Bogdan Zalewski
23 sierpnia 2011, 13:13

Trójkowy autorski gotowiec: maskować ósemkowy justunek, kojarzyć odmienne diagnozy, dobierać nagłówki impresji.

Motta:
„Jak nawałnica – powiedział – splot kolorów
Spływa po mnie, ale nadaremno. Albo jak ktoś
Kto nie je nic na uczcie, bo nie umie wybrać
Jednej z parujących potraw. Ta obcięta dłoń
Zostaje do końca i mogę wędrować
Na wschód i na zachód, północ, południe, zawsze
Ktoś obcy idzie obok mnie. O sezony,
Stragany, chaleur, szarlatani w ciemnych kapeluszach
Na uboczu wiejskiej fety,
Nazwisko, które opuszczasz nie mówiąc, że jest moje, moje!
Kiedyś wystawię ci rachunek za to, że jestem
Przez ciebie do cna wyczerpany, na razie
Przejażdżka trwa. Wszyscy biorą w niej udział,
Chyba wszyscy. Zresztą, cóż można tu robić innego?
Doroczne igrzyska? Istotnie, na takie okazje
Są białe mundury i specjalny szyfr
Skrywany przed ludźmi. Starannie dzieli się
Limony. (…)”


John Ashbery „Sytuacja się pogarsza”

„Chruszczow przyjeżdża właściwego dnia!
silny wiatr spycha

obłaskawione chłodem światło z ogromnych szklanych przystani
i wszystko jest zmierzwione, gna i pędzi przed siebie
ten kraj

ma wszystko oprócz politesse, mówi portorykański taksówkarz (…)”


Frank O’Hara „Wiersz”

„Nie jednemu burkowi na imię: dżem.”

Syntaktyczny efekt mojej rozmowy z żoną o dżezie w kawiarni na Salwatorze.


