Ryzykowne jest zazwyczaj arbitralne łączenie w jedno kolisko nieprzystających do siebie postaci, postaw, tematów, fenomenów, idei, światów. Mimo to odkrywczość i świeżość spojrzenia, która może być rezultatem zastosowania takiej metody, jest dla mnie tak kusząca, że znów postanawiam postawić na szali swoją reputację tak zwanego dziennikarza njusowego, czyli kierującego się w doborze i ocenie zjawisk kryterium nowinkarstwa atrakcyjnego dla jak najszerszego spektrum odbiorców. Kolejny raz porzucam z nieskrywanym zniecierpliwieniem ten wygodny i bezpieczny sposób myślenia, zastępując go innym- pełnym paradoksów, zadziwiających konceptów i niezwykłych zestawień, często przypadkowych, wynikających z momentalnych, bieżących konfiguracji- życiowych lub na poziomie tworzenia obrazu życia.
Wymaga to otwartości i zaufania, zgody na prawdziwą nowość, nie wynikającą z ulotnych wrażeń a opartą na głębszych i bardziej autentycznych, bo osobistych i długotrwałych badaniach grząskiego medialnego gruntu. Potrzeba tu jednak zielonego światła na nowatorskie, błądzące trasy myśli, o co -jak zawsze- bardzo trudno, w świecie opartym na martwych schematach. To prawda, tak bywa, że moje figury retoryczne zaskakują mnie samego, więc co ma o nich sądzić biedny czytelnik, zasklepiony w swych przyzwyczajeniach, oklepanych definicjach klarowności i ładu? Dlaczego mam z niewiadomego powodu odwracać nagle swój sprawdzony, statyczny układ odniesienia- zastanawia się w duchu niejeden z odbiorców, którzy nie chcą być jednocześnie dawcami hipertextualnych sensów. A jednak jest, istnieje (mam na to dowody - i statystyczne i te ważniejsze -osobowe) spora grupa internautów, do których docierają moje podobno manieryczne i zakalcowate a na pewno często aleatoryczne (więc w dużej mierze nieprzewidywalne dla nikogo) komunikaty.
Zamiast ucinać palce, chciałbym ci jeszcze chwilę powiercić w brzuchu. Muszę koniecznie wytłumaczyć, w jaki sposób traktuję przedstawienie wybranego Pisarza publiczności zebranej w moim "Globie"- tym teatrze hipertextualnym, dwuznacznym blogu-blobie, oryginalnym po-tworze o określonej acz nieregularnej, "organicznej" architekturze tekstu (architexturze). Musisz wiedzieć, że coraz mniejszą rolę odgrywa na tym moim tumblelogu chorym na e-lephantiasis presja zewnętrznych czynników, ścigania się z czasem, poddawania się rytmowi medialnemu, rywalizacji zawodowej. Bardziej jest to kwestia moich rytmów życia i wahadełek nastrojów. Nic na to nie poradzę- moje słabości są często znacznie silniejsze ode mnie. Ponadto wyczuwam w moim blogu-blobie obecność jakiegoś wewnętrznego układu sił. Te zagadkowe napięcia i naprężenia też mają ogromne znaczenie w powstawaniu kolejnych hipetexstów. Jeśli Autor poczuł się urażony przedłużającą się nieobecnością jego historii na tej tutaj scenie, proszę o wybaczenie, ale nie potrafię już walczyć z kapryśnymi zbiegami okoliczności, które po pewnym czasie okazują się koniecznościami przebranymi za przypadkowe błędy i zaniechania. Z różnych powodów nie publikowałem długo wywiadu z Orbitowskim nagranego w studiu pod Kopcem Kościuszki w piątek po piętnastej piątego lutego dwa tysiące dziesiątego roku. Przeminęło szereg medialnych okazji do porównań, sama książka "Nadchodzi" już nadeszła, od niedawna leży na półkach księgarskich, więc odpada tu walor wydawniczej zapowiedzi. Jest za to coś innego: mój osobisty mix, swoista mieszanka ziołowa z mojej prywatnej kolekcji, w lśniącym papierku w psychedeliczne smoki, opalizującym trzynastoma mózgowymi kolorami. Każda barwa ma tu swoją legendę, lecz żadne z kadzidełek nie służy do kadzenia modom; wolę robić wokół inny sztuczny dym: odrobinę démodé. Ten hipertext (jak zwykle u mnie) podobnie jak dym stanowi swoisty układ koloidalny: substancję dziennikarską, 'recenzencką', dotyczącą konkretnych dzieł wybranego pisarza rozpraszam w meta-rozważaniach, jakbym écriture krytyka mieszał z jednoczesną autokrytyczną lekturą. Nie chcę jednak oczywiście zastępować czytania pisaniem o czytaniu, zależy mi na tradycyjnych czytelnikach.
