Bogdan Zalewski
21 grudnia 2009, 20:08

Strach.

1.

Piątek. W szatni. Kaptur bluzy na bejsbolówkę. Granat na niebieskie. Czarny szalik wokół szyi. Kurtka khaki. Plecak na lewe ramię. Pamiętać wychodząc, że zamek na kluczyk a kluczyk na śrubkę. Zawiesić na przytwierdzoną. Z tyłu do blatu biurka. Taki tam szczególik dla ‘wtajemniczonych’. I już jestem na radiowym podwórku. Radość gorąca pulsuje falami. Kopiec zmrożony nade mną. Ale to nie jest żadne obiektywne prawo. To poszczególne, może niekonieczne, żadna maksyma: coś. Ale już nie Ktoś? Strach.. Nadchodzi. Od strony Gabinetu Figur Woskowych. Ale on jest żywy człowiek. Z nerwem. Trochę typ Lękowca. Program WORD podkreśla to słowo. Komputer nie ma go w swoim cyfrowym dykcjonarzu. Dobrze, że jeszcze są wyrazy, których System z niczym nie kojarzy. A jak już skojarzy, to trzeba wykombinować nowe. Wyrazy i zdania, prozę czy poezję. A najlepiej coś pośredniego, żeby Maszynom trudniej było to identyfikować. Maszynom-maszynom i Maszynom-ludziom. I od tego są właśnie tacy jak Juliusz Strachota. WORD mi bez przerwy podkreśla: Strachota. Ale nie skrót Strach.. Wydaje mu się , że go zna. Abstrakcję imienia ‘Juliusz’ też już se rozkminił.


2.

Okrężną drogą wracamy taksówką z Kopca do swych domów. Do Nowej Huty. Kierowca kluczy. Częściej stoi niż jedzie. Śnieg w zwolnionym tempie. Opada a nie pada. Pogoda raczej depresyjna. Miasto całe w nerwach. Neurometropolis. Szarość się wlewa jak czarny atrament dawkowany kroplomierzem . Neon A.P.T.E.K.A.. Znów ten puls. Obsesja. Akrostych. Ambitna Powieść Tymczasowo Enigmatyczną Krótką Anegdotą. Za szybami auta miejskie szczególiki, drobne jak płatki śniegu i jak śnieżynki abstrakcyjne. Szczątkowa akcja mogłaby się zdarzyć w każdym większym polskim mieście, a nawet w jakimikolwiek –a co!- europejskim. Za nami suną śliskie ślimacznice i nagle mamy most nad wstęgą. Stalowa wola wody. Wszystko się zlewa ze wszystkim. Język zlepiony z lodem. Ludzie i ich sylwiczne sylwety. Od silva rerum czyli lasu rzeczy. Niektórzy łączą się z drzewami. Inni z maszyną. Lub z innym człowiekiem. Rękawrękę. Skrzyżowanie mruga trzecim okiem. Albo być może puszcza do nas oczko. Ironiczne mrugnięcie? Kierować ruchem? W taki dzień? Powieka. Czerwone. Powieka. Żółte. Powieka. Żółte. I zielone. Ruszamy, aby znowu stanąć. W korku.

3.

