Bogdan Zalewski
7 sierpnia 2011, 17:22

Rebusy zbrodni w Przegorzałach na dawnym Zamku Wartenberg

Dedykowane Michałowi Zielińskiemu- pokłosie korytarzowej rozmowy.
Motto:

„Apolityczność jest stałym problemem każdej kultury politycznej. Instytucje nie są w stanie uczynić nic poza tym, że stabilizują i porządkują już zastane przez nie pole społecznych sił. Nawet najlepszy system instytucji nie jest doskonały. Zawsze będą istniały jednostki i grupy niezadowolone z porządku ustalonego w danym momencie historycznym, a wraz z upływem czasu i zmianą warunków pojawią się nowe powody do niezadowolenia. Instytucja musi nieustannie się odnawiać, radząc sobie z problemami, które pozostawione bez rozwiązania, zniszczą jej wartość i sens. Jeśli elita rządząca jakiejś instytucji nie dokona tego rodzaju adaptacji, coraz więcej ludzi będzie odczuwało swe ‘wyłączenie’. Jeżeli w danym społeczeństwie ludzie ci są wystarczająco liczni i jeśli wyrażą swe uczucia i idee w filozofii życia atrakcyjnej dla tych, którzy żyją we wspólnocie ‘ciałem’, lecz nie uczestniczą w niej ‘duszą’ (by użyć platońskiego określenia) to mamy wówczas do czynienia ze zjawiskiem apolityczności na skalę społeczną. Jeśli ponadto ‘wyłączeni’ jednoczą się i organizują w celu [podjęcia] działań politycznych, to sytuacja dojrzewa do rewolucji.”


Eric Voegelin „Lud Boży”
(fot.B.Z.):Luneta wycelowana w Glob


) lecz zacznę najprościej jak umiem na temat " Uwikłania" … Niedawno wybrałem się z żoną na film Jacka Bromskiego w ramach rodzinnej terapii kulturalnej. … Chcieliśmy sobie oboje z Dorotą zaaplikować zastrzyk mocnych emocji, wybudzający z letniego letargu, melancholii wywołanej słotą słynnego lipcopada. I na tym się, niestety, musi tutaj skończyć ta moja naiwna prostota. Już czuję, że zamiast „Uwikłania” zacznie się moje „Wydziwianie”. Spróbuję zatem inaczej … Nie znałem powieści Zygmunta Miłoszewskiego, na kanwie której powstał kinowy obraz )notabene narodził się chyba trochę na przekór autorowi, reżyser poprzekręcał mu elementy fabuły pod kątem polityczności, podkręcając ten aspekt i wykręcając środowiskowo jego psychologiczny thriller](; nie przeczytałem oryginału więc ten niby bezpieczny, stereotypowy, rodzinny charakter seansu natychmiast, już po pierwszej scenie, nabrał dla mnie, jako męża mej żony, dodatkowego, niepokojącego kontekstu. Bo tam od razu związek małżeński wzięto sobie na ruszt. Niby -rzecz jasna- bez żadnych związków z naszym stadłem, mimo to poczułem się jakoś tak nieswojo, jakbym sam brał udział w okrutnej terapii , udrapowanej na sadystyczną psychodramę, może dlatego , że scena rozgrywała się w miejscu, które bardzo dobrze znam, choćby z integracyjnej prozy życia naszych przeszłych, korporacyjnych, radiowych spotkań … I tu się niestety muszę zatrzymać, bo nie mogę zdradzić powodu mego niepokoju. Nie dlatego, że w związku z tą wiwisekcją zadziałała we mnie jakaś freudowska autocenzura. Nie chcę po prostu psuć odbioru Czytelnikom, którzy jeszcze nie widzieli filmu, więc oszczędzę Wam takich spoilerów. … W takim razie może zacznę tradycyjnie - od oceny. W końcu to ważny element recenzji, czy się dzieło podobało, czy nie przypadło do gustu. … No, więc … jakby tu powiedzieć … Jestem pod dużym wrażeniem filmowej roboty reżysera i jednocześnie twórcy scenariusza- Jacka Bromskiego, autora zjawiskowych zdjęć – Marcina Koszałki, oraz aktorów – przede wszystkim Krzysztofa Stroińskiego w roli prześladowanego, neurotycznego interpretatora, egzegety zagadkowej polskiej współczesności, tak bardzo nasyconej groźnymi memami pamięci. Jestem wdzięczny wszystkim uczestnikom tego artystycznego przedsięwzięcia z wielu różnych powodów – i tych artystycznych i pozaartystycznych. I jedne i drugie tworzą we mnie mocno powikłany splot. … Niestety znów mi się wszystko gmatwa. Może się zatem inaczej wytłumaczę. … Wprowadziłem walor „pozaartystyczności” jako