Bogdan Zalewski
10 września 2011, 10:10

Samodonos z Dosłońc - sztuka retorycznych uników między ekfrazą a parafrazą.

Motta:

„(…) pewna grupa pisarzy- których możemy nazwać ekfrastykami- koncentruje się wokół określonych obiektów (obrazów, rzeźb, zdjęć, filmów, a nawet znaczków pocztowych) i przypisuje im rozmaite intencje, dyspozycje i języki. Te ostatnie odgrywają kluczową rolę, albowiem ekfrastyczna gra polega na tworzeniu opisów wyżej wymienionych obiektów.”

Grzegorz Jankowicz „Reguły ekfrastycznej gry”

„I pamiętajcie, że z nami- „sportowcami”- nie trzeba rozmawiać wyłącznie o sporcie.”

Moja parafraza uwagi Patryka rzuconej na pożegnanie

„Mógłbym porównać to, czym taki przegląd wspomnień jest dla mnie, z tym, czym był kiedyś – zanim osiągnąłem ósmy rok- różaniec, wiszący u wezgłowia łóżka. Był mianowicie światem skróconym w dziesiątki ( z większym ziarnem między dziesiątkami i krzyżykiem na końcu), światem, który można było objąć dłonią; albo też roślinną naturą, zawartą w całości w postaci pachnącego groszku, nasturcji, lwich paszczy w malutkim ogródku, jaki uprawiałem na wakacjach; albo wreszcie dziwnym znakiem, który – niczym pieczęć Salomona- zdawał się streszczać całe moje uniwersum.”

Michel Leiris „Wiek męski”

