Bogdan Zalewski
11 stycznia 2010, 23:11

SIM PUK PIN PINK albo krzywa Ebbinghausa (1.0)

Nie bez obaw i wątpliwości publikuję pierwszą odsłonę. Postanowiłem jednak nie przedłużać komponowania w niewidzialnej domenie Intranetu. Ten hipertekst obrazujący naszą zawirusowaną pamięć jest fragmentem większego Fragmentu. Dającym o nim pewne pojęcie. Na końcu tego wpisu umieściłem uciekającą postać. Nie uciekam przed odpowiedzialnością, uciekam przed siebie - ku następnej odsłonie, która jednocześnie odsłania i zasłania. Piszę o niej w czasie teraźniejszym, bo ona już istnieje - po ciemnej stronie (internetowej). Wykorzystałem tu reprodukcje collage'owego cyklu Maxa Ernsta "La femme 100 têtes" - patronującego mojej skromnej pracy. Tytuł genialnego "recyklingowego" zbioru niemieckiego artysty z ubiegłego wieku jest wieloznaczny. Znaczy zarówno "La femme cent tetes" (Kobieta o stu głowach), jak i "La femme sans tete" (Kobieta bez głowy). Od odbiorcy zależy, jak potraktuje moje dziełko - cent tetes czy/i sans tete.
1. LUDOLFINA JEST JAK HYDRA - KOBIETA STUGŁOWA

....................................................................................................


