Bogdan Zalewski
3 maja 2010, 23:59

Smoleński/Poczet Targowiczan (malarskie ćwiczenia stylistyczne)

Tak mało już zostało czasu, a tyle zdarzeń, tyle spraw i tyle myśli, tyle słów, które codziennie kłębią mi się w głowie, od samego rana, tak jak dziś, trzeciego maja, kiedy z niesłychaną intensywnością, o którą mimo wszystko nigdy bym siebie wcześniej nie podejrzewał, pulsują mi w głowie historyczne obrazy- sceny historii, która już była, a która znowu powraca. Ledwo się obudziłem, zamykam i otwieram oczy, i przypomina mi się wszystko i wszystko samo się układa.
Czy nieuchronnie zmierza ku kolejnej katastrofie? Takie mnie już refleksje dopadły, jakbym w epoce schyłkowej żył. Rozważam już tylko charakter katastrofy. Czy w odróżnieniu od tej smoleńskiej - będzie to anihilacja niemal niezauważalna, cicha, stopniowa, rozłożona w czasie: na tygodnie, miesiące, a może po części i na lata.

Spróbuję opanować w sobie nerwową ekscytację i rozrzedzić natłok wiele znaczących skojarzeń. Pragnę rozproszyć trochę ten gęsty tłum widm we mnie, to kłębowisko symbolicznych gestów jak na płótnach polskich neoromantyków, bo chcę postawić prostą tezę: "Nie trzeba być Wernyhorą, aby prorokować rozwój wypadków, znaki są już bardzo czytelne ." A wieszczyć nam trzeba, to dziś życiowy obowiązek, konieczność egzystencjalna, a kto myśli inaczej, śpi i śni. Albo kpi i o drogę nie pyta.

Dla mnie to jest najważniejsze pytanie: dokąd zmierzamy- jako państwo i jako obywatele? Kim są ludzie, którzy sprawują nad nami rządy? Na ile są niesamodzielni w podejmowaniu decyzji? I w czyim to robią imieniu?

Właśnie dziś trzeciego maja dowiedziałem się z Internetu, że 'trzygwiazdkowy generał' Mieczysław Cieniuch ma zastąpić generała Franciszka Gągora - ofiarę Smoleńska. Cieniuch- nominowany przez ministra Klicha- jest przedstawiany w mainstreamowej prasie jako wybitny oficer, przedstawiciel wojskowy przy NATO i UE w Brukseli. Ja jednak zajrzałem sobie do biogramu Pana Generała i zastanowiły mnie dwa okresy w Jego życiorysie. Cieniuch w latach 1980 – 1982 studiował w Moskwie w Akademii Wojsk Pancernych ZSRR. Niby nic - powiedzą zwolennicy pojednania- ja jednak nie potrafię zapomnieć, że były to akurat lata stanu wojennego w Polsce. Zachodzę w głowę, kto akurat w tym czasie postanowił zainwestować w swoją edukację w stolicy Związku Sowieckiego. Drugi ciekawy okres, może jeszcze ciekawszy, to następna dekada Mieczysława Cieniucha: lata 1990 – 1992. Pan Generał też wtedy pilnie studiował. Nie zgadniecie gdzie ... Zgadliście: w Moskwie, a konkretnie w Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Tak się składa, że też dobrze pamiętam ten okres historyczny, zaczynałem wtedy pracę w Krakowie jako dziennikarz radiowy. W roku 1991 w Moskwie doszło do próby przejęcia władzy przez twardogłowych Sowietów, zwanej puczem Janajewa. Oczywiście - to czysty przypadek, że nasz przyszły szef Sztabu Generalnego szlifował tam wtedy wiedzę, jednak, pozazdrościć Panu Generałowi, że w tak przełomowych latach dla Rosji i państw ościennych, obserwował Historię in statu nascendi, tam gdzie się wykuwał Los i hartowała stal.

To, o czym piszę, to są rzecz jasna takie wprawki literackie, ćwiczenia stylistyczne, bo anim ja reporter śledczy, ani zaufany wojskowych, żebym jaką wiedzą tajemną tu błysnął. W sekundę w internecie znalazłem te dane, a jak jeszcze sobie chwilkę pogooglałem to inne ciekawe informacje o Panu Generale odkryłem. W 2002 roku Mieczysław Cieniuch postulował wprowadzenie wojskowej "blokady medialnej". W dwumiesięczniku "Myśl Wojskowa" napisał: "Ważną sprawą, na którą może mieć wpływ kierownictwo MON i dowództwo wojskowe, jest dobór personelu dziennikarskiego sprzyjającego rządowi i wojsku. Dlatego wydawanie akredytacji powinno być swego rodzaju selekcją eliminującą osoby nieprzychylne działaniom zbrojnym". Dobrze, że nie jestem do końca przeciwny działaniom militarnym, tylko te nasze zagraniczne misje bez żadnych dwustronnych gwarancji obrony naszych granic ze strony sojusznika uważam za bezsensowne, natomiast za sprawiedliwą uznaję wojnę w obronie Ojczyzny , więc jestem spokojny, że mnie Pan Generał nie wyselekcjonuje i nie wyeliminuje. Mogę być wciąż drobnym trybikiem w dziennikarskiej maszynie wojskowo-rządowej przyszłego Szefa Sztabu.

