasem gorsze od zła? Lepiej być łagodnym- nie zabijać zła , bo zabijanie samo w sobie jest złe, więc zabijający zło zaraża się od niego złem? Lepiej łagodnie wziąć to zło na smycz by mieć go pod kontrolą? Tak wiele pytań ... rozsadzających od wewnątrz ładniutką uporządkowaną salonową strukturkę spotkanka z Pisarką na temat ekologii, wegetarianizmu i oczywiście opresywnej kultury katolickiej, która traktując zwierzęta jak "maszyny pozbawione duszy" daje sygnał do ich holocaustu. A ja chciałem pokazać, jak zniżając się w sposób radykalny do poziomu zwierząt, człowiek wchodzi w mroczny matecznik swojego bestiarium. Czy zwierzę skryte w każdym z nas jest mechaniczną lalką bez duszy? Czy niszcząc mentalne bariery oddzielające nas od gatunkowej zwierzęcości zaczynamy się cofać do etapu chtonicznych wierzeń i gnostyckich ścieżek, z tronującą figurą bóstwa ABRAXAS, człowieka z głową koguta i wężowymi splotami zamiast stóp? Trzeba mi było stąpać stopami po parkiecie w Sali Mehofferowskiej!

11.


Kolejny raz bowiem zostałem sprowadzony na ziemię przez jednego z widzów, i to dokładnie w momencie, gdy dochodziłem w rozmowie z Olgą do zasadniczej kwestii. Zostałem przywołany do porządku przez jednego z widzów rozgrywającej się psychomachii, i to w sposób, który skojarzył mi się z rozbijaniem Latających Uniwersytetów przez wyspecjalizowane SB-eckie bojówki. Siwawy Pan żujący gumę, przypuścił na mnie atak słowny i zarzucił mi bezczelną manipulację a zwracając się przy tym bezpośrednio do Olgi, wyraźnie mnie lekceważył. Kiedy Olga wzięła mnie w obronę, nie tyle moją interpretację, co moje prawo do własnej lektury Jej książek, atak na mnie przypuścił kolejny widz, jak śmiem przypuszczać, przedstawiciel tej samej PRL-owskiej generacji. Zdaję sobię sprawę, że moja zuchwałość nie mogła ujść bezkarnie, że najwyraźniej wszedłem za głęboko pod znaczeniową powierzchnię , ujawniając to, co pisarze woleliby ukryć: prawdziwą duszę w nakręcanej mechaniczną promocją lalce literatury. Ale czytelnicy? Prasa przemilczała moją "prowokację", więc publikuję ją tu w obszernych fragmentach.

12.


mój wstęp, hipoteza badawcza, spirala czasu, pierwsza nowela Olgi Tokarczuk, obrót twórczego koła, "Prowadź swój pług przez kości umarłych"


Duszejko przeciw "gatunkowizmom", sztucznym podziałom świata natury, na przekór dualizmowi; stwarzanie przez nazywanie, astrologia jako wyraz buntu, obsesja katalogowania


"Lalka i perła", Wokulski postrzegający Paryż jako gąsienicę, pisanie jako kontrolowana psychoza, napis "FROMMER" na starym pudełku, zbiegi okoliczności, scalanie świata, Swedenborg i jego "adres" ;)


Kim? Czym są Postacie Kultury, Bohaterowie Mitów? Światy alternatywne, wiedza niepopularna, krucha i śmieszna utopia. Motyw Bestii na smyczy. Paolo Uccello.


Ołtarz Gandawski, Adoracja Mistycznego Baranka? Czy boga-barana? Interpretacja nie-po-bożemu. Płaska publicystyka a głębinowa literatura. Szaleństwo bohaterów. Duszejko-Wokulski-Strindberg. Analogie a różnice.

13.


Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (73) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest cztery razy cztery? wpisz liczbę

Wyślij »
2012-02-07 20:20  z ksiąg odwróconego prawa
2012-02-01 22:50  Poetka na Moście
2012-02-01 20:20  historia alternatywna
2012-01-31 19:35  propaganda - porównanie
2012-01-30 13:13  Tusk albo RWPG bis
2012-01-27 20:20  no future
2012-01-26 20:02  zmiana psa na kota z budy?
2012-01-25 20:02  znów lata sowa sowietów
2012-01-24 13:13  totalnie okablowani
Kalendarz