wartość spoza estetycznej skali ocen, rozumiejąc pod tym pojęciem subiektywne kryterium prawdy, empirycznie weryfikowalnej wiedzy życiowej, z pakietu mojego osobistego doświadczenia, choć relatywnie skromnego, to w pełni pokrywającego się z treścią dzieła. … Wystarczy! Oto próbka tak zwanego „bezpiecznego”, politycznie poprawnego, stylu. Jednak tylko z pozoru brzmi to wystarczająco drętwo, bo jestem pewien, że i tak ta zawikłana składnia, pastisz konformistycznej autocenzury przestraszonego koniunkturalisty o skrywanych głęboko buntowniczych ciągotach, nie uśpi czujności słynnych „łowców PiS-owców”. Podejrzewam, że niektórzy przyszli recenzenci mojej skromnej recenzji, wyczuwają już PiSmo nosem, bo poszła fama, że właśnie PiS-owskim „ponurakom”, zwolennikom antysystemowej partii, groźnej dla porządku publicznego, powinno podobać się „Uwikłanie”. Symetrycznie: recenzentom, a więc i czytelnikom „Gazety Wyborczej” - podobno podobać się nie powinno. I chyba nie zmieni tego nawet bardzo pozytywna opinia wygłoszona na gorąco, tuż po premierze, więc może w sposób samodzielny i nie do końca przemyślany, przez filmowego Lwa Salonu- Andrzeja Wajdę. Nie będę jednak grzebał w archiwach najbardziej poczytnego dziennika, bo nie mam zamiaru wchodzić z kimkolwiek w polemiki wokół najbardziej czytelnego dla krytyków, „ubeckiego” tematu w tym filmie. Nie będę dolewał paliwa do ognia, w którym płonęły archiwa, ani nie będę gasił zapału zwolenników grzebania w popiołach. Niech lustracja wciąż rozgrzewa serca, umysły i klawiatury wrogo nastawionych do siebie publicystów, toczących boje o „Uwikłanie” po dwóch stronach papierowego, prasowego frontu, czy też sieciowej cyber-barykady. Żeby nie przedłużać prostej, żołnierskiej relacji i zająć się poważniejszą według mnie problematyką, od razu zdradzę, że już od dawna jestem przekonany o uwikłaniu się wielu przedstawicieli naszego establishmentu w gęste post-esbeckie pajęczyny układów. Trudno się oprzeć przekonaniu, że nasz kraj mocno oplotły skryte przed oczyma maluczkich siatki interesów. Ciężko oddalić podejrzenia, że się w jakiejś mierze poddaliśmy dyktaturze dawnej oraz obecnej agentury. Trudno mi uwierzyć, że tak wiele tak kiepskich i wrednych politycznych, ekonomicznych czy kulturalnych scenariuszy w Polsce i dla Polski nie napisano pod dyktando różnych grup wpływu z „głębokiego zaplecza”. Wystarczy przeczytać parę książek i trochę artykułów, oraz rozejrzeć się dookoła … Mógłbym tak jeszcze długo, tylko po co uparcie powtarzać utarte prawdy? By ubierać je w retoryczny blichtr? Mnie coś innego uderzyło w świetnym filmie Jacka Bromskiego niż diagnoza znana i stara jak III RP, że Polską wciąż faktycznie rządzą „loże”, wywodzące się często ze spec-służb, zakorzenionych jeszcze w PRL-u. … To nie ta banalna dla mnie, publicystyczna teza, a sposób jej przedstawienia natchnął mnie do snucia tej hipertekstualnej siatki skojarzeniowej. Może to dziwnie zabrzmi, ale bardzo rzadko się zdarza, żeby kinematografia zaintrygowała mnie swoistą kartografią, topograficznym ujęciem tematu, bardzo oryginalnym, wielowarstwowym obmapowaniem filmowanego terenu. Obraz Bromskiego zawiera wiele różnych map- to cały ich atlas, od dosłownie rozumianej geografii miejsc (Przegorzały, krakowski Rynek i okolice, dzielnica Kazimierz) po ujęcie psychologiczne, czyli metodę mind mapping, z jej symboliką barw (kontrastami jasność/mrok), swoistą metamatematyczną, z ducha pitagorejską rolą liczb (wyróżnione, znaczące daty, zawierające dodatkowe ukryte informacje; nasycone sensami, losowe numery totolotka -19,17,22- jako znaki ludzkiego losu), oraz nielinearnością (komplikacje czasowe, retrospekcje z PRL-u wchodzące głęboko w teraźniejszość III RP). Dobrze jest uważnie obejrzeć „Uwikłanie” choćby po to tylko, aby ujrzeć na dużym ekranie taki wszechstronny, wielowarstwowy, „trójwymiarowy” plan Krakowa. Miasto