) „od dzisiaj pensję będzie przynosił mi wiatr” – rzucił z uśmiechem Piotr, z charakterystyczną dla siebie lekkością, z tą swoją, z pozoru niedbałą, precyzją sytuacyjnych point. W tym konkretnym przypadku zabrzmiało to tak, jakby tym jednym celnym zdaniem przydeptał prezydencką głowę na dziesięciodolarowym banknocie, który znalazł poprzedniego wieczoru. Trzymał teraz triumfalnie to dziesięć baksów w obu dłoniach i lustrował wizerunek twórcy dolara, wypatrując znaków wodnych pod mdławe światło poranka w Dosłońcach, potwierdzając ostatecznie autentyczność swego meta-ekonomicznego, autotelicznego, walutowego znaleziska, o wartości przekraczającej nominalną cenę, zwrócony w kierunku okna z widokiem na zachmurzone niebo. A przecież to sam FED fałszuje dolce na potęgę, w widoczny, choć inaczej, sposób, więc co tam te wszystkie filigrany, gdy ciągle przez fiducjarną szajkę jesteś ogrywany. Snuły mi się po głowie rozpaczliwe rymy, na widok kolegi, gdy wylegiwałem się w łóżku, nadal nie w pełni sił, w rogu hotelowego pokoju, i sięgałem co i raz po małą buteleczkę z zielonego szkła, stojącą na blacie nocnej szafki. Ciepła, gazowana woda mineralna ze stylizowanym napisem „Buskowianka” na etykiecie budziła we mnie odruchowe skojarzenia z dłużącym się niemożliwie, niesłychanie nudnym przemówieniem przemiłego siwego pana, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, z tą retoryczną porażką okraszoną entuzjastycznymi komentarzami wyłącznie zaufanych gości zebranych w studiu TVN24, co zmieniało mi się potem w pompatyczny, polityczny teledysk, propagandowy gniot koniecznie z samplami z wystąpienia butnego Niemca Hansa-Gerta Poetteringa, wygłaszającego po polsku straszne truizmy z manierą papieża Benedykta XVI. Męczyły mnie nadal takie mentalne czkawki. Wciąż bardzo podle się czułem, bo pulsujący ból w czaszce nie pozwalał mi normalnie myśleć, w kolejnych falach przypływów, chyba już chorobliwej, bo trwającej drugi dzień glątwy, wyrzucając na brzeg świadomości przetrawione resztki telewizyjnych obrazów, ciągliwe włókna i strzępki rozmów, połamane rytmy, oderwane od kontekstów gesty, farfocle niespełnionych próśb i zapomnianych ofert, odpalone jak raca i od razu zgasłe fascynacje, wyciągnięte z lamusa fleksje i powtórnie wepchnięte do kąta refleksje. Walczyłem jak Don Kichot –błędny rycerz Nowego Średniowiecza- z tym wirtualnym wiatrakiem w sobie, mimo że wczoraj wcześnie położyłem się spać, odpuściwszy sobie nocne harce na parkiecie do rockowego mixu D.J.-a ADHD, te -jak co roku z lekka dekadenckie- letnie Dionizje radiowców do wirujących płyt, po dniu apollińskich wykładów i prezentacji na ekranie, w związku z początkiem nowego cyklu, medialnego sezonu. Z całej serii tak powtarzalnych, że aż rytualnych dorocznych wystąpień, okraszonych jak zwykle power-pointowymi ilustracjami, wbiła mi się w pamięć jedynie uwaga Janka o zwodniczych internetowych tytułach, które dla zwiększenia efektów „klikalności” bywają całkowicie oderwane od treści ukrytej „w środku”. Jan tę manipulatorską technikę określił neologizmem utworzonym od nazwy popularnego portalu, który, jak sam zauważyłem, stosuje często te erystyczne zagrywki nie tylko w celu łapania w pułapkę naiwnych internautów przy pomocy strategii CKTC, czyli Czytelnik Klikający To Cymbał, znanej pod eufemistycznym angielskim idiomem „Curiosity Kills The Cat”, ale także po to, by otwarcie szkalować politycznych przeciwników spod znaku niepodległościowej prawicy. Jeśli miałbym sparafrazować internetowy artykuł, skonstruowany wedle tej bezpieczniackiej poetyki, to jego intrygujący tytuł w stylu -„Czy Kaczyński ma kota?”- odnosiłby się nie do Alika, słynnego pupila byłego premiera, a do kuriozalnego sądowego wniosku o zbadanie poczytalności prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Janek zadeklarował w swoim „manifeście”, oczywiście nie podając podobnych przykładów, że nie będziemy stosować w naszej witrynie takich oszukańczych technik, a mimo to zdobędziemy nowych odbiorców. Bardzo mnie ujął tym idealizmem, tak obcym mentalności cynicznych politykierów- hochsztaplerów poustawianych w redakcjach głównych sieciowych serwisów w naszym kraju; od razu pomyślałem też o własnych tytułach w „Globie”, zwodniczych inaczej, a jednak prawdziwych i zawsze adekwatnych, układanych zgodnie z wewnętrzną logiką hipertekstualną oraz z szacunkiem dla inteligencji i wrażliwości wnikliwego Odbiorcy, ciekawego jak żaden inny czytelnik wirtualnych tabloidów. Niedługo po wykładach miała mnie jednak dogonić i dopaść inna, ta najbardziej intymna, prawda: mego organizmu, nie najmłodszego już przecież, a mimo to tak intensywnie przeze mnie w Dosłońcach przetestowanego. Niecierpliwość, z jaką chciałem uciec od psychofizycznych cierpień, fatalnie odbiła się na przesłonie prysznicu, bo za mocno pociągnąwszy szklane skrzydło, wyrwałem kółeczka z rowka, w którym poruszała się ta dość prymitywna konstrukcja i poczułem się tak, jakbym został nagle zaatakowany przez przezroczystego, niewidzialnego przeciwnika. Próbowałem, nagi jak mnie Pan Bóg stworzył, stanąć oko w oko z tą przeciwnością losu i jakoś naprawić szkodę, ale nie do końca mi się to udało, więc pozostawiłem po sobie w łazience jakąś wstydliwą prowizorkę. Nie śmiałem zapytać Piotra, jak sobie poradził w tej z lekka zdezelowanej kabinie, ale że sam nie poruszał drażliwego dla mnie tematu, spuściłem na prysznic zasłonę milczenia. Piotr ponoć szybko opuścił wczoraj rozbawiony tłumek koleżanek i kolegów z naszych siostrzanych, bratających się właśnie rozgłośni, i mniej więcej o północy przyszedł na górę, czego ja już jednak nie usłyszałem, bo prawie od razu zapadłem w ciężki, kamienny sen bez żadnych marzeń; a przecież coś tutaj mogłoby mi się przyśnić, choćby ze względu na to szczególne miejsce- punkt na widmowej mapie Polski, strefę historycznych odniesień, z repliką krakowskiego Kopca Kościuszki oraz pomnikiem Głowackiego w rolach głównych. Bartos- bohater