O co "komon na tym blogu???
Powtarzam i powtarzam i powtarzam i powtarzam i powtarzam i powtarzam i potwarzam powtarzam i powtarzam i powtarzam i powtarzam i powtarzam i potwarzam: to dla ciebie piszę, używając fontów- komputerowych czcionek, deformując je i torturując, błądząc, potykając się i myląc ale jeśli masz już dość , mam dla ciebie filmik o najnowszej książce Łukasza Orbitowskiego, więc nie zwlekaj, nie opóźniaj, nie poddawaj się mojej przemyślanej strategii ЯR. Już lepiej zobacz od razu ten klip poniżej.
Ekran jest domeną V.J.-eja. Skrót jest dwuznaczny, oznacza dziś dwie różne dziedziny sztuki performatywnej: artystyczną i dziennikarską. V.J. to Video Jockey a więc artysta, który miksuje obrazy (w analogii do D.J.-eja czyli Disc Jockeya łączącego ze sobą różne fragmenty muzyczne). V.J. to także Video Journalist dziennikarz z branży elektronicznej posługujący się kamerą, samodzielnie nagrywający i prezentujący materiały filmowe. (Postrzegam tę tendencję jako analogiczną do fenomenu kina autorskiego, rozkwitającego w latach sześćdziesiątych w środowisku reżyserów nadświadomych filmowego warsztatu, bo wywodzących się często z grona krytyków. Zachowując wszelkie proporcje- bliskie jest mi takie spojrzenie na moją autorską pracę, chciałbym nadal, tworząc w tej sieciowej formule "Globu", włączać weń namysł nad samym tworzeniem oraz nowymi tworzywami.) Od pewnego czasu próbuję łączyć dwie funkcje widżejowania działając razem z producentem radiowym Pawłem Penarskim. Od dawna marzyła mi się hybrydowa formuła łącząca metody artystyczne z dziennikarskimi, radiowe z telewizyjnymi oraz internetowymi. Nazwałem efekty (e-fakty) współpracy z Pawłem kolaboraKcjami a nasz konceptualny duet -"Beuys Band". Poszukujemy twórców, bohaterów, tematów i form, które wymykają się tradycyjnym, spetryfikowanym formułom, podziałom, kategoryzacjom, poetykom. Jednym z pisarzy, który spełnia to kryterium niejednoznaczności jest Łukasz Orbitowski- oryginalny literat młodego pokolenia, jak wielu przedstawicieli jego generacji działający również w środowisku liternetu oraz gier fabularnych, autor eklektycznej prozy z pogranicza fantastyki i realizmu, symbolizmu i naturalizmu, mainstreamu i undergroundu, twórca paradoksalnych powieści o młodzieży ale przeznaczonych chyba jednak dla takich 'starszych zmęczonych postmodernistów' jak ja. Orbitowski specjalizuje się w literaturze 'osiedlowej' a nawet 'blokerskiej' ale z metafizycznymi motywami, w nowelach w stylu pop lecz o filozoficznych i socjologicznych ambicjach; jest twórcą bardzo oryginalnych horrorów o jakby zzombifikowanej formie, wciąż dziwnie żywych literackich trupów dekadenckiego modernizmu. Powrót tych bytów z pogranicza wydał mi się zjawiskiem godnym uwagi. Aż nadszedł czas "Nadchodzi".
Mógłbym tu odegrać rolę krytyka literackiego, tej pociesznej figury o wygórowanych ambicjach, notorycznie sprowadzanej na ziemię przez zwykłych pożeraczy książek. Mógłbym na przykład dokonać analizy porównawczej pomiędzy twórczością Łukasza Orbitowskiego, znaną relatywnie wąskiemu kręgowi czytelników a dziełami jego sławnego na cały świat literackiego antenata Howarda Phillipa Lovecrafta. Widzę się nawet tu na tej wirtualnej scenie w przebraniu bohatera jednego z opowiadań Orbitowskiego p.t. "Bibliotekarki, bibliotekarki", młodego człowieka trudniącego się pisaniem prac magisterskich za pieniądze."Pisanie pracy, bez względu na temat jest zawsze proste, jeśli ma się książki."- zauważa narrator tej noweli, zamieszczonej w tomie wydanym na początku mijającej teraz dekady. Zebrałem sobie trochę książek, które przeczytałem w półtora miesiąca od pamiętnej rozmowy z Autorem. Po "Nadchodzi" przyszedł dla mnie czas na lekturę wcześniejszego o dekadę tomu opowiadań, z którego pochodzą cytowane "Blibliotekarki, bibliotekarki" p.t. "Szeroki, głęboki, wymalować wszystko", a po nim powieści "Horror show", "Święty Wrocław" i "Tracę ciepło". Przypomniałem też sobie nie tylko nowelę Orbitowskiego "Omega" zamieszczoną w antologii "Wolałbym NIE"....