jest tu niemym, ale znaczącym bohaterem, od początkowych sekwencji do końcowych scen stanowi jedną z głównych ogniskowych uwagi widza. W odróżnieniu od politycznej publicystyki, która uaktywnia tylko lewą, racjonalną półkulę odbiorcy, „polityczny” film Bromskiego jest rodzajem widowiska performatywnego. Jego odbiorca chłonie wiedzę o rzeczywistości dwiema półkulami, wieloma zmysłami, całościowo jak w jakimś Gesamtkunstwerk na miarę doby popkultury- totalnym dziele na temat totalitaryzmu. Umysł widza staje się ekranem dla urbanistycznego centrum, a także dla jego obrzeży, na których wydarzają się rzeczy niewyobrażalne dla optymistów uzbrojonych w tarczę kłamliwego racjonalizowania i fałszywego moralizatorstwa. To jednocześnie na tych dwóch planach – domenie performatywnych ruchomych obrazów miasta wywołujących poruszenie w przestrzeniach umysłu- rozgrywa się wszystko, co najważniejsze dla pełnego zrozumienia sensu opowieści, nie tylko dla rozpoznania zagadkowych kręgów kryminalnej intrygi. Oto widzimy, jak pierwsza zbrodnia -niby kamień- gwałtownie zakłóca pozorny spokój wodnej tafli życia. To nagłe zaburzenie tworzy koncentrycznie rozchodzące się koła, coraz dalej i dalej, jednocześnie w czasie i przestrzeni, jak niewidzialne fale na Wiśle w dolinie filmowanej z góry. I oto nagłe zbliżenie – scena w kawiarni na promie przycumowanym do wiślanych bulwarów, scena wyreżyserowana podwójnie, z turystami- statystami wynajętymi przez Super-esbeka; nagła iluminacja – filmu w filmie, podwójnie odczarowana rzeczywistość; jednoczesna, warstwowa deziluzja- dla bohaterki, której objawiona zostaje rola esbeckich pomagierów- udawaczy na stateczku, oraz dla widza, który musi sobie uświadomić sztuczność kinowej konwencji. Notabene na takim metafilmowym poziomie zaczęto postrzegać świat przedstawiony na innym, znacznie wcześniejszym filmowym statku - w „Rejsie”, kiedy wyszła na jaw prawdziwa, życiowa rola reżysera- Marka Piwowskiego ! Jak w soczewce lunety, cudownie skonfigurowanej z superczułym mikroskopem, można dostrzec w „Uwikłaniu” efekty oddziaływania, niewidzialnych gołym okiem, jasnych i mrocznych energii. Miałem wrażenie, jakby reżyser łączył w tym filmie wrażliwość artysty z precyzją oryginalnego naukowca, prezentującego izobary społecznych ciśnień, izotermy biegnące od punktu do punktu, w obrazie- syntezie, dziele czerpiącym z wielu dziedzin. Czułem, że jeśli trochę bardziej wysilę swoje zdolności poznawcze i wyostrzę percepcję, będę mógł dostrzec w kadrach szybkie ruchy strzałek-wskazówek dla widza-wybrańca, oraz poglądowe podprogowe mikro-info-grafiki, obrazujące podstawowe wewnętrzne napięcia, fronty niewidzialnych na co dzień starć. Jakbym wcale nie siedział z żoną na seansie w klimatyzowanym multipleksie, a w dusznej salce jakiegoś „latającego uniwersytetu” w PRL-u, na peryferiach Krakowa, chłonąc w napięciu niszowy wykład akademickiego outsidera i jednocześnie politycznego wywrotowca, zbuntowanego przeciwko uproszczonym koncepcjom kolegów z naukowego mainstreamu, indywidualisty marzącego o przenicowaniu obrazu rzeczywistości, i właśnie w tym celu prezentującego na ekranie manifest rewolucji psycho-politycznej. Ale jednocześnie prześladowała mnie myśl, że ta psycho-pompa tłocząca wywrotowe treści, to może być rodzaj wentylu bezpieczeństwa, konieczne, delikatne spuszczenie pary z zamkniętego szczelnie kotła … Zdaję sobie sprawę, że mocno przesadzam, lecz piszę tylko o swoich osobistych odczuciach, opisuję kinowy obraz odwrócony w mojej prywatnej camera obscura, śledzę tu tylko cienie filmowych postaci, jak widma widm poruszające się na ścianie mojej platońskiej jaskini. … Podejrzewam, że pobrzmiewa to lekkim obłędem i wygląda na psychopatologiczny symptom, ale spróbuję pokazać metodę w tym moim „oszołomstwie”. … Po pierwsze: to moje fantazjowanie na kanwie filmu jest podobnym zabiegiem jak „przeróbka” przez