bitwy pod Racławicami, z chłopa rycerz od lat zaklęty w martwej materii pamiątkowego monumentu, jakby w razie potrzeby był gotów znów ruszyć na wrogich Rusów, stał ponoć na „cokole na kołach” i to całkiem niedaleko stąd, z triumfalnie wzniesionymi, nieruchomymi rękoma, kosę dzierżąc w jednej dłoni, a w drugiej ściskając swoją słynną czapkę, którą to lont wrogiej armaty zgasić, jak piszą, potrafił. Wszystko to jednak notuję w trybie przypuszczającym, stylem nieosobistym, archaizującym, na podstawie cudzych opisów, bom nie zobaczył na własne oczy, czy włościanin Bartos, któremu zmieniono potem w nagrodę nazwisko na „Głowacki”, faktycznie jest heroicznym patronem tego- wydawałoby się tak spokojnego dziś, że aż niemal onirycznego- krajobrazu, z prawie równymi polami rżysk na pagórach. Ja niedowiarek i organoleptyk, nie zdołałem przekonać się osobiście, czy ta szlachetna figura przerobiona z wioskowego pionka, hasająca na naszej narodowej planszy postać, którą Michał na samym wstępie, witając nas na parkingu w Dosłońcach, pomylił nawet z samym hetmanem Kościuszką, rzeczywiście szachuje nas tutaj z przeszłości niby niemy wyrzut, przaśna, polska wersja Statui Wolności, jakże oczywisty, staroświecki „obciach” dla większości z nas- tak bardzo „światłych” i takich „światowych”. Ten tak jednoznaczny, że niemal ewangeliczny, miejscowy militarny geniusz, walczący z demonami zapoznanej wojny, w żadnej postaci nie objawił mi się nawet we śnie. Może dlatego, że go spłoszyłem rozmową z Michałem, już przy sobotniej kolacji? Gdy pomiędzy golonką z grilla, a śledziem w cynfolii, gadaliśmy o sieciach neuronowych i nowym procesorze IBM symulującym pracę ludzkiego mózgu, zacząłem mojemu dobremu koledze streszczać swój straszny sen wykopany z mózgowych głębin, jakby na dowód tego, że nie da się dokładnie skopiować nieprzewidywalnych działań umysłu człowieka, ponieważ meandrują one po własnych, nieobliczalnych trajektoriach, i w końcu zawsze przekraczają ramy i granice podobnych projektów, kreślonych i realizowanych przez ludzi, ograniczonych koniecznością umysłowego samo-odniesienia. Jednak nie wyjaśniłem Michałowi w tak czytelny sposób, z jakiego powodu nagle przywołałem swój koszmar, dawno temu, jeszcze w licealnych czasach opisany piórem w prywatnym dzienniczku, a potem, po wielu latach powtórzony drukiem w postaci artykułu zatytułowanego „Chińczyk oniryczny. Senne ideogramy z Państwa Środka” w piśmie literacko-artystycznym „Studium”. Byłem za bardzo zmęczony poprzednią, bezsenną nocą, wypełnioną po brzegi mieszanką alkoholi i fascynującymi spotkaniami- scenami i scenkami rozgrywającymi się jednocześnie w restauracyjnym oszklonym pawilonie, w hotelowym hallu oraz na wolnym powietrzu, w półmroku wybrukowanego kostką placu przed turystycznym kompleksem; te grupy, grupki i pojedyncze osoby, jakby porozsypywane teraz, to tu to tam, w moim prywatnym teatrze pamięci, przypominały mi mansjony w średniowiecznych misteriach; przy każdej stacji chciałoby się chociaż na chwilkę zatrzymać, co w praktyce jest przecież zupełnie niemożliwe, bo nie da się niczego zaplanować, gdy czas spotkań raz się nadyma, innym razem kurczy, więc po takiej upojnej, wielogodzinnej próbie symultany przed kolejnymi towarzyskimi szachownicami o najbardziej fantastycznych kształtach, przy których „Hundert-Schach” Arnolda Schönberga, stupolowe szachy rozszerzone jeszcze o dodatkowe piony i figury -biskupa oraz admirała- przez genialnego kompozytora i wynalazcę, to banalna w swej prostocie wersja tradycyjnej gry, w porównaniu z tymi spontanicznymi turniejami słownymi, na dodatek prowadzonymi w porze, w której umysł powinien raczej kasować stare, nadmiarowe treści niż rejestrować nowe wrażenia; więc pozostaje po nich w głowie i ciele tylko poruszony obraz skomplikowanej, świetlistej i przygasającej siatki, utkanej ze słów i gestów, o zagadkowej kauzalności, z jednej strony pełnej dziur, a z drugiej nadmiernych zagęszczeń i splotów sytuacyjnych, przypominających kołtuny z wijących się ludzkich naczyń włosowatych i jakby obcych, neonowych, neuronowych kapilar; a w ponownym przywoływaniu momentalnego sensu takich scen i związków pomiędzy nimi nie pomaga nawet ich filmowanie, ta prywatna pornografia ruchomych faktur, już prędzej –paradoksalnie- statyczne i „złe”, pozornie „nieudane” fotografie, o których tak długo mówiłem siedząc na bruku z Jaśminą, Agnieszką i Arturem, naświetlając im moje utopijne łowy na archetypowe obrazy, polowania nie wymagające wcale profesjonalnego sprzętu, a „tylko” pojawienia się odpowiedniej konfiguracji form, nagłej krystalizacji brył, czy ułożenia się postaci; w tej najbardziej dla mnie optymalnej wersji bywa to nie tylko aktualna, naturalna kompozycja, i nie tylko spontaniczny, obiektywny komentarz na temat moich najbardziej nieuchwytnych, wewnętrznych stanów, ale także swoisty obrazowy „esej” na temat samej historii fotografii, tak jak ta niesłychana scena, którą zarejestrowałem komórką, kiedy wracałem z Asią z radia w czerwcowe popołudnie i nagle ujrzałem tę męską trójkę z drabiną przystawioną do ceglanego muru fortów, z jednym z mężczyzn w uniformie z napisem STRAŻ wspinającym się w kierunku ściennego otworu w kształcie równoramiennego krzyża, w którym, jak wiedziałem z ostrzegającego korporacyjnego e-maila, ukrywały się wszędobylskie osy, i gdy dotarło do mnie, iż dwóch facetów w dole asekuruje wspinacza, oraz że tak się to dziwnie wszystko ułożyło, natychmiast przed moimi oczami pojawiła się ta niemal identyczna scena, ujrzana wcześniej w albumie Iana Jeffreya, utrwalona w mojej pamięci jedna z plansz Wiliama Henry’ego Foxa Talbota z pierwszej połowy XIX wieku, prawie dokładnie rymująca się z „moim” skromnym wzrokowym trofeum. To było dla mnie niesamowite, osobiste doświadczenie, że oto za sprawą cudownego zbiegu okoliczności „powtarzam” dzieło amerykańskiego prekursora i wynalazcy, twórcy metody tzw. „fotogenicznego rysunku”;