Komórka mi wysiadła. Formułka mi wyleciała. Podpórka mi padła. Technologiczną awarię spotęgowały echa mojego niekończącego się wewnętrznego monologu. Głosy nakładały się na siebie, interferowały i od czasu do czasu tworzyły ®óżowy szum. Początkowo wydawało mi się, że to z powodu wady ładowarki telefon zaczął się sam wyłączać. Mam w dolnej szufladzie biurka małą ‘grupę Laokoona’, kłębowisko przewodów splątanych wokół różnych ładowarek i czasami zdarza mi się wyciągnąć nie tę, co trzeba. Jednak nie tym razem. To była ta właściwa, a mimo to komórka po podłączeniu do sieci co chwilę się wyłączała. A więc, to ta przestarzała formułka mnie! Nieznana mi ikonka kopertki wirowała na ekraniku. Od kogo ta wiadomość, do kogo ta mowa? Nie mogłem jej otworzyć, odtworzyć. To samo miało się stać z telefonem przyszłej żony mojego nieustannie aktualnego brata. Rodzina jest dynamicznym zbiorem stałych elementów oraz zmiennych, które w danym momencie stają się stałymi, automatycznie. Bywa, że ludzie na stałe łączą się z innymi ludźmi, połączonymi już z innymi zmiennymi automatami. Ta tendencja, zrazu niemal niedostrzegalna, może znacząco wpływać na życie rodzinne i to już w niedalekiej przyszłości. Bożenka odkryła własną awarię w Sylwestra. Miała ten sam model komórki co ja. Czułym gestem pielęgniarki przykładała telefon do ucha, jakby sprawdzała jego puls albo słuchała czy oddycha. Komórka umarła. Zupełnie tak jak moja - tydzień wcześniej. Może to atak cyberterrorystyczny nowego typu? Co zawierał ten maleńki piktogram koperty? Wirtualne trujące ®óżowe ziarno podsypywane w komórkach uczestnikom wyścigu szczurów, śmiertelnie niebezpieczne dla urządzeń nawet w mikro dawkach? Może to, dajmy na to, ubijane w tyglu google’a JPEG-i ziela jasnoty ®óżowej? Nerwowo wyciągałem i wpychałem końcówkę kabla do okrągłego otworka w telefonie. W ułamku sekundy przeleciał mi przez umysł obraz mojej wirtualnej, perwersyjnej relacji z aparatem: seks nowego typu łamiący wszelkie bariery pomiędzy związkami organicznymi a nieorganicznymi. Jakby moje myśli były zawirusowane, pełne programów zwanych ‘królikami’ rodem z ®óżowych stron futuroerotycznych . Służbowy aparat na moment mi ożył. I zgasł. Odżywał i znów tracił moc, aż w końcu, po kilku takich powtórzeniach, umarł na dobre na moich rękach. Wszystko w nim zdechło. Co było robić? Byłem w kropce. A raczej w legendarnym ®óżowym wielokropku, jakby to była zagadkowa wysypka na skórze (skin). C był śrdkiem chrbwym? C był źródłem tej interpunkcyjnej i alafabetycznej alergii?- zastanawiałem się, gdy nagle jeden ze znaków wyekspediował mnie do innej, obcej domeny. Poczułem się tak, jakbym nagle wskakiwał w kolejne wirtualne przeręble, a pod LOD-em ujrzał mrowiące się mroczne królestwo.Przypominało wizualizację grupy dyskusyjnej dla cyberfanatyków jakiegoś wykręconego tematu czy też forum pasjonatów w niewidzialnej sieci, gdzie od wielu, wielu lat jestem obsmarowywany na potęgę. Bez chwili przerwy. Bez możliwości obrony. Jak powolna egzekucja in effigie. Nie mogłem się tam wcześniej dostać jako postać siebie samego w realu, bo nie posiadałem klucza: dwuznacznego wyrażenia, które było ukryte w akrostychu pewnego hipertekstu podzielonego na rozdziały. I kiedy odkryłem tę zagadkę, odnoszącą się zarówno do kolekcjonowania, zbieractwa i archiwizowania, słowem do archeologii wiedzy, jak i do otwierania zamka w drzwiach celi przez wykonawcę wyroku, nastąpiła czarna iluminacja! Epifania złego słowa! Pczułem w kńcu na sbie samym mc ptężnych pdziemnych sił śmieszających! Na serio! Tak długo nie zdawałem sobie z tego sprawy i nagle się dowiaduję. To ja przez ten czas myślałem, że …, a to było tak ... tak naprawdę. Mroczne oświecenie! Z tej ciemności, która wylała się na mnie z królestwa podziemia, co jakichś czas wyłaniał się widok mojej dawnej znajomej. Dolewała oliwy do ognia pod kotłem, w którym wiła się naga postać mego JA. Kurczę blade, najbardziej ciało mi tam szarpie ta harpia, w którą się przemieniła przemiła koleżanka! Ładna główka na długiej szyi wstrętnego padlinożernego ptaka! Jak żyjąca łodyżka spada z sykiem i kąsa mnie w obnażoną pierś. Wyglądało to tak, jakby przez moment podłączała się wtyczką główki do mego serca. Jej rozdwojony język zmieniał się w dwa metalowe bolce. Zrodził się sieciowy model mojej Animy: kobieta z giętką ®óżową wiązką światłowodów zamiast smukłej szyi. Na wizualizowanym wykresie moja krzywa depresyjna gwałtownie przygięła się w dół i ! mój dół pogłębiła jeszcze hipochondria: większa potliwość dłoni gwałtownie powiększająca same dłonie, drżenie głosu przechodzące drgawki całego ciała, kłopoty ze snem wywołujące inwazję marzeń na jawie, białe noce zmieniające się o świcie w ®óżanopalcy koszmar, rozkojarzenie i nieskoordynowane konflikty zmieszane w psychomachię totalną, wojnę którą zaczynam toczyć wyłącznie z samym sobą, sprzymierzywszy się ze swymi największymi wrogami. Cały ten ciąg pikujących zdarzeń był jak zwykle nielogiczny i nieczytelny dla nikogo. Skoro nawet ja sam nie znałem ukrytych głęboko powodów nagłych depresji, zakulisowych piekielnych mechanizmów, to czy ktokolwiek inny będzie ze zrozumieniem analizował moje osobiste wykresy? Przecież ma ważniejsze kryzysowe krzywe na głowie! W moich uszach niemal bez przerwy słyszę ten przeklęty pulsujący szmer, crescendo i diminuendo: szum deszczu szyderstw. Zwłaszcza w uchu prawym, jakby zakatarzonym. Szybko wyszedłem z siebie, wyzwoliłem się z wewnętrznego monologu –niczym ze snu wariata - i powróciłem do równie paranoidalnego opisu behawioralnego: wyciągnąłem z zawirusowanej prawdopodobnie komórki kartę SIM (Siemaneczko Imbecylu Małorozgarnięty!), i przełożyłem do swojej zabytkowej cegły firmy NOKIA (Nabzdyczony Obczaiłeś Kminek Inwalidzkiego Agrotuningu?). I czas w tym momencie zatoczył mi się jak pijak. Pi-jak? Jak Pi. Na ekranie starej komóry pojawiło się π (pole koła o promieniu równym 1, kolejna formułka tożsamościowa, metamatematyczna ikona kabalistyczna). Ach, nagle powróciła do mnie inna pamięć! W telefonie. Przypomniałem sobie, że tego wirusa umysłowego, tę obłąkańczą ludolfinę, ściągnąłem sobie sam z sieci na przedpotopowy firmowy telefon. Polowałem wtedy jak zwykle na Niewidzialnego ®óżowego Jednorożca, który ciągle zmieniał postać. Kształt litero-liczby π przybrał pod wpływem nisko budżetowego filmu w reżyserii Aarona Dronoffsky’ego. (Moja pamięć jest dysgraficzna i egocentryczna, a wszelkie zakrzywienia i deformacje powstają na granicy osobowego widma. Tuż tuż jest już szumowinowy ®óż.)"