... ale także wcześniejszy tekst p.t. "Władca deszczu" ze zbioru "PL+50 Historie przyszłości". Tak więc incydentalny wywiad przerodził się w -może nie tyle dogłębne co dłuższe i dość szerokie- zainteresowanie się twórczością Pisarza. W nawiązaniu do ironii zawartej w "Bibliotekarkach, blibliotekarkach", mógłbym tu napisać, że przyjąłem bardziej otwartą i tolerancyjną postawę wobec bibliografii mojego hipertextu niż bohater opowiadania, który, jeśli wypisywał rewers na Zarządzanie Dupą Maryną w Gównojadzie Dolnym Czesława Wiesława Marchewki, to chciał dostać właśnie to Zarządzanie a nie inne, tylko dlatego, że stoi dwie półki bliżej. Ja na przykład straciwszy nadzieję na wypożyczenie gdziekolwiek "Złych Wybrzeży" Orbitowskiego zastąpiłem je książkami z innych półek. Do lektur dołączyłem "Zew Cthulhu" H.P. Lovecrafta, Michela Houellebecqa "H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu", a nawet w charakterze przyprawy- nowość wydawniczą, książkę Waltera Benjamina "O haszyszu". O czym za chwilę szerzej opowiem , bo teraz chciałbym powrócić jeszcze do lektury "Szeroki, głęboki, wymalować wszystko". Sprawdziłem datę edycji tego skromnego tomiku w Korporacji Ha!art, bo uderzyła mnie znajoma energia, ciemna, narkotyczna, tajemnicza siła bijąca z jego stron. Tak, znam dobrze taki Kraków- pomyślałem- znam z autopsji tę ezoteryczną 'prądnicę' Białego Prądnika, eklektyczny miejski krajobraz jak stół do gry w kości z Diabłem i Panem Śmiercią, albo też katedrę Filosofiji , zajęcia na przesławnej uczelni wcześniejsze o ponad dekadę ale też już przepuszczane przez poszukujący umysł, orbitujący wokół subiektywnych psychicznych fenomenów- usamodzielniających się pod wpływem THC, poznałem wszystkie walory i horrory tego jak "i długie" w słowie magja wydłużajjjjjjjjjjjącego się czasu, temporalnego suspensu nie prowadzącego do żadnego punktu kulminacyjnego; rozumiem w co się mogą przerodzić samotne domowe męskie seanse crowleyowskie pod nieobecność nieświadomej niczego małżonki, a także wykręcone "jak Mateczny" tripy tramwajowe w rozciągniętych wzdłuż i w poprzek wnętrzach wagonów, ze starymi kasownikami jak maski Kwakiutlów o wywalonych czerwonych ęzykach; znam pełną wewnętrznych napięć i naporów ciszę miejskich czytelni, od czasu do czasu szepczącą dziewczęco, bo publiczne biblioteki bywają jako te oranżerie duszne w podwójnym sensie tego słowa- łączącego zwykłe podniecenie seksualne z przemożną żądzą wyższej Wiedzy. Zabawne, jak często moje niby zwyczajne życie przeglądało się w tych niesamowitościach Orbitowskiego, wkraczających w Kraków z siłą wodospadu, ęzorami jezior. Wstydliwie spoglądam w krzywe zwierciadło tej prozy i odkrywam swoje nagie odbicie na tle zdeformowanego refleksu znajomego miasta. Déjà vu. Albo też od razu deżawi i żenuła. Właśnie kicz takich uczuć można wpakować bez większego ryzyka do gatunku pośledniejszego. O tym już wiedzieli polscy pisarze