(fot.www)

lecz wcale nie chciałem przekonywać moich radiowych przyjaciół, że jestem kontynuatorem genialnego artysty sprzed prawie dwóch stuleci, nie chciałem uchodzić za aż takiego kabotyna; zastanawiały mnie wyłącznie zagadkowe koincydencje, wielowymiarowe zjawiska synchroniczności, nie tylko osobiste czyli subiektywne odczucia déjà vu, ale doznania wykraczające poza mój mikroświat, rozciągnięte na zobiektywizowaną pamięć kultury. Jeśli w przypadku Talbota scena z drabiną była zainscenizowana, mnie podobny układ objawił się absolutnie spontanicznie, pojawił się ni stąd ni zowąd, na zasadzie życiowego aleatoryzmu, jak trzy szóstki w niedbałym, niebywałym rzucie kośćmi. Znajomi, w odpowiedzi na ten mój troszkę pijacki już wywód, zaczęli delikatnie pokpiwać z mojej maniery ustawiania za każdym razem efektu „sepii” w aparacie komórki, sugerując, że to swoista łatwizna; jakby ta funkcja w telefonie potrafiła sztucznie uszlachetnić nawet najbardziej banalne ujęcie, nadając mu fałszywej głębi; po części musiałem się z nimi zgodzić, bo ten permanentnie stosowany filtr był z pewnością widomym sygnałem wyobcowania ze świata tu i teraz, symptomem mego strachu przed współczesnością, przejawem chorobliwego eskapizmu, jakbym nie mógł docenić żadnej aktualnej chwili bez jej uśmiercenia i zmumifikowania. Czasami faktycznie czułem się jak fałszerz, produkujący podróbki antyków, patynujący powierzchnie dla otrzymania efektu „starości”. Artur nawet przeniósł tę interpretację na inne moje działania, zarzucając mi w zawoalowany sposób, że pokrywam nagą prawdę o rzeczywistości warstwami cudzych werniksów, jakby nic nie miało dla mnie samodzielnego znaczenia, dopóty dopóki nie znajdę dla tego fenomenu kulturalnej repliki; a jednak, trafnie opisując moje zmanierowanie, nie dostrzegał głębszej podstawy takiego oglądu i poglądu na świat; bo czy poszukiwanie rymów lub choćby asonansów pomiędzy wyrazami surowego życia i kulturalnych przeżyć nie było tylko drobną cząstką ogromnego zbioru powinowactw? Czy całe nasze życie nie można by ująć w postaci zakalcowatego epickiego poematu napisanego przez nieznanego graph0mana? Nie chciałem znajomych zaznajamiać z ostatecznymi wnioskami mojego dowodzenia, bo musiałbym się odnieść do przemówienia Kazimierza ledwie sprzed kilku chwil, podczas wspólnej kolacji radiowców, kiedy zacytował zdumionej sali fragmenty wpisu z paranoidalnego bloga umieszczonego w Nowym Ekranie, tekstu będącego kompilacją biogramów ludzi mediów w Polsce, najczęściej „twórczą” parafrazą oficjalnych notek biograficznych, polegającą na podmianie neutralnych, encyklopedycznych sformułowań na spiskowe epitety, i tak się jakoś złożyło, że ja występowałem tam jako „manipulator” i „radioszczekacz”, więc Kazimierz z przewrotną lubością przywołał tego typu sformułowania w swoim wystąpieniu, myląc mnie przez moment z Konradem, krzyżując nasze imiona i nazwiska w lapsusie freudowskiego mendlowania, robiąc poprawkę i brnąc dalej, licząc chyba, jeśli dobrze zrozumiałem jego intencje, na poczucie humoru i zmysł ironii wśród moich koleżanek i kolegów zebranych na sali; ja jednak wcale nie byłem pewien właściwego retorycznego efektu tego speechu, tzn. wesołej i pełnej dystansu reakcji publiczności, nie dlatego, abym nie wierzył w inteligencję zgromadzonych tu ludzi, w końcu była to nasza najprawdziwsza dziennikarska śmietanka, crème de la crème z kraju i z zagranicy, natomiast dość dobrze znałem swój własny nieoficjalny status- słownego ekstremisty, werbalnego radykała- pozycję, na którą solidnie sobie zapracowałem tak od środka, wewnątrz-redakcyjnie, reakcyjnie, wchodząc często w ostre polityczne polemiki ze swymi współpracownikami, jak i na zewnątrz, objawiając w internetowych publikacjach swój całkowity brak wiary w oficjalne tłumaczenia przyczyn masakry w Smoleńsku i pogardę dla ludzi obecnie sprawujących władzę w naszym eurazjatyckim regionie; wprawdzie autor sieciowego pseudo-leksykonu umieścił moje nazwisko w kontekście globalistycznych kłamstw na temat amerykańskiej apokalipsy 11.09., to jednak teorie spisku 10.04. bardziej chyba do mnie przylgnęły, dlatego podejrzewałem, że nasz radiowy światek zebrany w restauracji hotelu w Dosłońcach mógł sobie z łatwością połączyć słowo „manipulator” z moją aktualną „smoleńską” aktywnością, a nie ze słynną ośmiogodzinną audycją z odległego o dekadę 2001 roku, więc wcale się nie zdziwiłem, że potem prawie do samego rana dyskutowałem zawzięcie z Kazimierzem, odpowiadając na jego pytanie-refren, komu moim zdaniem mogło zależeć na unicestwieniu Lecha Kaczyńskiego, tego „wykonawcy dyrektyw Busha”– jak suchym, prawniczym tonem określił uczestniczący w tej dyskusji Rafał- a ja, po wychyleniu kolejnych lampek wina, najpierw białego, potem czerwonego, a następnie potężnego jak na mnie kielicha czystej wódki, przedstawiłem spójną -jak mi się wówczas wydawało- hipotezę, sięgającą do korzeni wojny gruzińskiej, i nawiązującą do wcześniejszego, zagadkowego w swoim pro-kremlowskim przesłaniu raportu ABW- dowodzonej przez platformersa Krzysztofa Bondaryka polskiej agencji bezpieczeństwa, skrótowo nazywanej, dziwnym dla mnie trafem, pierwszymi bukwami rosyjskiego alfabetu; przywołałem też rywalizację Kaczyńskiego, bardzo zdecydowanego w swoim antyimperialnym oporze, z „miękką” dyplomacją zachodnioeuropejską, reprezentowaną przez fana chamberlainowskiego z ducha „appeasementu”, groteskowego galijskiego kogucika Sarkozy'ego; więc w gruncie rzeczy -dowodziłem- zainteresowanych wyeliminowaniem tej „polskiej zawady” było wielu, począwszy od naszej wewnętrznej piątej kolumny składającej się z pogrobowców WSI, po oczywistych wrogów naszego prezydenta czyli Moskwicinów, choćby dlatego, że stracili sporo samolotów podczas inwazji na Gruzję, tylko dlatego, iż nasz wyśmiewany na okrągło Mały Rycerz dostarczył temu tak prowokacyjnie „wywyższającemu się” Saakaszwilemu niezawodną broń rakietową, przy pomocy której kaukaski Dawid mógł zatrzymać rozjuszonego ruskiego Goliata; a skończywszy na sabotowanych przez głowę państwa polskiego interesach europejskiego dyrektoriatu Berlina z Paryżem, tej euro-hydry upodabniającej się coraz bardziej do dwugłowego, bizantyjskiego sępa ze Wschodu, więc do pomyślenia są nawet niemieckie czy francuskie knowania, aby doprowadzić do katastrofy tupolewa, wyrzuciłem z siebie, nie przebierając już w słowach; i tak skończyłem tuż przed świtem swój długi wywód w oparach absurdu i wulgaryzmów, gęstych jak sztuczna mgła na lotnisku Siewiernyj, a i tak nie wypowiedziałem moich najbardziej fantastycznych przypuszczeń, opartych na wierze w możliwą obiektywizację zła, materializację czarnej pneumy, moim głębokim przekonaniu, że wielokrotna kumulacja życzeń śmierci, to straszliwe lokalne, polskie oraz globalistyczne anty-kaczystowskie voo-doo mogło się samo zmaterializować w postaci katastrofy, niewytłumaczalnej z racjonalnego punktu widzenia, co było niemal dosłownym, choć przekornym podjęciem wątku szokującego komentarza Aleksandra Dugina, który uznał, że śmierć polskiego prezydenta była przejawem „immanentnej sprawiedliwości”, bo –zdaniem tego zwichrowanego rosyjskiego ideologa, Euroazjaty - Kaczyński leciał do Katynia, by skazić „czarnym pijarem” prastarą smoleńską ziemię; i, jak mi się zdaje, do takiego właśnie irracjonalnego finału moich wywodów prowadziła cała obłędna logika wieczoru, przechodzącego stopniowo w alogiczną, atonalną, gnostycką noc Walpurgii; do takiego zakończenia wiodła dynamika moich kolejnych debat, począwszy od rozmowy jeszcze przy stole- z Katarzyną, która w nawiązaniu do medialnej listy „manipulatorów” przywołanej przez Kazimierza, przytoczyła internetowy spis Żydów, na który trafił jej mąż, tylko dlatego, że coś gdzieś opublikował, na co ja odpowiedziałem, że takie rzekomo „demistyfikujące” wykazy z sieciowego podziemia to jeszcze nic, biorąc pod uwagę to, iż całkiem oficjalnie, w legalnym wydawnictwie ukazała się książka Roberta Stillera, uznanego tłumacza i poety, który zajął się podobną problematyką i w zapale ujawniania semickich korzeni polskich twórców nie ustrzegł się błędów, wpisując na listę Jana Lechonia, tylko dlatego, że sławny nasz dwudziestowieczny wieszcz-samobójca na prawdę nazywał się Serafinowicz, a ja coś niecoś na podobne tematy wiem, bom na krakowskiej polonistyce pisał pracę o żydowskości i rosyjskości w twórczości Aleksandra Wata, a właściwie Chwata, więc trochę liznąłem ten temat, sięgnąwszy do źródeł, w tym do małej, acz nieocenionej książeczki Artura Sandauera o polskich literatach pochodzenia żydowskiego, i -od słowa do słowa- w luźnych pogaduszkach z Kasią na tak poważne problemy, przeszliśmy do tematyki jej magisterium, i zaczęliśmy dyskutować o wizerunkach aniołów i diabłów w teatrze szkolnym, o jezuitach -w domniemaniu- przebranych za demony, z gębami dopasowanymi do „habitualnych” odwłoków, o rekonstrukcji tych wyobrażeń, z braku pisemnych dowodów odtwarzanych przez Kasię na podstawie