Warszawa, z której pochodzi Julek Strachota ma miejsca podobne do Nowej Huty, w której obecnie żyje. Wiadomo: blokowiska. Mrówkowce. Jak ten ‘Mirona’. Białoszewskiego. Więc już nie postcorbusierowska, straszna: maszyna do zamieszkania. Z maszynami do szycia. Gotowania, sprzątania i seksu. Czyli kobietami w definicji rodem z purytańskiego w dużej mierze PRL-u, przynajmniej w tej mojej wersji, którą sobie utrwaliłem. To nie są dziewczyny stworzone do opowiadań Julka. W jego świecie panuje już żywioł kobiecy, taki wyzwolony. Te panie wobec panów mają wymagania. I swoje apetyty. Seksualne i w ogóle. „- Od kiedy masz depresję, to kompletnie nie dostajesz orgazmu, ani nawet najmniejszego- mówiąc to Marta przekręciła się na drugi bok. Zawsze tak robi, gdy sprzeda mi jakiegoś kopa.” Narzeka bohater nowelki „Tramwaje” otwierającej nowy tom Juliusza Strachoty „Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego”. „Mam neurozę, nerwicę natręctw a nie depresję”- poprawia mnie Julek, kiedy w rozmowie na tylnym siedzeniu taksówki opowiadam, jak sam wychodziłem z ciężkiej depresji pogłębionej uzależnieniami i jak mi się udało. Choć kiedy pamięć o tym sama wraca, to wtedy znów jest źle. Przepraszam go za ten kardynalny a u mnie notoryczny błąd, i to pomimo wykształcenia polonistycznego, że często w jakimś sensie utożsamiam literackiego bohatera z autorem. Może to dlatego, że ta cała literatura nie jest dla mnie aż taka strasznie ważna, że nie stać mnie na dystans do samego życia. Nawet kiedy wiem, że twórca prowadzi skomplikowaną grę z czytelnikami, to mimo wszystko tropię w jaki sposób to on sam ukrywa się za tymi wszystkimi rolami, maskami, personami, awatarami. Nie potrafię myśleć o pisaniu w charakterze profesjonalnego, zimnego chowu postaci i fabuł. I chyba właśnie z powodu tego nawiedzenia, często popełniam takie qui pro quo. Ale i Julek w rozmowie ze mną łapie się sam na takiej śmiesznej i to powtórzonej dwa razy freudowskiej pomyłce, kiedy mówi o swojej żonie, więc w sumie jesteśmy kwita. Ale przecież nie o to chodzi, żeby się punktować. Chociaż uważnym warto być i zwracać uwagę na najmniejsze nawet szczególiki. Bo wtedy można więcej zrozumieć. Albo i nie. Różnie bywa. Żona Julka i żona z prozy to chyba jednak różne postacie. Poznałem Katarzynę całkiem niedawno w nowohuckim „Kombinatorze” (współprowadzi ten klub w „Łaźni Nowej”). Mam taki od dawna wdrukowany konserwatywny rodzinny zwyczaj całowania kobiet w dłoń. Wywołuję tym czasem głośny zachwyt, czasem lekką konsternację a najczęściej rozbawienie. Kasia żachnęła się na mój cmok-nonsens: „A co to za czułości?”, czy coś w tym stylu. Po czym z udawaną pretensją w głosie, że taka ta moja dłoń zimna, prosto z nowohuckiego mrozu, że mógłbym ją wcześniej sobie ogrzać. Odpowiedziałem, ze śmiechem, że mam bardzo dobre krążenie, więc już za momencik będzie na pewno bardzo ciepła. Bo takie mam dłonie zazwyczaj. Jednak to już będzie poniewczasie, ta moja odgrzana znowu ręka. Jak to mawiali szarmanccy niegdyś Francuzi? Esprit d’escalier. A mówiąc dosadniej: odgrzewany kotlet. Tak mi się skojarzyło, bo niedawno na spotkaniu zorganizowanym przez Julka w huckim „Kombinatorze” występujący na podeście Sławomir Shuty narzekał, że pisarz musi zarobić na kotleta. Ale jakoś mimo to nie bardzo chciał mi się dać wyciągnąć na głębsze rozważania o jego powieści pt. „Ruchy”. Mówiąc wprost – zbył mnie. Że nie usłyszał. Że co? Z gruchy? Powtarzał. Niemal mnie zażenował. Ale kontynuowałem uparcie, bo mnie bardzo ciekawi ta językowa radość tego jego „ruchania”. Tak się złożyło, że podczytywałem jednocześnie dwie książki, które wydały mi się apologią ruchu jako takiego – dzieło Shutego i „Biegunów” Olgi Tokarczuk. Obie są ważnym dla mnie punktem odniesienia, bo mam biegunowo od nich różny pogląd na ten temat, wyraziłem go w sanatoryjnym pamiętniczku „Zbędny ruch”. I tak odbiegłem tematycznie od prozy Strachoty, aby przybliżyć się do jego stylu. Odbiegania od.

4.