przedwojenni: Gombrowicz czy Choromański jako autorzy takich kampowych, gotyckich powieścideł jak "Skandal w Wesołych Bagniskach" czy "Opętani". Sam Orbitowski w swoim arcyciekawym wstępie do antologii "Pokój do wynajęcia" nakreślił inny bardziej współczesny układ współrzędnych. Mniejsza o nazwiska, najważniejsze jest dla mnie pytanie: czy horror bywa dla pisarza gatunkowym alibi dla psychoanalitycznych wycieczek - na przykład w dziecięcą fazę analną, w której zainteresowanie wydzielinami ciała przeradza się w obsesję; czy gatunek powieści gotyckiej pozwala po prostu na wędrówki w zakazane, odrażające, bagniste, tak wciągające rejony życia realnego i umysłowego, przed którymi wciąż się broni tak zwana literatura wysoka? Zapytam w sposób radykalny: jak mocno można się w artystycznej prozie sponiewierać, upodlić fabularnie i językowo? A może istnieje literacka formuła godzenia sprzeczności, swego rodzaju kamień filozoficzny w tej alchemii słowa, jaką jest autentyczne pisarstwo, który pozwala zamienić ciężki ołów w cieniutkie płatki złota? Co tam złot/o/łów! W przypadku Orbitowskiego tak epatującego obrzydliwością mam na myśli raczej inną dwuznaczność pisarskiego warsztatu: skatologiczne semantycznie opalizowanie szlachetnego słowa "kałamarz". Otwierająca "Horror show" scena, w której starzec o lasce w podziemnej toalecie w krakowskich Sukiennicach wymiotuje białymi larwami, należy chyba do budzących największy wstręt scen w polskiej literaturze nomen omen pięknej. Czym jest taki turpizm, jaka jest jego funkcja? Co chce osiągnąć pisarz wywołując w sobie takie obrazy? W nagranym wywiadzie ze mną Orbitowski przyznaje się do "chorej" fascynacji wstrętnymi, okrutnymi, odrażającymi historiami. A ja? Czemu zajmuję się tym aspektem współczesnej literatury? Przecież takie rozważania z pewnością spotkają się z obstrukcją literackiego mainstreamu, unikającego rozpatrywania podobnych poglądów na twórczość; sam temat wywołuje zażenowanie połączone z abominacją w salonowym gronie, wśród tej rzeszy nobliwych wyznawców noblistów, licznego dworu z paziami i fraucymerem żyjących w cieniu wawelskiego, królewskiego stolca. Notabene to kolejna charakterystyczna dwuznaczność Orbitowskiego, że jego 'królewski' patron Stephen -King- pozwala mu być kimś w rodzaju króla i żebraka w literaturze, bezkarnie zbierającego na boku drobne (zapożyczenia) w opowiadaniach i powieściach- prozie, która jednak jałmużną nie jest, bo nie bierze się z kapelusza. Pomimo dominującej hiperliterackości czyli akcentowania sztuczności i konwencjonalności świata przedstawionego często bywa hiperrealistyczna, czerpiąc obficie z materiału autobiograficznego. Fascynuje mnie u Orbitowskiego taka sztuka życia, smakuję wykrojone krwiste kawałki rzeczywistości, przeżuwam też te gotowane w sosie gatunkowym, smakowite i pożywne jak sztukamięs. Nie codziennie jadam mięso, ale czasami lubię coś ogryźć do kości...