Hsia Yü jest jedną z najbardziej fascynujących współczesnych poetek piszących w języku chińskim. Dwa lata temu wydała własnym sumptem dwujęzyczny tom po chińsku i po angielsku zatytułowany “Pink Noise” czyli “Różowy Szum”


2. ODKRYWCA-DEKADENT NAGLE TRACI GŁOWĘ MYLĄC DEKADĘ Z DEKAPITACJĄ


Aaron Dronoffsky – chazarski reżyser z przełomu XXX i XL wieku. Urodzony w mieście Bliźniaczych Wież upamiętniających upadły reżim braci Kaczynskich (Theodore’a i Omleha). - tworząc hasło w mojej prywatnej nonsensopedii mam przed oczyma obraz nocnego nieba pełnego półksiężyców jak zakrzywionych szabli niecnych cyber-Saracenów. Pejzaż zwielokrotniony w zwierciadlanych ścianach drapaczy chmur w Dubajubaju. Te chmury to syndrom choroby, symptom ®óżowego łupieżu na niebie cierpiącym na świąd. Grafomania jest alergią. To rodzaj reakcji uczuleniowej- jakby drapanie piórkiem swędzącego miejsca na papierze. A potem pozostaje tylko przyzwyczajenie: ‘się drapie’ choć nic już nie swędzi. Cytowanie jednej grafomanii w drugiej grafomanii jest jak drapanie się dwiema rękami. Wiem już o tym coraz więcej, ale wciąż jeszcze nie dość dogłębnie, więc ciągle pogłębiam swą wiedzę, jeszcze bardziej pogłębiając swój problem. Analizuję teraz związki pomiędzy grafomanią papierową (analogową) a graf0manią cyfrową (zdigitalizowaną), która rozkwita mi na płytkach komputerowych ekranów. Tu pismo traci swój materialny charakter zapisu osobistego. Zamiast tradycyjnej pisaniny mam teraz jej zawirusowaną elektroniczną wersję czyli é-criture, a to zawsze tak szumnie brzmi! Teraz wystarczy zmienić é-criture w é-criture automatique, aby ta utracona fizyczność pisma powróciła – na innym, dołowym, najbardziej wstydliwym poziomie refleksji, który najchętniej ukryłbym przed całym światem i sobą samym. Jednak ukrywanie nic nie da, bo te farfocle i tak kiedyś wylezą prędzej czy później i będą nam mendzićnudzić judzić Porównajmy tylko słynne plastyczne wynalazki surrealisty Ernesta Namaxa z pisarską metodą Androna Brüneta. Ileż w tym przyczajonych podobieństw! Znacznie więcej niż obczajonych ®óżnic. Weźmy przykład z Namaxa, przykład pierwszy z brzegu: ten twórca techniki monetarystycznego frottage’u tak długo pocierał kopiowym ołówkiem papier śniadaniowy przyłożony do polskiego złotego tuż po reformie Balcerowicza , że na powierzchni pojawiło się godło dwugłowego ruskiego orła. Cóż wobec takiego odkrycia znaczył collage’owy cykl Maxa Ernsta „Kobieta stugłowa”? Co dwie takie orle głowy to nie sto pierwszych lepszych, to oczywiste. Tym bardziej warto czasem, nie tracąc głowy, zostawić sobie w szufladzie biurka jakąś swoją drugą, starą, szarą komórkę, mimo, że korporacje zachęcają nas do zwrotu przestarzałego sprzętu telefonicznego, abyśmy sprawnie i bez oporu wymienili go na nowy, ulepszony, znacznie lepiej nas inwigilujący. Wiadomo: „Ending is better than mending”, „ Доверяй, но проверяй." Mimo wszystko, ryzyko legendarnej antykonsumpcyjnej, antykorporacyjnej konspiracji czasem się opłaca. Choć nigdy –finansowo, rzecz jasna. Prestiż w firmie też ci od tego nie wzrośnie. Krzywa zaufania do ciebie gwałtownie opada. Aż oś odciętych w końcu odetnie tę głowę, w której zaszumiała woda sodowa. Bo czy to nie jest gruba przesada wprowadzać ®óżowy szum do szeregu wyrażeń raz już zdefiniowanych, takich jak: Komunizm, Kapitalizm, Konwergencja czy też Kicz Krytycznoliterackich Konwentykli albo inaczej Ku Klux Klan?