Bromskiego prozy Miłoszewskiego. Mój hipertekst, w założeniu krótka notka, planowany post na internetowym forum pod „Globem”, zaczął żyć własnym mniej „postnym” życiem i ze skromnej objętościowo relacji z kina oraz drobnej recenzyjki zamienił się w swoistą „adaptację” filmu, już będącego przecież adaptacją książki. W ten sposób mnożą się kolejne warstwy medialnych werniksów, kolejne symboliczne całuny na „rzeczywistym” obliczu Krakowa. Po drugie: moje amatorskie „psychologizowanie” to efekt nieortodoksyjnych teorii prezentowanych w "Uwikłaniu"- wygłaszanych expressis verbis, w charakterze mini wykładów przez doktora Cezarego Rudzkiego. Całkiem możliwe, że snując podczas projekcji własne projekcje w umyśle, ulegałem wpływowi metody " ustawień rodzinnych"; może nie tyle samej koncepcji Berta Hellingera, co pewnej pseudo-duchowej aury obecnej w filmie Bromskiego, przeniesionej wprost z powieści Miłoszewskiego. Czyżbym jako widz został wrzucony wraz żoną w nowe filmowe „wiedzące pola”, gdzie byłem zmuszany przez zagadkowego guru do odgrywania założonej przez niego roli? Czy to dlatego w obronnym geście, w panicznej reakcji na paranoidalną presję, ze strachu przed wyrolowaniem kreśliłem wokół siebie własne, magiczne „kręgi wiedzy”? Tworzyły je wyobrażone wektory biegnące regularnie w przeróżnych kierunkach, ze środka Krakowa, jak z energetycznego ośrodka, z E-Centrum, z pulsującego źródła: zarówno dobra jak i zła, oraz jednocześnie światła i ciemności. Eksperymentowałem z interpretacjami, oddawałem w sobie pola do bitew na argumenty, kibicowałem rozgrywającej się we mnie psychomachii: Zależy jaką optykę przyjmiesz, zobaczysz inną wersję tego samego, drugą stronę, odmienną domenę: demona lub anioła stróża dla dynamicznej, społecznej zbiorowości. Zainspirowany obrazami wyświetlanymi w ciemni kina, fantazjowałem o niewidzialnym, ale narzucającym mi się wciąż binarnym symbolu- nierozstrzygalniku. To ta ukryta pod emitującą świetlne obrazy latarnią, pod laterna magica, oksymoroniczna jaskrawo-mroczna matryca rzeczywistości , która za każdym razem inaczej rezonuje w umyśle, w zależności od psychofizycznej i biograficznej struktury odbiorcy. Tak tłumaczyłem sobie samemu ten arcypolski dysonans poznawczy. Usłyszałem w swych uszach podszepty. Czy to znany mi już wcześniej zwodniczy sufler- dajmonion tak wodzi na pokuszenie swym profesjonalnie ustawionym aktorskim timbrem? Czy znasz ten pulsujący brakiem tętna znak, żyjącą gwiazdę śmierci? Oto masz tutaj osiem głównych linii, z grotami chaosu rozchodzącymi się dookolnie- z przeszłego matecznika obecnych układów, które zrobią z ciebie parodię świętego Sebastiana, albo- przeciwnie- osiem promieni solarnej, optymistycznej idylli, jeżeli tylko zachowasz się rozsądnie i „wybierzesz przyszłość”. I ujrzałem jednocześnie, coś czego w tym samym momencie zobaczyć nie sposób, bo to nie-do-pogodzenia. Esbecja, mafia, szafa, gliny, zdrada, manipulacja, zbrodnia i szmal ← i/albo → dobrobyt, rodzina, miłość, dom, wierność, dziecko, niewinność, szczęście. Wybierz własne odwzorowanie, choose your life, bądź sobie beztroskim optymistą, albo i gnębionym ciągle ponurakiem, lecz wiedz, że żaden rzut tej naszej III Rzeczypospolitej 'Obojga Narodów' nie może być adekwatny, bo każda mapa na swój sposób deformuje prawdę. Tej kwestii w filmie Bromskiego nikt nie wypowiedział, a mimo to słyszę ją wciąż, cedzoną powoli i dobitnie akcentowaną głosem Andrzeja Seweryna, filmowego byłego SB-eka, dystyngowanego prezesa, ubolewającego nad upadkiem obyczajów, ogólnym schamieniem i postępującym zidioceniem. (Za moich szczenięcych czasów też się dyskutowało w gronie moich młodych rówieśników o prozie Salingera. Tą trawestacją- wtrąceniem chcę oddać ironię sceny z bezpieczniakiem na ławeczce w rajskim krakowskim parku perorującym o dekadencji w demokracji, wygłaszającym tonem prawicowego konserwatysty