Inspiracje Białoszewskim? U Strachoty są bardzo subtelne. Jakieś po-widoki, po-słuchy stylistyczne. Dlaczego taki tytuł: „Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego”? No, jest takie konkretne opowiadanie w całym zbiorze. Tytułowe. I tam stoi, że ten cień przeganiał często bohatera "na słoneczną stronę podwórka". Więc, bohater raczej tam odbiega. Od tematu. Białoszewski jako powód odbiegania od Białoszewskiego. Taki dowcip. W znaczeniu życiowym, jako fajny kawał. I w znaczeniu literackim. Jako koncept. Więc dzieją się w tej nowelce różne inne ciekawsze sprawy, niż ta cała filologiczna męczarnia Mironczarnia. Jak wypadek samochodowy czy mord rodzinny. A poeta wraca w poincie. Choć nie jako Białoszewski. Ktoś inny. Kto „łaził jakby zupełnie nie widział świata”. Może to właśnie jemu autor „Chamowa” ten świat przesłaniał? Kto wie? Na naszą rozmowę w taksówce nie pada już tak wyraźny cień książki Julka. Wyczerpaliśmy temat w wywiadzie radiowym. Teraz rozmawiamy o nałogach młodych pisarzy, plotkujemy o ich rozróbach knajpianych. Niby typowy pudelek . Tłumaczę mu, że nie jestem paparazzo. Nie ujawniam jednak tego, co najważniejsze, że chcę stworzyć sobie siatkę odniesień co do jego osoby, żeby go umieścić w takim narysowanym przeze mnie układzie współrzędnych. Jednak nie chcę, by mój wywiad radiowy był jakimś oszlifowanym diamencikiem. Przeciwnie, pragnę pokazać go w szerokim konTekście, razem z całą (o)Toczką. Spędziliśmy w studiu prawię godzinę z krótką przerwą na Fakty w RMF FM. )Wyszliśmy tylko na chwilę z powrotem do 'niusrumu'. By ustąpić miejsca ‘niusowej’ parze Maja Dutkiewicz/ Michał Kowalewski. Odwrócony nawias i szczelina, którą zasypał grad krótkich radiowych komunikatów.( Nasza nagrywana rozmowa ani przedtem ani potem nie przypominała klasycznego interwju. Raczej fristajlowała. Tak jak lubię. Zawsze piszę sobie precyzyjne pytania na kartce. Potem jednak niewiele z nich zostaje. Jakiś po-widok, po-słuch, pod-tekst. Ogólne wrażenie. Niejasny wynik. A raczej gra uników. Ważniejsze są dla mnie jakieś szczególiki, które pojawiają się ad hoc. Julek tego dnia nie rozstawał się z buteleczką syropu, co było dla mnie faktem z pogranicza życia i literatury. W jednym z jego opowiadań z poprzedniego tomu -„Oprócz marzeń warto mieć papierosy”- syrop ”Tussipect” robi za aptekarską gwiazdę literacką, jako rzekomo skuteczny środek na turbodoładowanie pamięci, przydatny zwłaszcza studentom przed egzaminami. Opowiadanie Strachoty oczywiście zadaje kłam tym wszystkim efedrynowym plotkom wyssanym z butelki.
pierwsza część rozmowy z Julkiem Strachotą nagranej w studiu pod Kopcem Kościuszki w piątek 18 grudnia 2009 r.


5.