3.GŁUPIEC PUKA DO BRAMY BINARNYCH GŁĘBIN


Tajemnica skrywana w archiwum telefonu komórkowego z początku cudownej dekady! (Cudowne dekady powtarzają się co dziesięć lat naprzemiennie, aż którejś następnej już nie jesteśmy w stanie jakimś cudem przeżyć. I pozostają już po nas tylko cudowne wspomnienia.) Odkryłem w swoim starym przychomikowanym aparacie firmowym dość zagadkowy dla mnie zbiór SMS-ów, których z pewnością do nikogo nie wysłałem. Bo nie był to na sto procent Short Message Service a raczej Subiektywna Masa Spostrzeżeń, najczęściej mocno enigmatycznych i co tu dużo mówić: głupawych. Oto jedno z nich: Smukłe palce/ zaciśnięte/ w grymas maszkarona/ na bezdechu zostawione/ słowopłuco pływa/ w słoju łoju/ z głowy ługiem/ mdłej zmydlonym w dym. Miało być w dym czy w dymion? Alchemia ®óżowego wina wytoczonego z czaszki, pilnie strzeżona receptura płynu upojeń z czasów tak odległych. Czułem się tak, jakbym do łba sobie przytknął trzy wieszcze rureczki! Podejrzewam, że archiwum komórkowe mogło stanowić rezerwuar moich prywatnych mantr dykcyjnych, przeznaczonych do prób głosowych przed publicznymi występami mikrofonowymi. Wymyślałem sobie takie „zaśpiewy”, żeby je sobie powtarzać półgłosem, pod nosem. Czy takie rytmiczne zbitki wokalne mogły być potem po cichu analizowane pod kątem ewentualnych zagrożeń wizerunkowych? Czy te inkantacje były wykopywane z pamięci telefonu na podobnej zasadzie, jak ja sam od czasu do czasu szukałem śladów swoich własnych wycieczek słownych i natrafiałem na tropy własnych protektorów oraz jakieś cudze odciśnięte kopytka. ΩΩΩΩΩ Odnalazłem ostatnio stare wnyki w sieci, resztki po dawnych małych obławach z nagonkami na moją osobę. Zaintrygował mnie nie tyle -w gruncie rzeczy skromny i lokalny- charakter tych prób, co ich apatyczność. Jakież leniwe ataki przypuszczali na mnie moi wrogowie. Nic im się nie chciało! Kiedy już mnie dorwali dziobali mnie sobie jakoś tak niedbale. Trochę przestraszyłem się własnej myśli , że może ja już dla nich od dawna nie żyję, że może nie tyle umarłem naprawdę, co doznałem salonowej anihilacji. Dopadła mnie jakaś nieznana mi odmiana śmierci towarzyskiej, i teraz jestem tylko cyfrowym zombie, stworem zamkniętym w elektronicznym Hadesie, uwięzionym jak bieda w kości w swoim starym telefonie komórkowym. Moje podejrzenia pogłębiał fakt, że ci moi dziobacze byli w większości kulturalnymi nekrofagami. Ale i tak nie aż takimi jak ja!- zaszumiało mi w głowie. Dla celów badawczych zdecydowałem, że dołączę do stada padlinożerców – postanowiłem skwapliwie wykorzystać nadarzającą się okazję. Najlepiej - przybierając postać żenującego awatara z długim dziobem marabuta, tak, aby w kolejnym cadavre equis szarpać trupa samego siebie. Wyrywałbym sobie przy tym z cielska ®óżowy puch na kryminalistyczne pędzelki, aby potem lepiej szukać innych śladów siebie i analizować wszelkie linie daktyloskopijne. Nie ukrywałbym przy tym obrzydzenia do truchła własnej osoby. Co więcej starałbym się przelicytować w tym odruchu swoich najbardziej radykalnych przeciwników. Niech odgłosy mojej abominacji spotęgują sztuczny szum w sieciowych kanałach komunikacyjnych, tym rezerwuarze żyznego płynnego nawozu towarzyskiego, naturalnej ®óżowej pożywki w moim laboratorium. Może i na tym polu osiągnę jakieś sukcesy paranaukowe? Sam spróbuję siebie upokorzyć, odczytać swoje słowa na własną niekorzyść, tak by z charakterystycznym uporem neurotycznego perfekcjonisty, nawet w obsmarowywaniu siebie starać się być najlepszym ze wszystkich.