Mimo to nadal jestem niespokojny po Smoleńsku. Bo mi się wszystko układa niestety w wieszcze puzzle. I obraz wyłaniający się z tych elementów poskładanych do kupy dziwnie zaczyna mi przypominać słynną alegorię Pierwszej Rzeczypospolitej, w postaci mapy, nad którą pochylają się sąsiedzi żądni własnych porządków w tym naszym nierządzie.

Brzydko nazwałem nasze władze. Niesprawiedliwie. Przesadnie. Kajam się. W piersi się biję. Oni na pewno nie myślą o własnych interesach ... Matkę Polskę mają na uwadze. Podobnie bardzo było w przywołanym przeze mnie wieku osiemnastym. Wiem to z tomu, którym to w zeszłą niedzielę zakupił w księgarni taniej książki przy Grodzkiej w królewskim mieście Krakowie. Akurat od Pana Prezydenta wracałem z Wawelu, pokłoniwszy się Jemu i Małżonce Jego, modlitwę za dusze Ich obojga zmówiwszy a nawet szybką fotkę komórką zrobiwszy, zanim ktoś szlachetny wielce, o spokój Ich Wieczny dbający, bo chyba nie o swój zysk z pamiątek, nie zabronił pstrykać w Krypcie.
fot.B.Z.

Po drodze , Drogą Królewską spacerując, do księgarni wstąpiłem i za liche osiemnaście złotych przepiękny reprint zakupiłem dzieła p.t. "Konfederacya Targowicka". Nie tylko tytuł moją uwagę przyciągnął ale i nazwisko szanownego Autora, Imć Władysława Smoleńskiego. Smoleński, Smoleński -powtarzałem sobie pod nosem, zdziwiony koincydencją. I dodawałem: Targowiczanin. Bo potret Targowiczanina chciałem wydedukować z lektury klasycznego dzieła.

Smoleński o Targowicy piszący oczy mi na współczesność naszą otworzył. Bo tacy twórcy Konfederacyi, która się tak zdradziecko w naszej historii zapisała, byli w swym mniemaniu szlachetni i z najczystszych działali pobudek, o dobro Ojczyzny wyłącznie się troszcząc, wedle tego jak oni sami to dobro definiowali. A co do związków z Rosją, to sam się Smoleński nadziwić nie mógł, jakie to meandry losu na dwór Carycy ich zaprowadziły. "Rzeczywiście: ktoby się spodziewał, że Seweryn Rzewuski ofiaruje swe usługi państwu, z którego łaski był wraz z ojcem porwany, wywieziony i trzymany lat pięć na wygnaniu." Nie chcę tu więcej cytować, bobym musiał tu całe dzieło Smoleńskiego przepisać, tak mi do gustu przypadło. Z tego jednego przywołania warto jednak morał wyciągnąć, że żadne przeszłe więzienia, bóle i mitręgi oraz pod knutem przebywanie, gwarancji niezależności niewolnika od pana nie dają. Przeciwnie, uczeni mówią nawet o zdarzającym się umiłowaniu porywacza przez porwanego, co się zwie fachowo syndromem sztokholmskim. U nas kwitnie jego odmiana, którą nazwałem sobie sydromem sztokmańskim, bo podejrzewam, że energia miłości tak eksponowanej grupy Polaków do przyjaciół Moskali musi mieć poważne źródło surowcowe. Pewności nie mam, więc terminu syndrom sztokmański wciąż jeszcze nie opatentowałem. (DOPISEK PÓŹNIEJSZY: I słusznie, że nie opatentowałem, bo jednak ktoś już wcześniej wymyślił ten termin, o czym nie wiedziałem.) Wspominam o nim dlatego, żeby udowodnić, że wieszcze talenta nie muszą czerpać wyłącznie z rezerwuaru naszej rodzimej humanistyki. Nauki ścisłe, takie jak chemia paliw płynnych, też mogą stanowić niezgorszą inspirację dla Wielkiej Improwizacji albo innych scen z naszych narodowych "dziadów". (Jako, że są nam współczesne, wstrzymam się od pisania ich wielką literą; nie umiem ocenić jeszcze ich przyszłej rangi. Wizji mi zabrakło.)