Intensywność lektury mogłaby czasem zastąpić chłodną, strukturalistyczną akademicką interpretację. Tylko jak w obrazowy sposób ująć ten wyższy stopień emocji podczas czytania? Można pobawić się samym stylem: Pochłaniam surowe zdania Łukasza Orbitowskiego, tak jakbym stał się nagle dzikusem, kanibalem. Tak mógłby napisać krytyk-brutalista. Subtelny, 'przegięty' recenzent wspomniałby mimochodem: Ach, jaka to męska proza... Stereotypy, stereotypy.... Parę dobrych lat temu sam się na nich złapałem, kiedy ujrzałem zdjęcie Orbitowskiego w książce "Tekstylia. o 'rocznikach siedemdziesiątych'". Nie poznałem jeszcze wtedy Autora osobiście, więc parsknąłem śmiechem widząc jakiegoś kulturystę eksponującego bicepsy w podkoszulku bez rękawów i noszącego z bejsbolówkę z daszkiem odwróconym do tyłu. Abstrahując od takich fenomenów jak sterydowy poeta Henry Rollins 'kultura' i 'kulturystyka' są to jednak na przeciwnych słońcach Boginie, w każdym razie do tego nas przyzwyczaiła tradycja romantyczna i jej mutacje. Współczesny Wieszcz kontynuujący tradycję "Ballad i romansów" czy "Dziadów" z ich zombiakami czyli upiorami i strzygami winien wyglądać trochę jak one, czyż nie? A w każdym razie nieco bardziej dekadencko. A tu stoi przed nami na zdjęciu młody, zdrowy 'paker' jakby prosto z wózkowni w piwnicy, przerobionej na siłownię dla blokersów. "Oto król Ego, napompowany psycho-sterydami pychy!"- pomyślałem. Mój obraz Orbitowskiego pogłębił jeszcze biogram w "Tekstyliach", z którego wyczytałem o fascynacji młodego pisarza, filozofa z wykształcenia, dziewiętnastowiecznymi koncepcjami anarchoindywidualizmu: "Konstrukcja owego 'teatru okrucieństwa' ma swoją genezę w filozofii Maxa Stirnera (w pierwotnej wersji autor motta), który twierdził, że realne jest tylko "ja" jednostki ludzkiej, a reszta - Bóg, społeczeństwo, prawo, moralność to zaledwie jego wyobrażenia." Taki umięśniony gość - snułem ironiczne przypuszczenia- musi pisać tak zwaną męską prozę i jeść dużo mięsa. Wiem, żenujący żart. Taką przyjąłem tu konwencję, szukając coraz pojemniejszych formuł dla siebie, rozszerzając granice osobowości poza wytyczony obszar grzeczności i dobrego smaku. Witam się z tu z Animą i Cieniem, jak je zwał, tak zwał. O.K., po lekturze kilku książek cenionego krakowskiego Autora, wiem już, że wyćwiczył nie tylko mięśnie. Mimo to krążę wciąż myślami wokół obrazów trzech M: MIASTO, MIĘŚNIE, MIĘSO. A, jeśli chodzi o ten ostatni 'garmażeryjny' motyw, z prozą Orbitowskiego mam inne, niekoniecznie maczystowskie skojarzenia. Rodzi mi się asocjacja z kobietą i to w ciąży, tyle, że ... z Szatanem. Przeskok myśli arbitralny i nagły - na kołysankę Komedy, przeskok gramofonowej
XX wiek można by zobaczyć jako stulecie dwóch różnych iksów, równanie z dwiema różniącymi się od siebie choć identycznymi niewiadomymi, równanie nie tyle matematyczne, co meta-matematyczne, w którym do wyeksponowania różnic dualistycznego Nieznanego (racjonalnego i surrealnego jednocześnie) trzeba zastosować prócz liczb i liter także symboliczne barwy. Kolory -energie, odcienie znaczeniowe w skomplikowanych działaniach na subtelnej materii (cyfrowego pisma). Paradoksalne połączenie konsekwentnego racjonalizmu, a nawet scjentyzmu z irracjonalnym imperatywem siania chaosu. Co to za siła zniszczenia? Narysuj wektor samorozpadu. - jak polecenie z podręcznika teologii fizycznej. Dynamometr nieosobowego a osobistego Zła, fenomen naukowych religii, koncept kine-etyki jako etyki przekraczającej ramy działu filozofii. Charakterystyczne napięcia dla prozy autora "Świętego Wrocławia" wystąpiły wcześniej w stanie laboratoryjnym w dziełach dwudziestowiecznego pisarza H.P. Lovecrafta. "U Lovecrafta jest coś nie do końca literackiego." - pisze M. Houllebecq i cytuje fragment symptomatycznego listu geniusza z Providence. Ten fragment ja postrzegam jako mikrokosmos, drobny element w zbliżeniu, cząstkę odzwierciedlającą fabularne całostki Lovecrafta, Houllebecqa, Orbitowskiego i ... toutes proportions gardées ... mego bloga-bloba "Globu": "W sztuce niczemu nie służy uwzględnianie chaosu świata, gdyż ów chaos jest totalny, więc żaden tekst pisany