4. OPITE KRWIĄ SERDECZNĄ PCHEŁKI JAK CYBER MAKI NASYCONE MÓZGU MEGO MIAZGĄ

Archiwum komórkowe w moim starym aparacie: czy przejdzie do historii plądro-radiofonii? Czy będzie dużo szumu wokół tej nowej gałęzi nauki ®óżowej: Szum w liściach uszu/ w małżowinach drzew. Taka przyroda nigdy w nas nie kłamie. Do broni szczękościsku/ dodane podniesienie/ zielony jeszcze lisku/ by zlistnieć masz jesienie. Hermetyczny i dla mnie ten mój przeszły rebus, tu już w grę prawdopodobnie wchodziły inne, nie tylko artykulacyjne koncepty. A jednak w tym moim niby wyłącznie radiowym spontanicznym mantrowaniu musiałem się zapominać! Wpadałem do siebie niby na popołudniową niezobowiązującą herbatkę a wychodziłem nad ranem, z ®óżowymi wyrzutami sumienia na skórze (skin). Albo to: Dalsze stoją/ wędrują bliższe/ liście z koron. Czyż nie jest to królewski wist obserwatora-dendrologa-amatora? Słyszę szum sztucznych oklasków. Klaka mimo kompletnej klapy. Nikt niczego nie pojmuje, widzowie bezradnie spoglądają na siebie, szukając wyjaśnień lub potwierdzenia ciemności. Moje niektóre hipnagogiczne skróty myślowe są i dla mnie dzisiaj prawie nieczytelnym szyfrem, ale co tam! Interpretacje też nie muszą potwierdzać oczywistości , powinny torować nowe drogi, robić przecinki przez gęsty bór starych gburów. Oto cel humanistyki ®óżowej: odwracać ustalone hierarchie, promować wszelkie mniejszości sensu. (Podobno to Brytyjczycy złamali szyfr polskiej Enigmy. Sam słyszałem w PTV- kanale archeo Psychicznej Telewizji.) Zaglądając do swego archiwum w komórkowej cegle sprzed tylu lat, też czułem się czasami jakbym zbierał jakieś ułomki po poetyckiej filozofii pre-przedsokratyków. Samego mnie dzisiaj dziwi ta moja stara dobra skrótowa ocena, nie wiem już kogo, może jak zwykle samego siebie. Lubię takie zapętlenia i zamykające się we własnym świecie repetycje, one mnie tylko utwierdzają w mojej niewiedzy na swój własny temat: Drewniana składnia/ jak przecinki w lesie. Myślę , że tą frazą mógłbym sobie w sprzyjających okolicznościach zaskarbić serca i umysły radykalnych ekologistów. Tylko, czy oni od razu nie chcieliby mi wypisać na skórze sekretnego biometrycznego tatuażu ekoterrorysty, darmowej wejściówki-fałszywki do wszystkich klinik aborcyjnych dla zwierząt? No, to może zamiast podzielić los Unabombera, eksploduj radością w kręgu samolubnego lobby gwarantującego ®óżową przyszłość? – pyta mnie Janina Jasny. Konformistyczna Konfirmacja, Kochanie!- dodaje Sieciech Blogowicz. Nareszcie jakieś bliższe dane osobowe! Mimo to nie mam pojęcia, co też wtedy sobie planowałem wystukując na ekraniku dwie wymyślone (przez siebie/ dla siebie) nowe tożsamości Sieciech Blogowicz i Janina Jasny. Czyżbym był znowu prekursorem samego siebie? Już wtedy roiłem o dwugłowym JA/Я? Od kiedy samorodne kropki pchełek opitych moją ®óżową krwią skaczą w zasikanych trocinach światowej sieci?