Epizody mające w sobie potencjał epopei. A przynajmniej dłuższej filmowej przygody. Takie są opowiadanka Julka Strachoty. Jedno z moich ulubionych to „Podstawowa komórka”. Na przekór tytułowi ten tekst ma mnóstwo ukrytych funkcji. Albo raczej opcji, jak powiedzieliby akwizytorzy operatorów telefonii komórkowej. To właściwie wypasiona wszystkomająca nowelka. Już tytuł zawiera różne gry. Bo podstawowa komórka może być nie tylko typem taniego telefonu. Może być także w domyśle podstawową komórką społeczną. Albo też komórką rozrodczą czyli człowieczeństwem w formie elementarnej. Na tych subtelnych językowych grach komórkowych Strachota konstruuje swoją krótką aczkolwiek mocno upakowaną fabułkę. Przypominającą scenariusz filmu. Jako czytelnik poczułem się jak operator kamery. Fajne przeżycie. Robię zbliżenie na twarz młodej kobiety zwilżającej sobie usta końcem języka. Stop. To za mało. Nie wystarczy wystawić sztampowy koniuszek. To musi być coś kompletnie wariackiego. Erotyczna histeria ograniczona do jednego drobnego gestu. „Paulina dziwnie wywijała język, co krępowało Andrzeja.”Tak to właśnie się zaczyna. Pierwsze zdanie to klucz do utworu, jak klucz basowy albo wiolinowy, krzyżyk lub bemol, tonacja czy metrum. Cały późniejszy ruch noweli został zapoczątkowany przez poruszające wywijanie języka. Poruszające wywijanie języka. Jeszcze dopracujemy ten szczegół w filmiku. A na razie jedźmy dalej, żebyśmy nie zabuksowali na początku naszej etiudy. Jeden ruch wywołuje następny. Akcja/reakcja. Andrzej ucieka wzrokiem. Wstydzi się. Krępuje. Odczuwa strach? Ekstremalny zmysłowy bodziec doprowadza go do panicznej ucieczki. Najpierw wzrokowej. „Wodził wzrokiem po ścianach, byle tylko nie patrzeć na nią (…).” Kamera nerwowo szuka ratunku, innego punktu zaczepienia. Co by to mogło być? Pamiętam, że jesteśmy w klubie. Jakiś plakat? Jeśli tak, to z niego też na Andrzeja będzie pewnie strzelać oczkiem jakaś ikona pop - madonny nimfomanii, o lekko rozchylonych wargach. Nie. Już bez języczka. Nie przesadzajmy. Ta gra jest subtelna. Pełna wewnętrznego erotycznego napięcia. Rozbiegany wzrok nieśmiałego chłopaka, i utkwione w jego postaci , skoncentrowane na jednym spojrzenie młodej kobiety opętanej przez hiperseksualność. Pomimo krótkości formy, mamy u Strachoty całą paletę zmysłowych doznań. Paulina daje sobie zamówić piwo, a Andrzejowi każe pić sok. „Czemu?” - pyta zdziwiony chłopak. Dziewczyna wali prosto z mostu: „Chodzi o smak spermy.” Niesmaczne? Szokująca dla tradycyjnego czytelnika, przyzwyczajonego do bardziej rozwodnionych dawek, może być esencjonalność tej prozy. Bardzo nasycony to roztwór, niczym nie rozcieńczony, jak czysta wódka z kieliszka. Może być, że z literatki. Bo to oczywiście stuprocentowa literatura, choć wygląda na życiopisanie. W mojej filmowej lekturze też nie chcę bawić się w reportaż – prosto z życia , prosto z Polski. To moja kreacja, wymyślam ten film. Także po to, by móc do niego wstawić jakieś własne niby „odklejone” motywy- coś, co będzie nieprzewidywalne, a więc trudniej namierzalne. (WORD ku memu zaskoczeniu podkreśla to słowo, a to dobry znak.) Aż tu nagle film mi się urywa. Zaskoczenie? Nie chcę dla jakichś własnych celów zdradzać pointy opowiadania Strachoty. W moim przypadku spoiler nie wchodzi w grę. Właśnie ze względu na mój szacunek do literackości jego relacji z czytelnikami. Nie chodzi mi tylko o to, że Strachota w tych swoich krótkich kawałkach nie jest wbrew pozorom żadnym naturszczykiem, że jego dziełka bywają intelektualne i intertekstualne. Np. opowiadanie „Trębacz z Samarkandy” to literacka gra z opowiadaniem Ksawerego Pruszyńskiego, w innych słychać pobrzmiewające motywy z „Pierwszego kroku w chmurach” Marka Hłaski, czy „Pożegnania z Marią” i opowiadań obozowych Tadeusza Borowskiego. Krytyczka Agata Pyzik w szkicu opublikowanym w „Lampie” rozsnuła całą siatkę powiązań, które mogą łączyć prozę Strachoty z Mironem Białoszewskim, Adamem Wiedemannem a także z popularnym w Polsce Izraelczykiem Etgarem Keretem czy słynnym amerykańskim minimalistą Raymondem Carverem. Ten ostatni, autor "Na skróty", jeśli już -pomyślałem- to raczej przepuszczony przez pryzmat filmu Roberta Altmana "Short cuts". Właśnie z powodu tych kawałeczków, drobinek fabularnych jak ziarenka ryżu, mikro-scenek pięknie układanych w puzzle, ale zawsze z jakimś dodatkiem albo brakiem lub też przesunięciem, burzącym ten obsesyjny Ład. Ten cały estetyczny samozwrotny System. Ja tę „literackość” utworów Julka postrzegam zresztą właśnie tak, nie poprzez odnośniki do innych prozaików i jakąś domniemaną czy prawdziwą teorię wpływu, ale bardzo pozytywnie- jako po prostu dbałość o formę przy pozornej 'naturalności'. Przypomniała mi się anegdota o Marku Hłasce (a jednak nie obejdę się bez odwołań) i jego koszu nad ranem- pełnym zmiętych stron wyciągniętych z maszyny do pisania. Dziesiątki odrzuconych wersji tych nowel pełnych prostoty. Potem. Proza Strachoty -też pozornie łatwa, lekka i przyjemna, niby jakieś wprawki debiutanta- jest, według mnie, bardzo wysublimowana. Nawet te „odpuszczone” wydawałoby się kawałki (czy też „kawały” w znaczeniu „dowcipy”) są często bardzo ważnym składnikiem w konstrukcji całości zbioru. Na przykład bez tego drobnego purnonsensowego „buddyjskiego” jednostronicowego opowiadanka „Tak samo jak z ryżem” kolejna, odległa od niego pod każdym względem (także odległości mierzonej liczbą stron) nowelka „Samsara”, rozpoczynająca się od zdania –„Mój brat jest buddystą i strasznie przy tym pieprzy”- nie byłaby tym samym. Bez przerwy napotykam na takie formalne treściowe łączniki. „Podstawowa komórka” łączy mi się samoistnie z innym opowiadaniem „Jak nie rozbić sobie komórki wypadając z siódmego piętra”. „Literackość” Strachoty można potraktować jako powinowactwa z innymi pisarzami. Ja wolę jednak poruszać się po jego wewnętrznym świecie przedstawionym. Jakbym chodził po Saskiej Kępie z jego dwiema książkami w ręku. Bo jego pisarstwo nie jest dla mnie powielaniem przetrenowanych wcześniej przez kogoś poetyk czy już dawno przećwiczonych chwytów. Na przykładzie „Podstawowej komórki” można prześledzić oryginalne poszukiwania młodego pisarza, świadomego nie tylko swych możliwości ale i barier. Ta „Podstawowa komórka” jest dla mnie pisarskim mikrokosmosem, w którym objawiają się najbardziej charakterystyczne cechy stylu autora „ Cienia pod blokiem Mirona Białoszewskiego”. Przede wszystkim – filmowy montaż, mieszanie stylów i czasów, oraz kontrasty „ostre/nieostre” – czyli akomodacje.
druga część rozmowy z Julkiem Strachotą nagranej w studiu pod Kopcem Kościuszki w piątek 18 grudnia 2009 r.