dostępnej ikonografii, o alchemicznych symbolach poukrywanych w malarstwie Boscha i Breughla, o wizjach Lecha Majewskiego, polskiego Greenawaya, o zagadkach odkrytych przeze mnie i Dorotę w niszach nowego gmachu Muzeum Narodowego na krakowskiej wystawie królewskiej sztuki hiszpańskiej, z dwoma aniołami, z których jeden był jakby zamaskowany, bo posypany usypiającą czujność widza sepią- na obrazie Daniela Seghersa, seryjnego malarza kolorowych girland kwiatowych, powtarzalnego niby jakiś Andy Warhol epoki feudalizmu, i tak krążyłem słowami wokół swoich, przyszłych dopiero, wpisów -przewidywanych w kolejnych osobistych serigrafiach, nie zdradzając Katarzynie, że już jest bohaterką następnej paradoksalnej, hipertekstualnej projekcji, że wpadła właśnie jak subtelny motyl w moją zwodniczą siatkę czasu, ekranowy rzut temporalnej wielowymiarowości, jednak nie mogłem na długo uciec na takie dialogowe meta-poziomy, ani brnąć w ekfrastyczny eskapizm swoich wewnętrznych monologów o multimediach w „Globie”, bo co i raz ktoś przywoływał mnie do rzeczywistości, w której obowiązywały mniej skomplikowane prawa wymiany informacji; Maciek spytał, czy chcę jeszcze wina, a ja poprosiłem go o pokazanie butelki, która chłodziła się obok niego w błyszczącym wiaderku, a on na to, że to na pewno żaden stary rocznik, na co ja – czy ty myślisz, że chcę sprawdzać datę na etykiecie?- czym wywołałem gromki śmiech siedzących obok mnie kierowców radiowych wozów, Jacka i Józia, z którymi zawsze było mi tak wesoło, że aż mnie brzuch potem bolał, i teraz też rzucali dookoła niesamowicie zabawnymi anegdotami, przywołując scenki z niegdysiejszej satelitarnej wycieczki do Paryża, gdy jej najważniejszy uczestnik usnął na występie seksownych tancerek w Moulin Rouge, a mnie w jednej sekundzie pojawiła się w głowie cała długa rozmowa z Markiem z Paryża sprzed kilku godzin, gdy na tylnym siedzeniu auta prowadzonego przez innego Rafała –nie prawnika- przeskakiwaliśmy z tematu na temat, począwszy od kulis imperialnej, neokolonialnej polityki w rejonie Morza Śródziemnego, retorycznych sztuczek podczas politycznych kampanii we Francji, kagiebowskich grepsów podczas najbardziej prestiżowych turniejów szachowych, po Marcela Duchampa – szachistę i maga, jego Wielką Szybę oraz jego słynną animę - Rrose Sélavi, bohaterkę sfałszowanej etykiety perfum „Belle Haleine- Eau de Voilette”, i tak prując wozem przez małopolskie krajobrazy w bajkowym świetle późnego lata, dzięki Markowi oddychałem snobistycznym powietrzem, aurą kulturalnego Paryża, w którym nigdy nie byłem i może już nigdy nie będę, dlatego przywołałem w tej rozmowie książkę Marka Augé, z jego koncepcją "nie-miejsc", takich jak postmodernistyczne samochodowe drogi pełne przydrożnych i naddrożnych tablic i znaków z komunikatami, np. opisami dzieł architektury, zastępującymi turystom same zabytki, więc wcale nie trzeba wysiadać z auta, aby je „zwiedzać”, wystarczy rzucić okiem na tekst i ja też ciągle nie mogłem wysiąść z onirycznego pojazdu, w którym zamknąłem moje osobiste spotkanie z Markiem, pierwszy raz widzianym, pomimo wieloletnich kontaktów przez telefon i łącza radiowe, więc przez tak długi okres urodził mi się w głowie i zdążył już dojrzeć sztuczny człowiek, Golem składający się tylko z echa dla ucha- markowego Markowego głosu, przepuszczanego przez różne komunikacyjne filtry- oraz mojego wyobrażenia, wyrosłego na pożywce dwóch czy trzech fotografii widzianych w sieci; różne zresztą są formy dojrzewania we mnie kogoś do gotowej postaci- człowieka z krwi i kości, bo oto tuż po kolacji, ni stąd ni zowąd, przedstawił mi się Sergiusz, przypominając mi mój udział w zeszłorocznej dyskusji na temat Smoleńska na spotkaniu z piarowcami- na zaproszenie męża Mai, mojej nowej partnerki w Faktach- dyskusyjnego panelu, na którym bez ogródek lansowałem publicznie hipotezę rosyjskiego zamachu na prezydencką delegację, a jako że wówczas nie kojarzyłem jeszcze Sergiusza z pracą w siostrzanej rozgłośni, nagle uświadomiłem sobie, jak moje dawne wypowiedzi potrafią odbić się od przeszłego kontekstu jak od głuchej ściany, by rykoszetem trafić … we mnie samego, po kilku miesiącach, więc przez gęstniejącą alkoholową mgiełkę spoglądałem na Sergiusza jak na coraz bardziej zaparowane zwierciadło, w którym odbijała się tylko moja ogólnikowa sylweta, lecz od czasu do czasu obraz stawał się wyraźniejszy, zwłaszcza, że Sergiusz, uwrażliwiony na moje niektóre ostrzejsze anty-kacapskie sformułowania jako mąż Rosjanki, zaczął przywoływać niektóre moje komentarze na antenie, wyrzucając mi choćby ten, moim zdaniem niewinny, żarcik z Faktów, kiedy jakąś moskiewską anegdotę z kawonem, okrasiłem przypomnianym dowcipem o arbuzie, do którego porównałem ustrój Rosji, owoc demokratury Putina i Miedwiediewa, nadal czerwony w środku pomimo zielonej „maskirowki” z wierzchu, jednak pomimo tych drobnych pretensji Sergiusza, maskowanych cały czas promiennym uśmiechem, szybko się zaprzyjaźniliśmy, a już prawdziwy pokój zawarliśmy na polu teatru, bo połączyła nas fascynacja twórczością Stanisława Ignacego Witkiewicza, aż na koniec Sergiusz obiecał mi nawet jakąś kasetę wideo z festiwalu piosenki aktorskiej, jaką? na drugi dzień zupełnie już nie pamiętałem. Senność i witkacowska glątwa nie sprzyjały więc nazajutrz klarowności mojej rozmowy z Michałem przy kolacji; bo powinienem mu jednak naświetlić ten nagły przeskok myślowy od tematu nowego, mózgopodobnego amerykańskiego procesora do mego starego snu; najwyraźniej jednak moja podwójnie buntująca się szara masa w czaszce, wypierająca wszystkie sztuczne stymulanty poprzedniej nocy oraz sygnały nowych neuronowych symulacji, postanowiła na siłę udowodnić swoją wyjątkowość i niepodrabialność. Tak to sobie teraz mętnie tłumaczę, dlaczego w tak przekombinowanej parodii testu Turinga, opuściłem w pogawędce z Michałem na temat sztucznej inteligencji to istotne ogniwo mojego wywodu i od razu przeszedłem do następnej rzeczy, a raczej do niedorzeczności, bo czymże innym mogła być w moim życiu ta obsesyjnie powracająca chińska oniriada? A zaczęło się, Michale, od snu licealisty, gdy jako nastoletni chłopak przebudziłem się z krzykiem, przebity mieczem przez skonstruowanego przez kogoś woja z Państwa Środka. Stało się to podczas rodzinnego rautu w ogrodzie, kiedy nagle zszedłem w dół po schodkach na dno wyschniętego basenu, oddaliwszy się nieco od moich rozpolitykowanych, surrealistycznych krewnych, jakichś ciotek i wujów, których nigdy wcześniej nie widziałem na oczy. Betonowa posadzka ujawniła niemal od razu siatkę metalowych, pojedynczych torów, a z ukrytej wnęki w nagle rozsuniętych ścianach zbiornika wyjechał mechaniczny android, którego oniryczny narrator od razu określił mianem Chińskiego Rycerza. Nie trwała długo moja paniczna ucieczka przed tą złowrogą postacią, poruszającą się po gęstwie torów jak jednokołowy tramwaj. Zagoniony do rogu, zginąłem nagle od ciosu nagiego miecza, aż fantomowy ból serca przebitego we śnie, przywrócił mi życie na jawie, bo nie jest prawdą, że nie mamy wielu „żyć” na co dzień. Przebudzony, szybko pokonałem strach przed zagadkowym bohaterem fantasmagorii, wyciągnąłem zeszyt i błyskawicznie zapisałem ulotną treść koszmaru. Co ciekawe, nie znałem wtedy jeszcze historii terakotowej armii Pierwszego Cesarza; zobaczyłem ją dopiero później na fotografii w albumie o Chinach, natychmiast łącząc ją intuicyjnie z treścią mojego marzenia sennego. W tekście opublikowanym po latach w piśmie artystyczno-literackim mogłem więc już snuć amatorskie wizje nowej psychoanalizy, onirokrytyki opartej nie tylko na badaniu samych sennych sekwencji, ale i ręcznego pisma, w którym– jak w elektrokardiogramie i encefalogramie- miałaby się skrywać jakaś tajemna nocna wiedza, niewyrażalna od razu słowami, ale w pewnym stopniu możliwa potem do odtworzenia, na zasadzie umysłowej archeologii. Postulowałem nawet konieczność stworzenia nowej surrealistycznej grafologii, oryginalnej analizy kształtu, wielkości i pochylenia liter- pod takim właśnie psychoanalitycznym kątem. Jakkolwiek traktować podobne quasi-poetyckie teorie, dalekie od scjentystycznej poprawności, mają one niekiedy, dające do myślenia, konsekwencje w życiu, i właśnie o tym opowiadałem Michałowi, w paranoidalnym toku rozumowania o zbliżającym się do mnie chińskim murze zagrożenia: najpierw w postaci nocnej mary, potem uświadomienia sobie sensu snu, następnie sporządzenia sekretnego manuskryptu z opisem i analizą koszmaru, aż –gdy już rzecz wyszła na jaw drukiem - po tę zaskakującą materializację orientalnego motywu w 2009 roku, bo nagle ta terakotowa armia w pewnym sensie sama do mnie przybyła, niczym Las Birnamski do szekspirowskiego Makbeta, w postaci „kroczącej” wystawy w krakowskiej galerii, zwanej „Galerią Krakowską”. Pewnego dnia już na samym wejściu do tego handlowego, a nie muzealnego centrum powitał mnie mój stary „Znajomy” z dwoma towarzyszami jakby odwróconej Podróży na Wschód.