Mesjanizm -jak mniemam- nie musi być nurtem myślenia o Polsce obarczonym brzemieniem anachronicznego mistycyzmu. Dostrzegać dziejowe znaki? Brzmi to tak górnolotnie i pobrzmiewa takim kabotynizmem, że kto posługuje się bez ironii podobną poetyką sam wystawia się na żer różnych cyników i sprzedawczyków ubierających się w szatki politycznych realistów i piewców nowoczesności, walczących z zacofaniem 'ciemnego polskiego ludu'. Ach, jak pracowicie 'dekonstruują' oni przesądy, relikty magicznego -ich zdaniem- myślenia, sprowadzając naszą Polską Tragedię wyjątkową w skali świata do banalnej katastrofy lotniczej. To jedna strategia - adresowana do wykształceńców, licznego grona krajowej lumpeninteligencji. Inna metoda to knajacka błazenada, żart chama wart, ulubiona żenada dla żula. Na tym polu działa nasz wybitny duet "Dumb & Dumber", rozbrajający rechotem każdą poważniejszą myśl nawiązującą do romantycznych mitów. I trzeba przyznać, że obaj są mistrzami tej stylistyki, broń ich kpiny jest celna, trafiają prosto w puste serca swoich fanatycznych wyznawców. Jeśli jednak mógłbym im coś doradzić, to większy radykalizm. Niestety obaj Panowie do najmłodszych już nie należą, więc -jak wiadomo- nieunikniona będzie zmiana pokoleń. Nie wiem czy medialny duet Dumb & Dumber zdaje sobie sprawę z tego, że rośnie już im pod wspólnym nosem internetowe pokolenie dużo większych freaków. To idzie młodość, młodość, młodość -i strzela. Śmiechem w potylicę. To jest przyszły elektorat. Warto go już dzisiaj jakoś zagospodarować. To taka moja kolejna wieszcza wycieczka w przyszłość naszej Ojczyzny-synczyzny.

Myśli głupio kłębią mi się w głowie. Przewidywania, proroctwa, podniosłe kasandryczne tony. A przecież symptomy Ducha Czasu mogą być drobne, skromne, szyte na naszą -mierną- miarę, nas zwykłych ludzi, obywateli w rodzinnym kraju, którzy nie jesteśmy świadomymi wszystkiego decydentami, tymi wszystkowiedzącymi 'narratorami' i ich 'literackimi' agentami. Zwyczajnym wieszczem mógłby być dawno każdy z nas, każdy, kto ma własną głowę a nie telewizor na karku.

Bo to wszystko było do prze-wi-dze-nia.

Przypominam sobie radiowe spotkanie przed nowym sezonem pod koniec sierpnia ubiegłego roku, zwyczajowy zlot dziennikarzy RMF FM z całej Polski, po to, by wspólnie ocenić dotychczasową pracę i podyskutować o planach na przyszłość. Spotkanie jak spotkanie, doroczny korporacyjny rytuał, gdyby nie otoczenie, które tworzyło jakby teatralne czy filmowe dekoracje z innej epoki. Sale w zakopiańskim hotelu o znaczącej nazwie „Belvedere” miały za patronów postacie z dwudziestolecia międzywojennego – był salon Piłsudskiego, był także Grabskiego. Wciąż pamiętam ten kontrast pomiędzy "technicznym", "programowym" charakterem naszych medialnych debat- które mogłyby się odbywać w każdym innym gronie pracowników jakiejkolwiek globalnej korporacji- a wystrojem wnętrz, w których odbywały się nasze dysputy. Ten patriotyczny charakter zakopiańskiego hotelu wcale nie wydawał mi się anachroniczny, przeciwnie- stanowił jakiś ważny sygnał dla nas współczesnych Polaków. Jego sens wtedy tylko niejasno przeczuwałem, przekładałem go sobie na intuicyjne, literackie obrazy a teraz już lepiej rozumiem dosłowne przesłanie. Mam przed oczyma wciąż metalowego orła w koronie na dachu, pod którym staliśmy, grupkami, beztroscy, roześmiani, przerzucający się dowcipami i ripostami. Czułem się tam chwilami żywcem przeniesiony do schyłkowej epoki tuż przed wybuchem wojny, jakbym był bohaterem mojej ulubionej powieści Michała ChoromańskiegoSchodami w górę schodami w dół”. Brakowało tylko motywu kryminalnego, jakiegoś wątku sensacyjnego jak z taniego romansu. Przecież trudno uznać za taki tę drobną dykteryjkę, która wpadła mi jednym a wypadła drugim uchem, jak to białoruskie służby próbowały zwerbować dziennikarza z Polski. Bardziej zapadły mi w pamięci inne uderzające sytuacje, niemal zwyczajne obyczajowe scenki: stoję w kolejce do stołu z frykasami w hotelowej restauracji Wieniawa (świetne smażone pomidory, kapitalny wędzony pstrąg) i gaworzę sobie z koleżanką w mocno wydekoltowanej błękitnej sukience- archaizującej kreacji wypisz wymaluj z jakichś przedwojennych rautów.