diatryby przeciwko młodzieżowej erotomanii.) Ujrzałem na dużym ekranie taki potężny kontrast: rozsłoneczniony pejzaż "grodu Kraka", turystycznego paradiso, ogarniany spojrzeniem z wysoka ( z lotu anioła w Krakowie , z tarasu kawiarnianej beztroski, albo z okien neo-modernistycznego apartamentowca, symbolu materialnego sukcesu), skonfrontowany z mrokiem podejrzanych ulic i infernalnych wnętrz, szemranym interiorem knajpianych kibli, ciemną krakowską kiszką pełną krwi i dwunożnych pasożytów. Snuję te osobiste fantazmaty, bo nie chcę Wam ani za dużo opowiadać, zdradzać fragmentów fabuły. Z drugiej strony mam dylemat, bo nie chcę nikomu niczego podpowiadać, suflować własnych obsesji. To tylko sztuka dla sztuki, zbędne ruchy w wyobraźni, przelewanie z ekranu na ekran, z kina na komputer. Nie chcę nikomu narzucać własnego, pewnie mocno spaczonego punktu widzenia. Oj, nie takiego, potencjalnego widza zakładał filmowy projekt. Ja bazgrzę na boku własny, pogmatwany diariusz-scenariusz. Szkicuję grubymi krechami mapę mych myśli, rodzaj filmowej mind map, razem z abstrakcją krajobrazową, topograficzną fantazją. Pragnę ustawić na pierwszym planie to, co rozgrywa się w tle, a co dla mnie i dla Doroty było często równie ważne jak wartka, sensacyjno-kryminalna akcja "Uwikłania". Podkreślam obecność mojej żony, bo małżeństwo w tym filmie to także binarny, paradoksalny układ- wzajemnych odniesień i zaprzeczeń. Niepokoi mnie ta zarysowana w filmie opozycja: uświęcony, lecz martwy sakrament, podszyty fałszem uczuć, kontra dawna miłosna chemia organiczna krystalizowana z przeszłych zauroczeń, chemical wedding, erotyczna retorta niebezpiecznych związków. Nie lubię tej zgranej frazy o "chemii", która potrafi łączyć obcych, lub dzielić najbliższych ludzi. Buntuję się przeciwko tej, podsuwanej dyskretnie, idei, że ludzie są tylko skórzanymi pokrowcami na samolubne ponadindywidualne, inteligentne elementy, nośnikami genów i memów, że autonomia osoby jest ułudą ego. Co więcej, że realne mają być wyłącznie byty zbiorowe - swoista acz nieoczywista rzeczywistość Systemów. Rodzina jest tu pseudonimem i nie oznacza, podejrzewam, tradycyjnego związku krewnych. To dla mnie jakaś wielopoziomowa hipostaza, która - przeniesiona w wymiar realnych relacji- groźnie pobrzmiewa sekciarskim autorytaryzmem w stylu "The Family" Charlesa Mansona, albo mafijnym pojęciem " Famigilia". Ta dwuznaczność powoduje, że wokół postmodernistycznego, bliskoznacznego pojęcia "Układu" tworzy się podobna pseudoduchowa aura. To nie są wyłącznie moje domniemania. Pamiętam zdumiewający dla mnie epizod w karierze Janusza Kaczmarka, byłego szefa MSWiA, który miał być ogniwem "układu". Jak stwierdził Jarosław Kaczyński- "agentem śpiochem" umieszczonym na szczytach władzy za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Pamiętam, jak w telewizyjnym programie- sensacyjnym w swojej filmowej stylistyce „Superwizjerze”, przypominającym formalnie zwiastun „Uwikłania”- Kaczmarek opowiadał o swoich dziwnych związkach z niejakim doktorem Władysławem R., tajemniczym psychoterapeutą. Ten prawdziwy R. był trochę jak filmowy Rudzki, bo "leczył" różnych VIP-ów (m.in. znanych aktorów i polityków) metodami niekonwencjonalnymi, badając bodaj "częstotliwość" ich organizmów. Aż nagle w samym szczycie afery gruntowej „wyparował” z polskiej ziemi, "sublimował" do Rosji. Po obejrzeniu filmu Bromskiego i teraz po zagadkowej śmierci Andrzeja Leppera, przypomniał mi się tamten „Superwizjer”, ukazujący niesamowity węzeł z osób na wysokich stanowiskach (ministrowie, oligarchowie), których łączyła znajomość z kimś w rodzaju szamana, guru, być może hochsztaplera, osobnika udającego kogoś, kim nie jest, by ukryć prawdziwą tożsamość. W programie zacytowano świadectwa, że Kaczmarek pojawiał się w gabinecie doktora R. na badania "kontrolne". O swoich konsultacjach "z Władkiem" – jak sam