Mam na myśli swoją nową internetową formułę autobiograficzną. Wydaje się, że te dwie ‘osoby’ o znaczących nazwiskach były ściślej związane ze mną, niż mogę to sobie dziś wyobrazić, być może jako sekretne internetowe kreacje, konspiracyjne persony czy też -jak to się ostatnio zwykło określać- avatary Camerona Obscure’a. Swoją drogą, ciekawe, że już wtedy musiał mi się wykluć w wyobraźni jakiś sieciowy palimpsestowy ‘pamiętniczek’, mimo, że z pewnością głowę zaprzątały mi zupełnie inne, ważniejsze wówczas sprawy- na przykład śmierdząca osoczem klatka schodowa. Nigdy nie wiedziałem, czy schodziłem nią czy wchodziłem jak politycznej pamięci Profesor z anegdoty, bo ten korytarz pionowy zaprojektowało w mojej podwójnej głowie słynne na całą dzielnicę Biuro Romualda Eschera. Zresztą po wszystkich moich poważniejszych zmaganiach życiowych też pozostał ślad komórkowy: Przed przerysowaniem ze SZKOLNEGO/ bloku skosmaciła mi się linia/ (jak na dłoni) życia. Jestem przekonany, że to Subiektywne Migotanie Spostrzeżeniowe pochodzi z nieco późniejszego okresu -mojej przeprowadzki z liczną cztero-osobową rodziną (minus ja plus mitYczny pięcionogi pies) na kolejne, dla mnie już siódme huckie osiedle. Korzystając z tego, że jestem w Internecie – legendarnym medium raz po raz świętującym szmat czasu- chciałbym pozdrowić: Teatralne,Kalinowe, Złotego Wieku, Kościuszkowskie, Sportowe, Szkolne i Centrum E. „Realizm, panowie, realizm"- jak mawiał partyjnej pamięci Towarzysz. Czy komunitarianie zaszczycą nas dekadą General Government? Formuła Patelni z Teflonu rozgrzała się już do imentu, więc kto wie? Kto, kuchnia, zna dzisiaj sekrety heglowskiego ducha dziejów? Ja jednak w każdej sytuacji postgeopolitycznej wybieram emigrację imigranta - do wnętrza własnej wątroby, gdzie wciąż zachowuję swoje największe skarby bio-chemiczne. Chciałbym po prostu czegoś więcej dowiedzieć się o tych Szumach Mych Słów z przeszłości, ale kiedy znów wszedłem w komórkową opcję SZCZEGÓŁY wyświetlił się komunikat BRAK DOSTĘPNYCH SZCZEGÓŁÓW. Tuż obok pulsującej literki „i”. Nie proście mnie więcej o kolejne rekordowe aliteracje. Ta będzie ostatnia: Intrygujące Informacje Idee Iluminacje Identyfikuje Intensywna Inwestygacja Indywidualna. Jestem więc skazany na siebie samego, na swoje własne badania siebie i domysły na swój temat? Kto mi pomoże, kto mi da stypendium? Jeszcze raz , bodaj ostatni, spoglądam do archiwum komórkowego. Odważnie odrzucam odruch niesmaku. Oto zbliża się chwila najbardziej żenującego coming-outu. Jeśli ktoś będzie mnie przesłuchiwał pod przysięgą (nie sądzę!) wyprę się wszystkiego. Przysięgam! Oto ten najbardziej tajemniczy dla mnie SMS (Skolekcji Maniaka Staroci), nadal nie wiem na czym oparty stareńki mikro-projekt ®óżowej literatury przyszłości, opartej na radykalnych elipsach i kabalistycznych symbolach polsko-chazarskiego paleoromantyzmu: Dwie literki z aDaMa/ czterdzieści i cztery/ homeolektura po nanoskripturze.To jeszcze gorsze niż monosylabiczne szeptanki do mikroportu w towarzystwie zaproszonych reżimowych dziennikarzy. Jeszcze troszeczkę i nie wytrzymam tych autopastiszów.



5. WWW JEST TAJNYM ZNAKIEM APOLYONA- CESARZA, CO PIEROGA NIE ZDEJMUJE Z GŁOWY

Logocentryzm mnie zgubi. Jego nowa wypustka to szemrana tajemnica mojej indywidualnej przeszłości, wypucha ku starym cyfrowym nośnikom. W przyczajonej komórce-formułce odnalazłem druzgocącą recenzję w pigułce: Lekkie lepkie kulki/ kalkomelodyjki. Jakie to melodie przed dekadą wywołały we mnie aż takie wzruszenia, a potem, już ze mnie, podobną pulpę pozlepianych słów? Gdyby to były tylko zapomniane przez nas drobne fenomeny, których obrazem są te moje zapiski komórkowe! Równie a może jeszcze bardziej zagadkowe jest ich nagłe objawianie się, jakby wypływanie na wierzch z głębokiego D.N.A. niepamięci (Domeny Nieposkromionej Amnezji) . Nie chodzi mi tu wcale o proces psychologiczny w rozumieniu zjawisk umysłowych. Ta swoista retrospekcja, którą tu omawiam, jest fenomenem zakotwiczonym w obiektywnej materii, jej symptomy nie są wyłącznie subiektywne jak w procesie przypominania sobie przeszłych zdarzeń. To nie jest nawet proustowska pamięć mimowolna, do wyświetlania której podmiot potrzebował nieznanego mu a konkretnego przedmiotowego katalizatora -ciasteczka (cookie). Tu role jeszcze bardziej się odwracają, to jakby materia SAMA