Przecież chyba nikt nam tego nie kazał odgrywać, nie ustawiał nas w roli statystów jakiejś historiozoficznej nie-boskiej komedii! To był najpewniej czysty przypadek, a jednak - teraz to mogę ocenić z perspektywy czasu- ten nasz zlot w zakopiańskim hotelu, zdarzenie jak z powieści choromaniaków, wpisywał się w duszną atmosferę panującą w Polsce już w sierpniu zeszłego roku. Bardzo to przypominało dekadencki, schyłkowy okres II Rzeczypospolitej. Z Rosjan rządzących na Kremlu raz po raz wychodzili starzy znajomi sowieciarze. Putin drukował prowokacyjne artykuły w „Gazecie Wyborczej", przyjmowane przez to środowisko jako znak otwarcia, mimo , że szef rosyjskiego rządu przedstawiał agresję Stalina na Rzeczpospolitą w kontekście wcześniejszego zajęcia przez Polskę Zaolzia. Prezydent Kaczyński bardzo przytomnie przeprosił później Czechów za ten akt, wytrącając premierowi Rosji fałszywy argument z ręki. Kiedy czytałem ten tekst Putina w Zakopanem i reakcje w "Gazecie", szczypałem się , bo myślałem, że śnię. To na tym ma polegać to rosyjskie "otwarcie"? Na tym, że lider z Kremla, człowiek o takim życiorysie, szuka usprawiedliwień dla polityki Stalina w miękkiej postawie Zachodu i przywołuje polski udział w "podziale terytorialnym Europy"? Czy Polacy strzelali w tył głowy czechosłowackim oficerom wojska, policji i straży granicznej? Czy Zaolzie spłynęło krwią? Czy wymordowaliśmy elitę naszym braciom Czechom? Wywoziliśmy ich masowo na Pustynię Błędowską? Coś się Panu pokręciło z tą historią, Władimirze Władimirowiczu- pomyślałem sobie, ot, tak po prostu, nie chcąc dać się wciągnąć w jakieś dialektyczne sztuczki. Tym różnią się tacy prości ludzie w Polsce jak ja od szeregu uczonych interpretatorów, którzy z tak oczywistych dla nas "prostaczków" prawd potrafią ukręcić wiązki grubych kłamstw o pojednaniu. Nie chcą widzieć kontekstu, nie chcieli słyszeć głosów dochodzących w tym czasie z Moskwy. Bagatelizowali wredne artykuły czekistów 'robiących' w rosyjskiej a właściwie w sowieckiej polityce 'historycznej', głoszących brednie o Polakach jako sojusznikach Hitlera i szefie naszej dyplomacji Józefie Becku jako niemieckim agencie. Warto przypominać dziś, jakie były te pierwsze jaskółki 'ocieplenia': nie miały tylko podwójnych ogonów, były też dwugłowe , jak cała ta dwulicowa polityka Kremla.

Jest tuż przed północą, trzeciego maja: od świtu do zmierzchu kłębią mi się myśli w głowie. Nie sposób ich do końca uporządkować, nie przystają do siebie tematyką i stylem. Fakty z gazet, internetowe analizy, klasyczne książki. Powaga i kpina, rozpacz i rechot, metafizyka i kabaret, sentymentalizm i brak złudzeń. Wszystko na raz. Na razie. To wszystko.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (160) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest trzy razy dwa? wpisz liczbę

Wyślij »
2012-02-07 20:20  z ksiąg odwróconego prawa
2012-02-01 22:50  Poetka na Moście
2012-02-01 20:20  historia alternatywna
2012-01-31 19:35  propaganda - porównanie
2012-01-30 13:13  Tusk albo RWPG bis
2012-01-27 20:20  no future
2012-01-26 20:02  zmiana psa na kota z budy?
2012-01-25 20:02  znów lata sowa sowietów
2012-01-24 13:13  totalnie okablowani
Kalendarz