(fot.B.Z.)

Z miną triumfatora wyciągał do mnie lewą rękę, jakby dawał mi znak, jaką to mózgową i geograficzną półkulę reprezentuje, on – przybysz z krainy Onirientu, łączącej czasoprzestrzenne sprzeczności w jednym punkcie na mojej umysłowej mapie, nowej globalnej siatce Merkatora. Kiedy streszczałem Michałowi tę gęstniejącą wokół mnie atmosferę, przyspieszenie w rozgrywce z losem, kolejny ruch w hermetycznej, życiowej grze w Chińczyka, chciałem choć trochę obronić racjonalność moich przypuszczeń, więc zacząłem powoływać się na trochę już zgrane teorie C. G. Junga o śnieniu archetypowych obrazów pod wpływem mitologii danej ziemi i na sycylijskie przygody Aleksandra Wata, który podczas wizyty na włoskiej wyspie wszedł podświadomie w filozoficzny system Empedoklesa, koncepcję dialektycznego sprzężenia pomiędzy Zgodą, a Niezgodą. Trudno było mi jednak utrzymywać na serio, że ta nagła i niespodziewana erupcja orientalnych wątków w rozmowie z Michałem, mogła mieć zakotwiczenie w jakichś tutejszych małopolsko-świętokrzyskich głębinowych treściach rodem ze zbiorowej nieświadomości, chyba żeby poważnie potraktować tę arbitralną ingerencję w krajobraz w Dosłońcach, jakim był egzotyczny, buddyjski ogród na tyłach hotelu. Cały ciąg towarzyskich zdarzeń odciągnął mnie zresztą od indywidualnej kontemplacji suchych symboli wody, jałowej rzeki ze żwiru i ciszy ukamienowanego wodospadu, więc to, skażone kacem, powoływanie się na rzekome "genius loci" w dialogach z Michałem było moim oczywistym, osobistym alibi, ucieczką od obłędu dawnych, własnych wyobrażeń ku uznanym, cudzym rojeniom, opromienionym gnostyckim oświeceniem, jaśniejącym w aureoli filozoficznego autorytetu. Coraz bardziej plątałem się w podobnych zeznaniach i byłbym w końcu zamilkł przy suto zastawionym stole, przełykając wstyd z powodu swojego kolejnego głupawego, pseudo-erudycyjnego monologu, jednego z wielu, którymi zamęczałem w Dosłońcach swoich radiowych interlokutorów, gdyby z narastającej we mnie żenady nie wyrwała mnie równie wariacka, według tradycyjnych kryteriów normalności, anegdota Michała. Wprawdzie podkreślił on na wstępie, że stara się być człowiekiem racjonalnym, nie uciekającym przed logiką i zdrowym rozsądkiem w rejony herezji i mistycyzmów, to jednak tego zdarzenia, które przeżył w Londynie nie jest w stanie zrozumieć, używając zdroworozsądkowych kategorii. Pewnego dnia, gdy nocował w starym domu, charakterystycznym, wiktoriańskim budynku z czerwonej cegły, z „zatęchłym” – jak to określił – ogrodem na tyłach, przyśnił mu się wąż: potężny i groźny gad. Kiedy Michał opowiadał mi ten koszmar, ja wyobraziłem sobie -nie wiem czy zgodnie z jego nocnym oryginałem- stwora jakby żywcem przerysowanego z religijnych czy mitologicznych wyobrażeń. Najciekawsza była jednak poranna pogawędka mego przyjaciela z angielskim gospodarzem. Kiedy właściciel posesji zapytał o pierwsze wrażenia z pobytu, Michał pochwalił uroki domostwa, ale przyznał, że jedynym negatywnym aspektem był ten duszny nocny majak. „Pewnie przyśnił ci się wąż?” – zapytał Anglik i, widząc zdumienie na twarzy rozmówcy, dodał gwoli wyjaśnienia: „On się tu często ludziom śni.” Ja, usłyszawszy o tym angielskim „snake’u”, poleciłem Michałowi lekturę „Żmii”- powieści Andrzeja Sapkowskiego- w której tytułowy gad co i raz, niespodziewanie, wypełza z podziemnego świata azjatyckich archetypów w wojenną rzeczywistość sowieckiej inwazji, stopniowo objawiając swój uniwersalny, ponadczasowy charakter, sunąc przez proch pól afgańskich walk starożytnego mondialisty Aleksandra Macedońskiego, dziewiętnastowiecznych Brytyjczyków o imperialnych ambicjach i … współczesnych Polaków, którzy też nie wiadomo po co zabrnęli do tego odległego piekła, pod wpływem Imperium Americanum, odsłaniając się przed bezpośrednim zagrożeniem ze Wschodu i tracąc w Rosji najlepszych ludzi. Sapkowski tego tak nie napisał, ograniczając najciekawszy dla mnie, nasz narodowy wątek do drobnej, końcowej sugestii, więc świadomie zmieniam sens jego opowieści, parafrazując ją po to, aby wyciągać jak zwykle własne esencje z cudzych literackich retort. U niego gnostycki gad zapętlał się tylko w kolejnych, powtarzalnych się historiozoficznych epizodach, a poza tym ta literacka opowieść nie była adresowana wyłącznie do smakoszy manichejskich trucizn w rodzaju Jerzego Prokopiuka, pozostawiała czytelnikowi pole dla innych, prostszych, bardziej akceptowalnych przez tzw. przeciętną większość - psychologicznych interpretacji, ponieważ wizja żmii była nieodłącznie związana z używaniem opiatów, zażywaniem heroiny przez żołnierzy sowieckiego imperium. Ten psychodeliczny, literacki akcent stał się codą naszego wieczoru, crescendo na koniec gęstej kompozycji z potraw, wspomnień, majaków, depesz, artykułów, esejów, gwaru, muzycznych próbek i streszczeń powieści. Wstawszy od stołu Michał z Piotrem umówili się na basenie, a ja myśląc już tylko samotnym spoczynku w ciszy hotelowego pokoju, skłoniłem głowę na pożegnanie, z ogólnym i roztargnionym „dobrej nocy”, rzuconym siłą grzecznościowego automatyzmu tłumkowi znajomych i nieznajomych zebranych na wspólnym posiłku, bo byłem już w stanie zamienić tylko parę słów z DJ-em ADHD, bardziej tytułem usprawiedliwienia mojego stanu, niż istotnej rozmowy. Widząc jak wije się i uwija wokół rozłożonego sprzętu, pomyślałem, że i tak nie byłoby żadnych szans, aby w tej atmosferze klubowego luzu i przy tylu decybelach dokładnie przegadać z nim mój mixerski projekt zatytułowany „SIECIOWY HIPOkAMP SIERPNIA”, więc to dobrze, iż wcześniej przedstawiłem Łukaszowi zarys tego kolejnego, spontanicznego, organicznie tworzącego się życiowego przedsięwzięcia z pytaniem o pomoc w jego performerskiej realizacji, bo spotkaliśmy się przelotnie jeszcze w piątek po południu na placu przed Kopcem Kościuszki– bardziej znanym niż ten tutejszy- gdy właśnie przygotowywaliśmy się do wyjazdu i gawędziliśmy z Tomkiem, drugim Rafałem- nie adwokatem, oraz Markiem z Paryża obok auta zaparkowanego przed budynkiem radiowej poczty. Właśnie wtedy, jak na zawołanie, zjawił się tam ADHD, który wybierał się do Dosłońc dopiero następnego dnia. Wprawdzie od razu umówiłem się z nim na rozmowę nazajutrz, ale zdążyłem jeszcze przed naszą podróżą omówić z nim ostatnią wymianę mailowej korespondencji, albowiem Łukasz przesłał mi pocztą elektroniczną linki do stron ze sprzętem, który tak mnie zainteresował po komentarzu Basi-pp3 na forum „Globu”. W moim wieku nie ma się już żadnej tremy w zadawaniu najbardziej zdumiewających pytań i nawiązywaniu spontanicznych, mniej lub bardziej kreatywnych relacji z różnymi ludźmi, bo już dokładnie wiadomo, że życie jest krótkie, a żadnej „sztuki” ciągle nie ma, i pewnie już nigdy nie będzie, pozostają więc tylko opisy jej widm, i dlatego w tym coraz to krótszym życiu trzeba sobie uzmysłowić tę podstawową prawdę, nie bacząc na to, że to taki straszny banał: twórczych sił będzie już tylko ubywać po kolejnych