przyznał - swoim starym znajomym, ten znany prokurator opowiadał dziennikarzom "Superwizjera" niestworzone rzeczy. Cytował swoje pytania do „duchowego mistrza”: "Co Przestrzeń mówi? Czy z tym LiD-em to w ogóle wchodzić w grę?". I tajemnicza "Przestrzeń" odpowiadała - ustami terapeuty, doktora R., na taki polityczny temat-dylemat. Gdy sobie pomyślę, że polityk piastujący wysokie funkcje w państwie opowiada dziennikarzom o takich kontaktach, moje rojenia o aurach i agenturze nabierają innego znaczenia, wchodzą w inny, paradoksalnie bardziej realistyczny wymiar. Nieortodoksyjne teorie psychologiczne przywoływane w filmie Bromskiego nie muszą być wyłącznie sensacyjną otoczką, ukłonem w stronę masowej publiczności, spragnionej New age’owskich ersatzów prawdziwej duchowej głębi. "Wiedzące pola" -moim zdaniem- można potraktować także jako pseudonim inaczej rozumianego "rodzinnego” Systemu, z „rodziną” jako zbiorowością ludzi niekoniecznie ze sobą spokrewnionych, ale za to powiązanych mocnymi „przezroczystymi” nićmi. To synonim związków, które wykraczają poza zwykłą, akademicką, racjonalność socjologiczną, bo ocierają się o metafizykę władzy. Notabene, film Bromskiego kończy się sceną, której oczywiście nie zamierzam zdradzać, ale chciałbym uczulić widzów na rolę, jaką odgrywa w niej słynna reklama „zimnego Lecha”. Pytanie - czy to rodzaj product placement czy też raczej idea placement nurtowało nie tylko mnie. Mój kolega – dociekliwy dziennikarz RMF FM Michał Zieliński- z charakterystyczną dla siebie autoironią i z lekka brytyjską flegmą- przyznał w luźnej rozmowie ze mną, że mocno zastanowiła go ostatnia scena, nie tylko ze względu na jej spektakularny charakter, nie tyle z powodu zdarzenia rozgrywającego się na pierwszym planie, co właśnie drugoplanowej scenerii, kulis pełnych miejskich komunikatów, typowych dla urbanistycznego pejzażu, tła pełnego komercyjnych informacji, które jednak w filmowym kontekście zaczynają pulsować innym sensami. Michał, z uśmiechem błąkającym się na ustach, przyznał, że przez głowę przemknęła mu myśl, aby nie bagatelizować kierunków geograficznych w filmie, osi Wschód- Zachód. A ja oczyma wyobraźni zobaczyłem szpikulec, na którym jak na historycznym rożnie obraca się Kraków. Zieliński opatrzył tę swoją wypowiedź ironicznym cudzysłowem, ja w tym hipertekście podążyłem bardziej na serio podobnym tropem myślenia, ulegając wrodzonej mi pansemiozie. Może dlatego, że często łapię się na takich nieco wstydliwych i trochę żenujących refleksjach. Trochę się od nich dystansuję, ale czasami niektóre „podkorowe” sygnały dają mi do myślenia. Przykład pierwszy z brzegu, w ten deseń, humorystyczny. Przywołuję go jako swój dowcip, ilustrujący ideę map. Oto Tomasz Zubilewicz, znany prezenter pogody, reklamuje jakiś preparat przeciwko złemu cholesterolowi: widzimy na mapie pokazywanej przez synoptyka nadciągający z Zachodu cholesterolowy front burzowy, ale nic to, bo ze Wschodu przegania go inny – wyżowy, związany z działaniem leku. Ta poglądowa prezentacja bazuje na dwuznaczności słowa „front”, terminu z pogranicza, binarnego semantycznie, związanego z meteorologią, ale także należącego do słownika militarnego. Metaforyka kierunków przestrzeni – atak ze złego Zachodu, kontratak z dobrego Wschodu wpisuje się więc podświadomie także w pewną wizję historii Polski, z zachodnimi agresorami gwałcącymi naszą suwerenność i wschodnimi wybawicielami, którzy przynoszą nam tu wolność na bagnetach. To, co teraz piszę, podkreślam, jest tylko rodzajem żartu, ale jednak warto się zastanowić, jak wiele przekazów, które przyjmujemy jako płaskie i oczywiste, pozbawione głębszego znaczenia poza komunikatami odbieranymi wprost, tak naprawdę zawiera liczne presupozycje, które utrwalają w nas klisze pożądane przez strażników Systemu. Przykład bardziej oczywisty ideologicznie to plakat , który przykuł ostatnio moją uwagę.