6.

Świadomie przełożyłem opowiadanie Julka Strachoty na język filmowy. Jednak w tej autorskiej symulacji nie inspirowałem się jakąś współczesną tandetną kinową łopatologią a dziełem Starego Mistrza z 1957 roku. Myślałem o Wojciechu Hasie i jego genialnej ekranizacji „Pętli” – noweli Marka Hłaski. Studium alkoholizmu i miłości jako mroczny psychoanalityczny spektakl, projekcja jednostkowego strachu i subiektywnych obsesji na tak zwaną obiektywną rzeczywistość. Pejzaż wielkiego miasta (Warszawa?) ekranem prywatnych intymnych przeżyć bohatera. Rupieciarnia znaczącego rekwizytorium. Mówiąca scenografia. Rymy materii i stanów ducha. Różne płaszczyzny ponakładane na siebie. Retrospekcja i introspekcja. Historia i teraźniejszość. To jest coś o czym myślałem czytając Strachotę.„Nigdy już nie będę musiał bać się pytań ani słów. Nigdy już nie będę musiał bać się czasu.” – mówi Kuba (Gustaw Holoubek) w poruszającym końcowym monologu a właściwie dialogu z wirtualną postacią kobiety – z fresku na ścianie kamienicy naprzeciwko. Ta kobieta to jego Memento Mori, jest –jakbyśmy dzisiaj powiedzieli- awatarem jego Śmierci, postacią przepowiednią, figurą Fortuny z miejskiego tarota, Mojrą ze sznurem pereł, kolejną aluzją do samobójczej pętli, madonną osobistego nieszczęścia. Film jest litanią symbolicznych repetycji do akompaniamentu obsesyjnych -jakbyśmy dziś powiedzieli- zaloopowanych fragmentów muzycznych (znakomita dźwiękowa ilustracja skomponowana przez Tadeusza Bairda). Także popowe piosenki z tych lat są dobrane tak, aby wzbudzić nasze podejrzenia:„Dzień jak co dzień. Ponury dzień jak co dzień. Kapie z kranu za oknem mgła.” – śpiewa w lokalu smutny akordeonista. „Weź nożyczki i obetnij drut.”- trenują nowy utwór inni muzycy w innej knajpie. Sąsiad- skrzypek ćwiczy w kółko jeden motyw. Sąsiad-krawiec z piętra poniżej (Marian Jastrzębski) nosi na szyi krawiecki centymetr. Na szyi. Dziewczynka na ulicy widziana przez okno skacze na skakance. Na sznurze skakanki. Kuba próbuje wyrwać ze ściany kabel telefoniczny nękany bez przerwy przez różnych „życzliwych”, którzy życzą mu powodzenia w wyjściu z nałogu alkoholowego. Aż wyrwie go w końcowej scenie samobójstwa. Przerwie ten sznur asocjacji. Bo wcześniej deliryk na komisariacie (Stanisław Milski) oddaje „paseczek” , niebezpieczną rzecz dla pijaka. Po wyjściu z komendy milicji Kuba widzi karuzelę jak z wesołego miasteczka. Nowy znak pijackiej ‘cyklofrenii’. Znaczące, że w ciągu skojarzeniowych „pętli” bohater mówiąc na końcu o mechanicznym czasie i jego codziennych czcicielach – nakręcaczach zegarków- nie wyciągnął z kieszeni „cebuli” na łańcuszku a kolisty różaniec, by go odłożyć na bok, odrzucając ostatnią- metafizyczną- szansę ratunku. Wcześniej, dwóch wykidajłów, którzy wynoszą pobitego Kubę z restauracji, po przeszukaniu mi kieszeni uznają, że to rzecz zupełnie pozbawiona wartości. Czas filmu zatacza pełen cykl, bo różaniec w dłoni bohatera pojawia się na samym początku. Kuba waży go w dłoni, podchodzi do okna, widzi znaczącą scenkę w dole. Pod jego oknami mężczyzna przystaje przed sklepem jubilera i reguluje swój czasomierz na łańcuszku według wskazań dużego zegara wiszącego nad witryną. Zegar bije na ósmą. („Osiem” – mówi głośno Kuba.) Ósemka- to oczywiście kolejna wiele mówiąca graficzna pętla. Bohater miał przetrzymać w samotności tylko kilka godzin. Kiedy ponownie przyjdzie Krystyna (Aleksandra Śląska). Razem pójdą do przychodni. I nareszcie zaczną nowe życie. Po kuracji. Mimo to Kuba się boi. To nie może się powieść. Obawia się o siebie. Obawia się siebie samego. Samotności odmierzanej kropla po kropli.