obrotach doby, i nie ma się co dłużej oszukiwać, jeżeli ma się jeszcze jakiekolwiek ambicje poznawcze. A tych ciągle mi nie brakowało, przeciwnie- niemal każda sytuacja, każde spotkanie przynosiły nowe odpowiedzi, a te prowokowały kolejne pytania. Wiesz, Łukaszu, my sobie w tym naszym gronie przesyłamy m.in. różnie muzyczne propozycje. Ja na przykład ostatnio propaguję ideę życiowego "dżezowania", które ma charakter spontanicznej improwizacji w szerszym znaczeniu niż tylko to muzyczne. W związku z tym "lansuję" muzyków kreatywnych, tworzących oryginalny świat dźwięków oraz własną filozofię. W odpowiedzi na różne moje "dżezowe" propozycje otrzymałem link z występem niejakiego Deadalosa – Freaka we Fraku, jak go sobie nazwałem - w nowojorskim klubie hip-hopowym. I zostałem całkowicie za-hip-hop-notyzowany nowym dla mnie rodzajem life-actu. Wygooglałem, że Deadalos czyli Alfred Weisberg-Roberts to eksperymentujący amerykański artysta i producent z Los Angeles, a "instrument", na którym gra to MONOME, komputerowe urządzenie produkowane w Pensylwanii przez firmę o tej samej nazwie. Zapytasz, Łukaszu, czym mnie zaintrygował, czym mnie zainspirował? Otóż- jak zauważyłem na teledysku- interfejs tego urządzenia to kwadrat 8x8, rodzaj szachownicy z kwadratowymi przyciskami. Każdy "guzik" odpowiada, jak rozumiem, jakiejś próbce, ścieżce, wzorowi dźwiękowemu. Wiem, że są inne typy tych urządzeń, jednak mnie zainteresował wyłącznie ten konkretny wariant, ze względu jego ósemkową strukturę, niczym muzyczne szachy. Chciałbym rozegrać taką partię przy pomocy sampli muzycznych i słownych. To byłby rodzaj dźwiękowego, nielinearnego "słuchowiska", mixowanego na żywo, składającego się z -arbitralnie łączonych w serie- sekwencji wspomnień o dwóch Wydarzeniach, dwóch spotkaniach, zakotwiczonych pamięci pięciu osób. Te próbki -opisów, wyznań, fantazji, wywiadów, analiz, lektur, skojarzeń, dżezu- tworzyłyby dźwiękowy dywan. Czy Ty dysponujesz takim, lub podobnym urządzeniem? Czy można byłoby nagrać taki show? Myślę o filmowym nagraniu, powiedzmy: w połowie września? Kończyłoby to moją internetową grę, która właśnie się toczy, partię o zmiennych regułach, zasadach chwytanych w lot, in statu nascendi. W projekcie uczestniczą osoby, których łączy pasja sieciowej twórczości nowego typu. To nie „artyści” w zgranym znaczeniu -pieczeniarzy Systemu, a autentycznie kreatywni ludzie. W Twoim przypadku chodziłoby o krótką prywatną prezentację, rodzaj podziemnej, niezobowiązującej "technicznej" 24 minutowej akcji (3x8 minut), n.p. w studiu na Kopcu. Pamiętam, jak się kiedyś spotkaliśmy w podziemiach ceglanego fortu przy placu McCartney’a i prezentowałeś mi swój sprzęt. To nasze spotkanie opisałem potem na forum „Globu”. Dzięki formule forum "pamiętam" dokładnie, kiedy na świeżo pisałem relację z naszej rozmowy: 2009-01-27 22:18. Na tym też polega fenomen sieciowego „teatru pamięci”. Zanim wsiadłem do auta, by na tylnym siedzeniu samochodu Rafała przegadać całą drogę z Markiem, bo Tomek milczał z przodu na tak zwanym „fotelu teściowej”, jako istotny cichy świadek, ustaliłem z Łukaszem, że następnego dnia dokładnie obgadamy scenariusz przyszłego performansu. Chciałem mu opowiedzieć jak objawiła mi się niezwykła dla mnie struktura czasowa, kiedy udawałem się na urlop dwudziestego czwartego czerwca i jadąc w tramwaju z walizką na kółkach zobaczyłem nagle na przeciwległym torze tę twarz w szybie innego pojazdu na szynach, wykrzywioną gębę chłopca przyklejoną do szyby jak straszna maska Kwakiutlów, jakby chciała za wszelką cenę wyrwać mnie z błogostanu, i tak zbudzony ze snu na jawie do innej, czujnej rzeczywistości zacząłem zapamiętywać wszelkie wyznaczniki tej chwili, wszystkie możliwe szczegóły krajobrazu, z bajkowymi wieżowcami w tle, z poprzyklejanymi basztami i wieżyczkami, budynkami z wczesnego okresu neokomunistycznego postmodernizmu, przypominającymi architextoniczne fantasmagorie Dino Buzzattiego; ale moją uwagę przyciągnęła głównie tabliczka umieszczona pod daszkiem tramwajowej wiaty - z napisem „Stella Sawickiego”; te dwa wyrazy stały się odtąd rytmicznym refrenem mojego urlopu, zaloopowanym samplem oderwanym od swej semantyki, aż zgubiła mnie moja ciekawość i zacząłem głębiej wchodzić w różne sieciowe ugniazdowienia, całą bogatą rodzinę wyrazów, dochodząc do wyrażenia STELLA OCTANGULA, i samej regularnej bryły, którą badali słynni uczeni Kepler i Leonardo, odrysowałem jej plan z ekranu komputera, wyciąłem z papieru technicznego jej schemat, aż w końcu z pomocą Doroty złożyłem ją raz i drugi; uświadomiłem sobie, że jej dwadzieścia cztery ściany są obrazem całego mojego dwudziestoczterodniowego urlopu; że każda ściana jest obrazem jednej doby składającej się z dwudziestu czterech godzin; że oto odkryłem jakiś nierozpoznany przeze mnie wcześniej wymiar mojego osobistego czasu; nową odsłonę trzech oktaw; ale minęła doba i oto Łukasz właśnie zaczął rozkręcać wieczorną imprezę, testując sprzęt, który nadal robi na mnie wrażenie, mimo, że nie jest to jakaś techniczna nowinka, bo nasza długa rozmowa na temat tego urządzenia odbyła się w 2009 roku. Mam na myśli SERATO SCRATCH, który zobaczyłem w działaniu dopiero przed dwoma laty, w „podziemnym” studiu nagraniowym pod Kopcem Kościuszki. Wciąż fascynuje mnie sama „platońska” idea uniwersalnych płyt, które leżą sobie na talerzach, pozwalając DJ-owi na wszystkie artystyczne działania możliwe przy użyciu tradycyjnych analogów, łącznie ze skreczowaniem, czyli przesuwaniem krążków w tył i w przód, aby, łamiąc czasową linearność dźwiękowej ścieżki, osiągnąć momentalne, niepowtarzalne efekty dźwiękowe. Jednak konkretne utwory wyjściowe nie są zapisane na tych „naleśnikach”, one są w laptopie, do którego podłączony jest ten gramofon. DJ nie musi już nosić ze sobą całej kolekcji analogów, nie musi dźwigać „placków w kejsie”, płyt w skrzynce z pleksi, ma to wszystko w pamięci komputera, a krążki mają zapisany wyłącznie kod czasowy. Kuba z Gdańska wprawdzie dowodził, gdy razem staliśmy w kolejce po potrawy, że takie urządzenia zabijają prawdziwą muzykę, nie tylko dlatego, że „aseptyczne” cyfrowe dźwięki to nie to samo, co soczyste brzmienia z winyli -argument powielany przez słuchaczy ortodoksów- dochodzi do tego jeszcze coś nieprzekładalnego na same wrażenia muzyczne, uderzenie w sam sens bycia DJ-ejem, czyli w tworzenie oryginalnej kolekcji krążków, materialnego zbioru płyt, a nie tylko ściąganych z sieci nagrań. Z Kubą, tak jak wcześniej z Markiem, poznałem się osobiście dopiero w Dosłońcach i bardzo spodobała mi się ta jego młodzieńcza czystość i bezkompromisowość poglądów, abstrahując od tego, że połączył nas głównie temat rymowania, w jego przypadku rozumiany o wiele mniej akademicko niż w moim. Przegadaliśmy długi, wolny czas w sobotę o jego raperskich doświadczeniach i fascynacjach nowojorskim oldskulem, a ten, tak istotny dla mnie, kontakt z jego wewnętrznym mikroświatem,