(fot.B.Z.):Euro aria dla Atlety w cyrku cyrylicy


Zauważyłem go w witrynie wiaty, i zacząłem go analizować , skracając czas oczekiwania na tramwaj. Ta propagandowa ikona polskiej prezydencji w Unii jest rodzajem rebusu. Oto widzimy mapę czerwonej Polski wpisanej w ciało atlety ze Wschodu, siłacza odzianego w cyrkowy trykot. A cóż to za propagandowy cyrk! – pomyślałem. Czyżby autorzy plakatu chcieli dać mi do zrozumienia, że to całe rządowe pijarowskie napinanie się w związku z przewodnictwem Polski w Radzie Unii Europejskiej, tak naprawdę jest grą pozorów, że jako kraj jesteśmy tylko częścią olbrzyma ze Wschodu, który pokazuje Zachodowi swoją siłę, popisuje się wytrenowanym przez siebie polskim muskułem? Gdyby nie był to oficjalny plakat, pomyślałbym , że zaprojektował go słynny tropiciel niejawnych scenariuszy polskiej prezydencji – Aleksander Ścios. Takie przykłady można by mnożyć. Zatrzymam tu jednak mój strumień skojarzeń, by wrócić do głównego nurtu rozważań. Uważam, że w szczelinach pomiędzy tradycyjną socjologią, semiotyką czy psychologią , a nieortodoksyjnym dyskursem paranaukowym, nieuznawanym przez wielu uczonych, sposobem myślenia przefiltrowanym dodatkowo przez twórczą wyobraźnię artystów, mogą zrodzić się nowe pola do popisu, do opisu Systemu. Być może przy pomocy takiej nowej metody badawczej, łączącej naukowy paradygmat, artystyczne wizje i subiektywne epifanie dałoby się rozwiązać rebus neokomunizmu, jako niezniszczalnego, hermetycznego, hierarchicznego zbioru wiedzących kręgów, z jednostkami, wchodzącymi w rolę innych ludzi-liczmanów, tych którzy wypadli i wciąż – jak widzimy w „Uwikłaniu” i w życiu– wypadają z Obiegu. Albowiem – jak nam się wciąż udowadnia, w realu, a nie tylko w filmie- w odróżnieniu od wymiennych, śmiertelnych ogniw, niezniszczalne dłuższy czas są tylko morfogenetyczne pola. Tak można by opisać na przykład zjawisko kooptacji części tak zwanej opozycji, która w pełni przejęła funkcję dawnych zamordystów. Może w ten sposób dałoby się jakoś zrozumieć niesłychane wolty takich polityków jak Radosław Sikorski, który z antysystemowego radykała stał się swoistym Robespierrem dla antysalonowej prawicy, nawołującym do „dorżnięcia watah”. Być może to ponadosobowa racjonalność samoodtwarzającego się Systemu pozwala dostrzec prawdziwą mądrość etapów u takich publicystów jak Cezary Michalski. Jego wolta, jego ideologiczne salto mortale w optyce jego byłych konserwatywnych fanów, nie będzie już tylko symptomem cywilnej śmierci wnikliwego interpretatora neototalitarnych aberracji, ale będzie mogło zostać zrozumiane jako konieczne dla zdrowej diety neototalitaryzmu pożeranie radykalnych buntowników, aby w brzuchu Lewiatana mogli obumrzeć i po trzech dniach zmartwychwstać do nowej roli piewców Potwora. Być może znów potrzebujemy takich mitologicznych narracji oraz ich interpretacji, potrzebujmy legend- właśnie w takim binarnym ujęciu: „legend” jako zbiorowych opowieści o indywidualnych bohaterach oraz „legend” rozumianych jako objaśnienia do wielowymiarowych map. Niewyraźne tropy takich intuicji, które tu świadomie utrwalam i archiwizuję, dostrzegalne są w „Uwikłaniu”. Ich obecność wyczuwam w filmowej koncepcji