SOBIESIEBIE chciała przypominać a podmiot stawał się tylko przedmiotem (quasi-ekranem) tych zagadkowych działań. Symptomy takiego tajemnego życia materii rzekomo nieożywionej przypominają słynne czynności pomyłkowe i symptomatyczne opisywane przez Zygmunta Freuda. Ściągnąłem właśnie z półki cieniutką książeczkę ‘Freud. Wizerunek własny’ , dziwaczną pozycję z początków tak zwanej Trzeciej Rzeczypospolitej, kiedy takie dziełka kupowało się na straganach przed uczelniami a nie na ostatnim piętrze kilkupoziomowej księgarni. Na kolejnych stronach druku wydawnictwa Verso znaki umlautów są jakby dorysowane ręcznie i przypominają za®óżowione ukąszenia edytorskiego wampira-nietoperza. Gdy budzi się pamięć materii, na żer liter wzlatują demony? Jeden właśnie wplątał mi się we włosy! Narobi mi kołtunów! Nie musicie mi szumieć do ucha, czym są kołtuny! Znam dobrze ten problem z autopsji , z freudowskiego romansu rodzinnego. Mój ojciec opowiadał mi jak chłopcem będąc, jego daleka ciotka-szeptunka odprawiła nad nim gusła, rytuał z drewnianą łopatką. (Kołtun potrafił wy-
kręcić
wszelkie metalowe przedmioty.) A może to nie był kołtun, może dokonałem teraz etnograficznej kontaminacji dwóch opowieści przekazywanych w męskiej sztafecie pokoleń? Tak, z pewnością! Pamięć potrafi czynić figle-migle! Chodziło o usuwanie przepukliny w pachwinie przy pomocy przesypywania rozżarzonych węgielków przez koszulinę.
Jakkolwiek by nie było w mojej rodzinie (nie od razu Marconi maszty w Krakowie budował) w trakcie lektury Freuda przypomniałem sobie o okrągłej rocznicy genezy teorii psychoanalizy- na podstawie wspomnień jej twórcy, czyli relacji z pierwszej ręki: ”Po raz pierwszy przedstawiłem rozwój i treść psychoanalizy w r. 1909 w pięciu wykładach wygłoszonych w Clark University w Worcester, Mass., dokąd zostałem zaproszony na dwudziestolecie powstania tej instytucji.” Same czynności pomyłkowe Freud opisał jednak kilka lat wcześniej – w 1904 roku w książce zatytułowanej ‘Psychopatologia życia codziennego’. Tak w ‘Wizerunku własnym’ oceniał po latach wagę swojego odkrycia: ”Treść tego rozpowszechnionego dzieła stanowi dowód, że zjawiska te (czynności pomyłkowe –B.Z.) nie są czymś przypadkowym, że sięgają poza wyjaśnienia fizjologiczne, że mają sens i są tłumaczalne i usprawiedliwiają doszukiwanie się stłumionych uczuć i zamiarów.” Wprawdzie w wydanej w Polsce przed dwoma lat grubej , nie do zniesienia grubej, księdze zatytułowanej ‘Freud oceniony. Analiza krytyczna dzieła’ szacowny Malcolm Macmillan wykazał liczne czynności pomyłkowe w teorii czynności pomyłkowych chazarskiego mędrca, ale i sam nie ustrzegł się licznych błędów. Co z pewnością wykażą przyszłe pokolenia podobnych jemu badaczy. A dziś? Tylko maszyny tak rozkosznie się mylą. Zwłaszcza w leniwe dni. Lubi je laptopowe libido: dni jednostajne w ruchu, który w końcu doprowadza notebooka do słodkiego bezwładu, kiedy jego ekran wymięka i omdlewa na klawiaturę, opadając nań wolno jak zdigitalizowany liść sieciową jesienią. Codzienna kalkomania seksu bez miłości. Czy komputery śnią o elektro-erotycznych bodźcach? Czy roją własne podejrzane gry, gdy ich właściciele pozostawiają je samopas? Czy pecety potrafią już same łączyć się z innymi podobnymi sobie urządzeniami w namiętne sieciowe flirty, lepkie od pożądliwości związki pozamałżeńskie? Na ile obrzydliwe i przerażające