„Strach mnie ogarnia na myśl, że to jeszcze tyle czasu.”– mówi wprost swojemu blond aniołowi- stróżowi. Ma rację. Bo nie wytrzyma tej temporalnej ssawy. Godzina ósma się powtórzy. Po nieudanej próbie przetrzymania pokus do wieczora pojawi się kolejna szansa – o ósmej rano. W tych szczelinach czasu pomiędzy „starym” a „nowym” życiem jak w odwróconych nawiasach spotyka swoją dawną miłość, aby się przekonać jak wszystko jest beznadziejnie powtarzalne, sztampowe, schematyczne. A barmanka – kolejna ciemna kobieca figura losu– nie waha się żartobliwie odpowiedzieć „OSIEM” na prowokację Kuby. „Niech pani powie OSIEM a jeszcze dziś odbiorę sobie życie.” „Lalka, dwie wódki dla nas.” – woła na nią Kuba, pogodzony już ze swoim przeznaczeniem, jak bezwolna marionetka widząca sznurki swego władcy, wolna jedynie w swoich spostrzeżeniach na temat własnej niewoli. Wolność jak z Hegla? Swoboda w uświadamianiu sobie życiowych konieczności? Wolność? Czyżby? Nawet to może być nadmierną dawką optymizmu z kroplomierza. Bo zastanówmy się: jak i przez kogo ‘skonstruowana ’ jest dookolna rzeczywistość, że wszystko układa nam się w takie szyfry? Nie bez znaczenia jest fakt, że jak refren pojawia się w filmie słowo „diabeł” odmieniane przez przypadki. Jednak klucz religijny to jedno z wielu możliwych odczytań filmu. (Swoją drogą zaskakujące są te płaszczyzny metafizyczne w filmie zrobionym w głębokim PRL-u. Ale może dlatego, że to obraz, który powstał w czasach post-stalinowskiej „odwilży”.) Kuba w rozmowie z saksofonistą (Tadeuszem Fijewskim, z pętlą po instrumencie na szyi, a jakże by inaczej! ) sugeruje widzom inny klucz do ontologicznej zagadki. Saksofonista zdmuchnął nikły płomyczek nadziei. W poruszającym monologu opisał zaklęty krąg alkoholowych wyjść i powrotów na oddział szpitala psychiatrycznego. Kuba Kowalski (tak się bohater Hasa nazywa, powtarzając sztampowy polski los, fatum Każdego, Everymana) w jednej chwili tracąc marzenia opowiada sen swego życia. Kuba powtarza, że to sen, choć widzowie wiedzą, że to dokładne powtórzenie tego, co przytrafiło mu się w rzeczywistości. Reżyser sugeruje, że to co obserwujemy, mimo , że się wydarza w naturalistycznym miejskim pejzażu, może być oniriadą , majakiem, somnambulicznym fantazmatem Kuby. Bohater opowiada swój koszmar , usłyszawszy , że akordeonista potrafi tłumaczyć marzenia senne. Tak więc, ja z tą swoją improwizowaną, amatorską, filmową psychoanalizą, jestem trochę jak ten grajek z harmonią. Interpretuję sny Hłaski/ Hasa i mógłbym tak dalej ciągnąć tłumaczenie. Filmowy ‘heros’ sprzed półwiecza jakby zamówił u mnie taką grę . „A śniło mi się jeszcze wiele rzeczy. Kraj. Dziwny. Trudny, ciężki kraj. Kraj, w którym tyle trzeba pracować. Tyle trzeba mieć nadziei. I serca. To mój najgorszy sen. Okropny sen. Ale to sen, co?” Pyta nas Kuba. Jaki Kuba? Jakich nas?

czyTaniec wokół prozy Juliusza Strachoty w RMF Classic - godz. 17.45, poniedziałek 21 grudnia 2009 r.