nie może dać nawet jego przybliżonej wizji. Nie mogę wyobrazić sobie struktury życia i kosmicznej siły inaczej niż jako skupiska punktów ułożonych w spirale bez wyraźnego kierunku." Ja podobnie postrzegam - w syntetycznym skrócie wielostronicowe, blobiaste, bombastyczne fabularnie, fraktalne treściowo dzieła Łukasza Orbitowskiego. Opanowany przez widma krakowski Kazimierz i Kielecczyzna w "Tracę ciepło", święty przeklęty Wrocław - czarna dziura wsysająca realne miasto z jego mieszkańcami, chata zbudowana z antymaterii traumatycznych wspomnień w "Nadchodzi" swoją genezę, ontologię, mogłyby wywodzić z nie-miejsc Lovecrafta, że wspomnę choćby infernalne Innsmouth. Podobnie jak u Amerykanina na taką a nie inną topografię przestrzeni przedstawionej ma wpływ pierwiastek zła. Demonizm polega często na przestawianiu pojęć, co przeklęte lubi przebierać się za święte. Quasi-religia, sekciarstwo, herezje, samozwańczy prorocy - to motywy łączące obu pisarzy. Przywoławszy epistolarne zdania Lovecrafta Houllebecq podkreśla jeszcze jedną bardzo istotną ich implikację. Nie idzie tu wyłącznie o wybór filozoficzny, równolegle chodzi o imperatyw techniczny. Chaos jako wyzwanie, siły dezintegracyjne atakujące strukturę, podmywające system. Z tych naprężeń wychodzą nowe formy, paradoksalnie prawdziwsze, mniej zakłamane w relacjach do złożonej rzeczywistości. I Lovecraft i Orbitowski często zaczynają tam, gdzie mniej zdesperowanych pisarzy zatrzymuje uwewnętrzniona cenzura. Można ten proces opisać w formułach psychoanalitycznych, ja wolę -zamiast akademickich analiz- ukazać to samo w postaci stworzenia FORMY ADEKWATNEJ, wywalenia na światło dzienne wewnętrznej gmatwaniny lekturowej, uzewnętrznienia luster, które pokazywałem bazyliszkowatym fabułom, ze świadomością własnych dziwactw, podobnie hybrydycznych, bezkształtnych, śmiesznych, obrzydliwych. Pisanie i czytanie to podwójne rozwiązanie tej samej rozdwojonej niewiadomej: dwóch iksów o różnych znaczeniowych odcieniach, dwóch wielkości, z których każda jest i większa i mniejsza od drugiej. Dzięki nowym mediom można to sobie łatwiej uzmysłowić, choćby zadając sobie pytanie: jak obraz mieści się w dźwięku a dźwięk w obrazie? Czy nie jest tak, że dopiero gdy są już połączone w naszym umyśle, pozwalają na po-rozumienie?
À propos takiej paradoksalnej figury literackiej przypominającej fraktal, nie chodzi wyłącznie o samopodobieństwo, o identyczność części i całości. Pytanie dotyczy ontologii fragmentu świata, który jest jednocześnie całością. Czym jest na przykład Święty Wrocław, miasto w mieście, jak czaszka w czaszce? Na jakich zasadach istnieje kraina jezior - w "Tracę ciepło" paradoksalny zbiór obejmujący świat i zawarty w świecie postrzeganym pięcioma zmysłami? Czym jest układanka w "Horror show", pokawałkowanym wizerunkiem fragmentu świata przedstawionego, czy całym powieściowym światem, sensem zamkniętym w puzzlach do skła-po-da-nia, do po-skła-da-nia. Mam wrażenie, że wciąż brakuje mi kilku kawałków. Na dodatek łudzę się, że w ostatnim elemencie zawiera się prawda ostateczna, obraz całości. Nie tyle jako dopełnienie, co .... podmiot (w) całej SKŁADNI. Obawiam się, że na końcu mogę ujrzeć ... samego siebie, uwięzionego w świecie przedstawionym Łukasza Orbitowskiego, jak bohater fabularnej gry BAKEMONO, wystawiony na działania orientalnych demonów, błąkający się po widmowych arteriach Metropolii, jak znarkotyzowany flâneur, spacerowicz symultaniczny, piechur w realu/wędrowiec po wyobraźni. Aż przystaję i przestaję. Nie chce mi się więcej, nie chce mi się dalej.
7.
Lenistwo jest wewnętrzną siłą oporu pozwalającą utrzymać równowagę osmotyczną z napierającym zewnętrznym światem. Co ciekawe najbardziej ofensywne, dążące do zaanektowania naszych multiplikujących się a przez to coraz słabszych JA są przychodzące do nas z zewnątrz twory WEWNĘTRZNEGO świata - cudzej wyobraźni. To jak figury opętania, traktujące żywych jak egzystencjalne wehikuły. Na czytelnika czyha rosochaty
Anomia jest jak globulina milczenia w osoczu głośnego zdania, niema anemia krwi, nowotwór w obiegu globalnej komunikacji, krążący w nim bez jednego słowa.
9.