(fot.B.Z.)

wykluwał się we mnie powoli, wyłaniał się z mojej dosłonecznej magmy, gęstej gumy zastygłej w okrągłą regularną grudę, z rudy oderwanych wyrazów nie-ja, i ciężkiego wodoru humorów, z żaru żółtej róży na niebanalnym niebie, z bani os z kosmosu uwieszonej nade mną, by szemrać na bez-chmur szczycie, aż z tego wszystkiego strasznie rozbolała mnie głowa, nie pomogła nawet wcześniejsza rozmowa z Justyną, o jej wakacjach w Hiszpanii, bo momentalnie objawiły się nam obojgu różnice między łagodną i piękną kulturą Śródziemnomorza, a naszą północną kolonią, stateczkiem z niewolnikami na wzburzonych falach wrednej fiducjarnej dolaryzacji, zacnej tylko w założeniach euroizacji, oraz francowatej frankizacji, na dodatek z rublem mającym nas całkiem w garści, i z lokalnymi ekonomami batożącymi tutejszych białych Murzynów, więc w końcu nie wytrzymałem wewnętrznej ssawy swych obsesji i wszedłem samowtór z Kubą do hallu hotelu, by przysiąść z nim przy kontuarze i wysączyć dwa kufelki jasnego dla umysłu, całując cudnie ładny płyn pod równie piękną pianką, i gdy znów wyszliśmy, wchodząc w upał jak w masło, by siąść pod parasolami, sam już czułem się niby drogi drink pod kolorową umbrelką, otoczony wianuszkiem naszych cudownie rozszczebiotanych kobiet, omawiających uderzające fizyczne podobieństwo nowego Krzysztofa do dawnego Dzięgiela -zanim troszkę przybrał na wadze, i rzeczywiście musiałem się w duchu zgodzić, że to był jakiś fenotypowy fenomen, tym bardziej, że niedawno omawiałem z Dzięgielem koncepcję pola morfogenetycznego Ruperta Sheldrake'a; obaj z Krzysztofem byli jak końcówki wersów mickiewiczowskiego trzynastozgłoskowca, żadne tam peiperowskie, odwrócone sylabowo, trójmiejskie „Gdyni-nigdy”, a truizmy częstochowskie czysto fizycznych podobieństw, jak żeńskie rymy po kądzieli lub męskie po mieczu, a przecież nie byli z jednej rodziny wyrazów; bez dwóch zdań, ze zdań dwóch tu ich diabli czy anieli nadali, z różnych wierszy był pierwszy, jak i drugi tu wziął się; absolutnie jukstapozycyjnie; i ja też tak siedziałem z nimi wszystkimi przed hotelem, razem ale osobno, niepodobny do nich wszystkich jak dwie krople wody; jak każda, niczego wcześniejszego nieprzypominająca, ta sama, w obrotach, doba; bo nad ranem po śniadaniu znów się tu spotykaliśmy, prawie w tym samym gronie, ale już z walizkami na kółkach przed autokarem, karni i gotowi, lecz nagle wszystko mi się odmieniło, plany wzięły w łeb, żaden autobus już nie wchodził w grę, zaczęła się nowa rozgrywka, super unik, skok w bok, zmyłka nie wiem kogo i czyja, jak nieznany przypadek gramatyczny, Wypełniacz: z czym do kogo?, meander – fikander, na którego określenie często słów nam brak, więc trzeba wymyślać nowe, albo cytować cudze, parafrazować i naginać do własnych niemożliwości, bo nagle Kuba, po całej upojnej nocy, zaproponował, że chętnie podwiezie nas samochodem, od razu się zgodziłem, choć pojawiła się myśl, że to z pewnością nie bardzo mądre ani bezpieczne; Kuba z puszką w dłoni, popijający prąd z baterii, uzupełniając wyraźny niedobór elektrolitu, ale ja miałem ze sobą swoje dubstepowe składanki i on miał też własne kolekcje srebrnych krążków, i jeszcze Artur dołączył, sam muzyk i kompozytor, kusząca była to podróż, Trip to the Inner Music, więc już po chwili siedziałem na tylnym siedzeniu wozu, z głośników rozbrzmiewał oldskul, amerykański flow, frazy idola Kuby, nowojorskiego rymera Masta Ace’a, o rewolucji, Bogu i ewolucji, ja też w to mocno wierzę, i w Boga i w rozwój, we wszystkich możliwych i niemożliwych kierunkach, nie tylko ciągle w przód, jak chcieliby nam wmówić wszyscy ci ograniczeni do jednego teleologicznego wektora postępowcy; muzyka we mnie na przykład lubi się zapętlać, meandrować i robić dygresje, a tło jej zawsze pełne niejawnych komunikatów; gdy Kuba mijał, zagubione w piątek, teraz niedzielne już krajobrazy, wskazał nam nagle na dach ze stadem jak sejmem – rozmigotanych gołębi; natychmiast mi się udzieliło ich tak skupione rozproszenie; aż rozstałem się z chłopakami radosny, że wciąż się jakoś wiąże każdy mój koniec z początkiem; z Kubą zrobiliśmy jeszcze, z powodu mej nie-uwagi, co prawda zauważenia, ale nie wiedzieć czemu mego przemilczenia mijania wiadra Radia Kraków, którego Kuba wypatrywał, tak więc czujniejsze przez to kolisko autem uczynił aleją Trzech Wieszczów; nie mogłem potem mimo pożegnania od razu wrócić do swojego domu, bo jeszcze w Dosłońcach podczas śniadania jakaś dziewczynka z siostrzanej i bratającej się stacji, wręczyła mi NAGRĘ z prośbą, bym oddał ją już na Kopcu do technicznego działu, więc z Milesem na uszach, „Windą na szafot”, i plecakiem na plecach powędrowałem w górę, by zdumionemu technikowi oddać nie-swój zepsuty sprzęt, nie wiedzieć od kogo, co i jak, ale przecież nie każdy musi wszystko wiedzieć, co zaplanował sobie zbiorowy umysł, może nawet nie z tego świata; kiedy wyszedłem miałem na szczęście wystarczająco dużo czasu, by się nie spóźnić do Norbertanek, i tam, w tym pierwszy raz widzianym wnętrzu, ujrzałem, aż trudno uwierzyć, wchodzącą do środka Patrycję, niedawno zestawioną dźwiękowo w „Globie” z ukrytą partycją mojego umysłu; no i wyspowiadałem się w końcu, a za pokutę odmówiłem od razu dziesiątek różańca, zapamiętawszy sobie drobne fragmenty łacińskiej inskrypcji biegnącej po ścianach wokoło ołtarza i tę spokojną małą buźkę dzieciątka chrzczonego po Mszy; a kiedy wróciłem do domu, jeszcze przed obiadem, ruszyłem na rowerze do sklepu ze sprzętem w M1, by naprawili mi zatrzaśnięte zamknięcie, ale zapomniawszy rachunku, musiałem się wrócić, więc się strasznie się na siebie wściekłem, że z powodu roztargnienia muszę zrobić jeszcze jedną, dodatkową rundkę do Centrum E i z powrotem, a uświadomiwszy sobie, jaką sam na siebie ukręciłem pętlę, zacząłem się z siebie głośno śmiać (

Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (119) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest pięć razy pięć? wpisz liczbę

Wyślij »
Kalendarz