mogą być seksualne przygody samotnych maszyn cyfrowych? Hybrydowa plątanina kabli o ®óżowym zabarwieniu, koszmar niezobrazowanych wirtualnych orgii i par excellence mechanicznych ruchów frakcyjnych! Czas jak zbrodniarz zatrze wszelkie ślady. Prócz tego jednego. ][ Awaria komputerowej klawiatury w samym środku środy była dla mnie tak poważnym wyzwaniem, że nie mogłem sobie z nią poradzić bez pomocy starszej córki. Czasem odnoszę wrażenie, po napisaniu kolejnego o niej zdania , że ta dziewczyna jest jeszcze starsza niż napisałem- aż w końcu będzie starsza ode mnie. Jednak po chwili przynoszę to wrażenie z powrotem i chowam do sekretnej szuflady w pożyczonej żyrafie i zamykam na kluczyk interpretacyjny, który natychmiast połykam. Do dziś nie wiem zresztą, czy to wysiadła właśnie klawiatura. Mam nadzieję dowiedzieć się jutro. TOMORЯOW NEVER KNOWS. A na razie krótkie résumé: Wszystko było prawidłowo podłączone, a mimo to, nie wiadomo z jakiego powodu, nie mogłem na ekranie napisać ni słowa. Czułem się- patrząc w ekran- jak wampir, który nie widzi w lustrze własnego odbicia. (Więc jak się ma, przepraszam bardzo, na przykład: ogolić?) Moja Asia potrzebowała na naprawę około pięciu minut, bez zegarka w ręku. Coś tam ponoć przestawiła mi w BIOS-ie (Binarnej Inteligencji Osobistego Sobowtóra). Moją córkę zawsze żenują wszelkie takie tłumaczenia, a ja nie chcę jej zbytnio denerwować swoją kompletną niewiedzą, więc nie pytam o SZCZEGÓŁY interpretacyjne. Po prostu dopełniam obraz reperacji w swojej wyobraźni. W tych wizjach widzę najczęściej jak stara dziewczyna topi w dużym tyglu na małym ogniu odrobinkę borsuczego sadła i delikatnie, drewnianą szpatułką (metalową mógłby powykręcać kołtun kabli w skrzynce) nakłada warstewkę płynnego łoju na Motherboard Monitor. I to najzupełniej wystarcza. Zresztą nie ma sensu wymyślać nic więcej, bo mój komputer osobisty przypomina już miniaturowy model maszyny obliczeniowej szalonego geniusza Maxa Cohena. (Tylko, że ja tylko do pięt dorastam genialnemu bohaterowi filmu „π”, widzę teraz kabalistyczny rysunek spękań na jego, zrogowaciałej z tyłu, lewej stopie). Zdjęte pokrywy obnażają żyjące wnętrze ‘mojej’ maszyny! Prężą się tam i kłębią wężowe sploty baśniowo kolorowych ®óżowych przewodów, zakończonych plastykowymi pyskami kostek. Symetryczne wejścia i wyjścia do Systemu przypominają oczy i usta nowego Golema. Być może to tylko fantazmat nieuka, magiczna wersja prymitywa z wielkomiejskiej dżungli , który parawanem imaginacji zasłania własną niewiedzę. Nie chcę się tu przed sobą usprawiedliwiać, ale za tymi moimi wyobrażeniami może już jednak stać coś poważniejszego: nowy gatunek przeżycia, niezależny od stopnia wtajemniczenia w świat najnowszej technologii- rodzaj doświadczenia obiektywnego: jak głaskanie kota pod włos piątą łapą psa. To musi kiedyś zaiskrzyć!


Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (308) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest cztery razy cztery? wpisz liczbę

Wyślij »
2012-02-07 20:20  z ksiąg odwróconego prawa
2012-02-01 22:50  Poetka na Moście
2012-02-01 20:20  historia alternatywna
2012-01-31 19:35  propaganda - porównanie
2012-01-30 13:13  Tusk albo RWPG bis
2012-01-27 20:20  no future
2012-01-26 20:02  zmiana psa na kota z budy?
2012-01-25 20:02  znów lata sowa sowietów
2012-01-24 13:13  totalnie okablowani
Kalendarz