7.

Ćmiące jak ból głowy światło zimowego zmierzchu w mieście. Choć ten Hłasko Hasa to jednak nie jest Strachota. Inne czasy, inni ludzie, inny język. Julek opowiada, że nie pije piwa inaczej jak rozcieńczonego wodą. Chce tylko czuć smak, chmielową goryczkę. Wtedy łapie apetyt na papierosy. (Które jak wiadomo, zawsze warto mieć, oprócz marzeń.) Siada sobie w kąciku z laptopem i godzinami snuje te swoje krótkie napakowane historyjki. Czasem włączając w nie Historię. Więc może by i tu w tym moim wpisie wymieszać doświadczenia różnych generacji Polaków. Przenieść ludzi z pokolenia lat pięćdziesiątych do współczesnego huckiego klubu „Kombinator”. A któregoś z błyskotliwych, utalentowanych, „upalonych” poetów – powiedzmy z roczników osiemdziesiątych- wpakować po jakiejś drace jak Kubę na komisariat milicji lub UB. Dobra. Żartuję. Choć mam ochotę zmiksować różne „życia” na podobnych zasadach jak w opowiadaniu Juliusza „Café Warschau”. Niezła psychodelia! Jak po wódce z trawką albo syropie Tussipect. Gdy rozmawiam z Julkiem o pętli czasu i o wstędze Möbiusa, którą sobie zaprojektowałem po wyjściu ze szpitala , aby egzorcyzmować przed laty różne swoje strachy, taksówka dojeżdża w końcu do Nowej Huty. Nagle z moich metamatematycznych rojeń na temat ósemek wyrywa mnie „Voodoo People”, dźwięk utworu grupy „Prodigy”, taki nic nieznaczący szczególik, sygnał mojego telefonu komórkowego. Żaden cud. Jeżeli już, to cud techniki. Że się możemy tak porozumiewać na odległość z każdego miejsca, jakby na wyciągnięcie ręki. Dzwoni moja żona zaniepokojona długim czasem mojego powrotu do domu. Tłumaczę, że jestem już na rogatkach. „Na jakich rogatkach?” –dziwi się Dorota. Czemu używam idiotycznego sformułowania, zamiast podać konkretną nazwę miejsca na miejskiej mapie, tak po prostu? Bo dojechaliśmy już na Rondo Czyżyńskie. Jednak nie chcę, żeby żona od razu się dowiedziała. Więc zaczynam kręcić , że to z powodu słabego wzroku nie powiedziałem Dorocie, gdzie jesteśmy. A chodzi mi o to, że chcę jeszcze podwieźć Julka na Słoneczne. A to jeszcze mały kawałek. Więc, aby się za długo nie tłumaczyć żonie, dlaczego aż tyle zajmie mi dojazd z Czyżyn do Centrum E, chciałem się zmieścić w tych pojemnych językowych „rogatkach”. Które nagle z krótkiego komunikatu przerodziły się w jakąś telefoniczną epopeję. A tu czas nas goni, bo mam jeszcze ze Strachotą parę nowohuckich i literackich spraw do omówienia. Już tych zasadniczych dla mnie a nie przyczynkarskich, jak to całe powtarzalne życie towarzyskie i uczuciowe artystów. Julek pyta mnie, co to za projekt chciałbym zaprezentować w lutym w „Kombinatorze”. Zaczynam mu opisywać swoją „szpitalną” par-TY-turę. Nowy model tekstu, dokładnie zmapowanego, w którym każdy najdrobniejszy element jest symbolicznie oznaczony. Tylko po to, aby móc na tej podstawie generować „nieoznaczone” utwory wokalne, połączone z obrazem filmowym i teatralnymi scenami z udziałem postaci wykonanych z plasteliny. „To świetny pomysł ta plastelina!” – ożywia się Julek. Więc dopowiadam, że materiał jest dobrany w zgodzie z ideą utworu. (Pomysł Pawła Penarskiego). To ma być dzieło totalne i antytotalitarne. Wymierzone w System, ugniatający jednostki w plastyczną masę. System kierujący się wulgarnym behawioryzmem AiR (akcja i reakcja). Kiedy przeskakuję na płaszczyznę filmową i zaczynam streszczać ideę „found footage” czyli recyklingowego kina robionego z gotowych kinowych obrazów, Julek się trochę krzywi i zaczyna opowiadać swoje wspomnienia z łódzkiej filmówki, wszystkie te wykłady z prezentacjami dzieł polskich awangardzistów. Więc moja narracyjna energia nagle mocno osłabła. Oczywiście nie wszystko mu w tej taksówce zamierzam od razu zdradzić, z obawy by nie utracić do końca fabularnego drajwu, tego mojego skromnego literackiego szwungu. Żeby nie zapeszyć, ani słowa o tym , że mam już w głowie gotowy akrostych, który chciałbym wykorzystać we wpisie na temat naszego spotkania. Ten wewnętrzny, ukryty tytuł, przeznaczony wyłącznie dla ‘wtajemniczonych’ w moje gry, będzie brzmiał P.O.W.I.E.