krakowskiej przestrzeni - "przestrzeni" pojemniejszej jako pojęcie, bo dynamicznej, wielowymiarowej, obejmującej domeny umysłu i historii, otwartej na Psyche i Klio. Tak, więc analizując fenomen znaczącego krajobrazu w filmie Bromskiego, bynajmniej nie miałem na myśli trywialnych, turystycznych aluzji do znanych miejsc w mieście i na jego peryferiach. Weźmy ten, tak istotny w filmie, wątek seansu na Zamku Przegorzałach, wykutej w kamieniu pozostałości po symbolicznej hitlerowskiej "strażnicy". Historia to przecież także palimpsest architek(s)tów, więc mamy w naszej tradycji i taki przekaz, napisany aryjskimi runami, nazistowskim charakterem pisma. Gdy na wschodzie Krakowa rysuje się wyraźny wektor komunistycznej Nowej Huty - socjalistyczne dziedzictwo w wersji internacjonalistycznej, na zachodzie- w pięknym, „europejskim” pejzażu i w atrakcyjnej dla oka budowli nawiązującej do romantycznych tradycji nadreńskich, błąka się upiór niemieckiego narodowego socjalizmu. Spokojnie, to tylko dygresja, awaria Systemu, to wyłącznie moja maleńka glossa, drobny dopisek na marginesie planu, nie filmowego, a geopolitycznego. Nie ten totalitarny trop prowadzi do „Uwikłania”. Gdybym namawiał Was do takich analiz świata przedstawionego w filmie, poszedłbym za daleko. Nie było intencją autorów budzić w Przegorzałach ducha Generalnego Gubernatorstwa . Jednak czasami sam charakter miejsc budzi szczególne emocje, kolejną pożywkę dla interpretacji, pewnie dalekich od założeń twórców. A może jednak warto udać się w taką subiektywną podróż obrzeżami "Uwikłania", poddać się rytmom ukrytym w obrazach, śledzić uważnym okiem pracę samej kamery, podziwiać role odgrywane nie tylko przez świetnych polskich aktorów, ale także przez "mówiące" elementy tła. Przywołałem motyw tajemniczego kamiennego gniazda, bo to krakowska zagadka- jak to możliwe, że w arcy-polskim pejzażu przetrwał aż tak wyraźny ślad hitleryzmu z jego magicznym hermetyzmem- ale to raczej zamknięta historia, mimo, że ezoteryka nazistów dziwnie się mi się rymuje z nieortodoksyjnymi teoriami "rodzinnych więzi". Jakby skompromitowane pojęcie "więzów krwi" odrodziło się w innej bardziej subtelnej, sekciarskiej wersji „wiedzącego rodzinnego pola”, rodem z rojeń bliskich ideologii New Age. Te tajemne związki można by szczegółowo naświetlić, pokazując okultystyczne źródła hitleryzmu. Jednak nie zapominam, że film Bromskiego sięga do naszych nowszych dziejów i wciąż żywego, niestety, ukrytego totalitarnego nurtu wypływającego z zatrutych źródeł III RP a nie z III Rzeszy. Ten filmowy obraz współczesnej Polski, odmalowany za pomocą tak wielu werniksów, polecam nie tylko tym, którzy potrafią dostrzec tę głębię „uwikłań”. Zachęcam także tych innych, tych o odmiennym spojrzeniu. Popatrzcie na „Uwikłanie” swoimi oczami, pokrytymi -jak co dzień jak pączki w cukierni- podwójną błoną różowego lukru. Ależ to będzie słodki film! Z apetycznymi aktorkami i krakowskimi smaczkami. (


(fot.B.Z.): Kopiec Kościuszki po retuszu. Nie pomoże blansz i róż, taki pejzaż jest i już.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (13) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest trzy razy cztery? wpisz liczbę

Wyślij »
Kalendarz