Ś.Ć. M.O.Ż.E. S.I.Ę. P.O.W.I.E.Ś.Ć.. Dobre, komercyjne, optymistyczne choć trochę kabotyńskie hasło. Jakby zostało wymyślone przez radiowego copywritera. (Julek złożył wymówienie z pracy w tym charakterze na Kopcu Kościuszki. Pracował dwa lata w tych samych ceglanych fortach co ja, a ja się teraz o tym dowiaduję, kiedy Julek odchodzi. Tak to już jest, kiedy się żyje w brzuchu Lewiatana.) Slogan ma nawiązywać do kwestii , która pojawiła się w naszym nagranym w radiu wywiadzie. Szybko obliczyłem sobie liczbę liter akrostychu i natychmiast bardzo się ucieszyłem. Bo było ich dokładnie dwadzieścia jeden. Czyli „oczko”. Szczęśliwy traf. Już zacząłem się zastanawiać jak połączę ze sobą różne motywy. I że na pewno jeden z nich poświęcę różnym znaczeniem wyrazu „oczko”. Miałem już nawet wybrane odpowiednie cytaty z nowel Julka Strachoty. Zaznaczyłem je sobie w książce biało- żółto- niebieskimi kartonikami swoich radiowych wizytówek. W opowiadaniu „Krokodyle” na stronie 22 był taki symptomatyczny fragment na temat oka. Bohater opowiadania, jak zwykle artysta w depresji balansujący na pograniczu realnego i wymyślonego przez siebie świata, opowiada, że miał wypadek:„ Kiedy przechodziłem koło jakiejś wajchy, nie widząc jej, no bo mgła wszędzie, to nadziałem się na nią okiem, tak że straciłem je na dobre. Zupełnie już go nie mam. Tylko moja żona, ona mi w to wszystko nie uwierzyła, mimo że przymykałem powiekę jakoś tak dziwnie.” Wszystko mi tu pasowało do mojej koncepcji. A zwłaszcza to mruganie okiem. I żona, która nie wierzy. A jednak, kiedy rozstaję się z Julkiem przy Alei Róż, nieopodal Świata Dziecka, uświadamiam sobie, że muszę napisać w weekend aż dwadzieścia jeden podobnych rozdzialików! Podaję rękę Strachocie, czuję mocny serdeczny uścisk a mimo to ogarnia mnie strach. Prawdziwa panika z powodu mojej powracającej cyklicznie agrafii. Strach przed czystą kartką papieru a raczej ekranem białym jak puste pole między blokami zimą. Obawa, że znowu nie podołam tak wysoko postawionej -jak na moje możliwości i siły- poprzeczce, wpędza mnie stan depresji. Zaczynam się zadręczać, że te wszystkie moje obietnice znów będą na wyrost. Że znowu okażę się jakimś mitomanem, który bóg wie, co sobie wyobraża, opowiada o tym dookoła a potem niczego z tego nie realizuje. Przecież nie dam rady stworzyć ledwie przez weekend wszystkomającego hipertekstu na temat naszych spotkań, rozmów oficjalnych i nieoficjalnych, tych nie zapisanych na żadnym nośniku i tych zarejestrowanych cyfrowo za pomocą technik Systemu. (Moja wersja starego leninowskiego hasła: „Zawieśmy turbokapitalistom system, do którego się podłączymy!”) A na razie sam się zawiesiłem. Napisałem:„Juliusz Strachota. Strach.” I kropka. Cały w tym skrócie. W kropce. W kropce? Komórka mi wczoraj wieczorem wysiadła. Wróciłem do starszego typu. Strasznej cegły. Naprawdę.

stary odgrzany czyTaniec wokół "Chamowa" Mirona Białoszewskiego
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (375) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest cztery razy sześć? wpisz liczbę

Wyślij »
2012-02-07 20:20  z ksiąg odwróconego prawa
2012-02-01 22:50  Poetka na Moście
2012-02-01 20:20  historia alternatywna
2012-01-31 19:35  propaganda - porównanie
2012-01-30 13:13  Tusk albo RWPG bis
2012-01-27 20:20  no future
2012-01-26 20:02  zmiana psa na kota z budy?
2012-01-25 20:02  znów lata sowa sowietów
2012-01-24 13:13  totalnie okablowani
2012-01-23 19:53  888
Kalendarz