(fot.B.Z.):GLOBALNY INSTYTUT BADAWCZY

) to nie tak, że całkiem lekceważę polityczne fakty, nadal się nimi żywo interesuję, i nie dlatego, że muszę- z racji wykonywanego zawodu, ale dlatego, że chcę, bo to jeden z moich żywiołów, dzikich i okiełznanych, zewnętrznych i wewnętrznych energii i przemyśleń, które mnie upajają podczas fali przypływu i przygnębiają, gdy fala się cofa ku racjonalnej refleksji, jak ku słońcu tonącemu na horyzoncie, jednak ostatnio staram się przenicować tę oceaniczną żywą tkaninę, pokazać prywatną podszewkę wymyślonego i myślącego cytoplazmatycznego politycznego morza, albowiem traktuję polityczność –antonim słowa politesse- jako coś głębszego i rozleglejszego niż tylko zestaw codziennych, medialnych faktów, ergo - jestem na przeciwnym biegunie refleksji metapolitycznej niż modni spece od postpolityki i palikotyzacji, nudzą mnie ich przewidywalne, werbalne gesty, lekceważę mdłych panów, zamkniętych w gotowych formułkach- skorupach jak żałosne, galaretowate małże, zamiast bolesnych pereł rodzące tylko łatwe słowne wydzieliny, tym bardziej, że ich rzekomo uczone wywody składające się wyłącznie z wody dywagacji, służą najczęściej płynnym, brudnym atakom na jedną wrogą im partię, a ja z samego odruchu przekory, rozsławionej w GLOB-ie wiechciowatej topolowatości, czy też nadmorskiej, poskręcanej od wichrów sosnowatości, z neuro-matematycznymi dendrytami z mego prywatnego Krzywego Lasu, plątaniną syntaktycznych gałęzi z pozawieszanymi na nich szyszkami polskich szelestów, układającymi się jednak wewnętrznie w regularne semantyczne spirale, zgodnie z ciągiem Fibonacciego, tak jak twory mojej kampowej natury mocno stawałem, staję i będę tu stawał po stronie bezpardonowo atakowanych, kopanych o świcie, we dnie i w nocy, i nie będę się krył z moimi odruchami solidarności za pseudouczonym "dyskursem", po prostu najszczerzej wyznaję, że nie lubię widoku stadnego dokładania komukolwiek, abstrahując od moich podejrzeń, że autentyczna konfrontacja tak błazeńskich figur jak mistrz kiczu niejaki "Jacek" Rostowski z poważnymi ministrami pokroju Zyty Gilowskiej, dałaby prawdziwy obraz powagi PiS-u i przegięcia byłej Partii Trzech Tenorów, ujawniłaby autentyczną przepaść intelektualną pomiędzy obydwoma zantagonizowanymi stronnictwami, więc w gruncie rzeczy życzyłbym sobie prawdziwej debaty pomiędzy głównymi oponentami, jednak nie ograniczonej do ram pojedynku liderów, starcia Kaczyński-Tusk, a spotkania w szerszym gronie, na przykład w tercecie Tusk-Rostowski-Grabarczyk kontra Kaczyński-Gilowska-Polaczek, aby dać wyobrażenie o najważniejszych obecnie sprawach naszego państwa czyli: prawdziwej filozofii rządzenia przeciwstawionej codziennym bezideowym kłamstwom; rzeczywistej dbałości o stan państwowej kasy skontrastowanej z alchemią cudotwórców ekstrahujących złote z powietrza przy pomocy księgowych sztuczek; uczciwej strategii przełamywania barier infrastrukturalnych, przeszkód wytworzonych przez lata kompradorskiego kapitalizmu tworzonego przez kolesi ze spec-służb, skontrastowanej z nieudolnymi działaniami służącymi wyłącznie zaspokajaniu finansowych lokalnych mafijnych sitw, praktyką owocującą wywindowaniem cen za autostrady do niebotycznego poziomu jak za trasy wykuwane w norweskich fiordach; o, takiej poważnej debaty bym sobie życzył jako wyborca i jako dziennikarz, nawet gdyby miało się okazać, że moje ugruntowane poglądy zostałyby wyrwane z korzeniami i odrzucone w piach, ale podejrzewam, że się długo nie doczekam podobnej kampanii, podobnie zresztą jak ujawnienia FAKTÓW o przyczynach rozbicia tupolewa w Smoleńsku, oraz wskazania i ukarania zbrodniczych sabotażystów, więc co mi pozostaje?, co pozostaje takim ludziom jak ja, jak tylko budowanie wokół siebie oToczki prawdziwej wolności, przetrwalnikowej otuliny, naturalnych schronów, która to obrona, linia Marzeń o Tym- czyli niewy)ob(rażalnym szczęściu życia w zgodzie z sobą i ze światem- początek bierze w NAZYWANIU, w obmapywaniu czasoprzestrzeni, Imperium Odważnej Metafory, codziennym dżezowaniu - jak to sobie ostatnio nazywam- czyli eksperymentalnym "muzykowaniu" NA ŻYWO, na instrumentach dostępnych w osobistym życiu, w sferze niepublicznej, w intymnej, domowej domenie modalności, najszczerszym podejściu do własnych czynności zmysłowych, w używaniu najczulszych derywatów wstecznych, w regularnej gimnastyce lingwistycznej – jak zwis, udźwig, wymach, przerób, wytop, przestój, odkop, „zdeh” – według słownika poprawnej i niepoprawnej polszczyzny, po pozbyciu się wszelkich zahamowań, które nie pozwalają na solistyczne popisy, na uaktywnienie się wyjątkowej witalnej energii, na zamanifestowanie własnej spostrzegawczości i rozproszenia, odwagi i uwagi, dbałości o konkret i koncept, o każdy szczegół, w którym odbijają się globalne sytuacje i tzw. stosunki na szczytach, kosmiczny porządek zmiksowany z chaosem, jak w najlepszych, najbardziej wartościowych utworach dżezowych, i przychodzi mi teraz na myśl Anthony Braxton, z jego muzyką trójcentryczną, bo czyż nie pociąga mnie właśnie podobna triada?, oceńcie sami, na podstawie mojej charakterystycznej tytulatury, wewnętrznych rytmów, motywów, które pełnią funkcję strukturalnych krystalizacji w jednorodnej, entropijnej na pozór fakturze słownej, bo podejrzewam, że to jest ta naturalna, wewnętrzna potrzeba, integralnie związana z obecnym czasem, teraźniejszą fazą, obfitującą w tak wiele sygnałów, dialogów, wymian dóbr i doświadczeń, często niedocenianych i lekceważonych, także tutaj na forum GLOB-u, przez ludzi omamionych, płaskich, zahipnotyzowanych, nie potrafiących dostrzec znaku komety, wyśmiewających fenomen otwartej, swobodnej wyobraźni, a przecież wcale nie wymaga to jakiegoś wielkiego wysiłku, czasem tylko przełamania się, za każdym razem innego, w zależności od psychicznej, biograficznej, czy fizycznej konstrukcji, albowiem jeden musi pokonać w sobie strach przed oszczędzaniem na przyszłość, objawiający się pozornie irracjonalnym niszczeniem gromadzonych rzeczy, szastaniem pieniędzmi, czyli jakimś wielkomiejskim potlaczem wymuszanym przez równie zmesmeryzowanych konsumpcjonistycznie sąsiadów, inny zaś -przeciwnie- musi złamać w sobie drobnomieszczański szlaban oddzielający go przez lata od krainy TERAŹNIEJSZOŚCI, musi zatkać uszy w obronie przed kuszącymi podszeptami superego,

(fot.B.Z.):PARADISO SUPEREGO INFERNUM

niszczącymi każdą inicjatywę zanurzenia się w aktualnym czasie, z wytworami nastawionymi na tu i teraz, a nie gdzieś i dawno temu, albo -najczęściej - kiedyś tam, w przyszłości, ależ w przyszłości będzie już inna teraźniejszość!, i nie powtórzy się już taki dzień jak dziś, gdy jak konik wskoczyłem z żoną i córką do M1, po nową komórkę dla Doroty, srebrny łańcuszek do zawieszek dla Ewy, a przede wszystkim po rower dla mnie, po to bym wreszcie mógł się z rodziną wybrać na wymarzoną wycieczkę-ucieczkę, zamiast ślęczeć nad ogłupiającymi gazetami pełnymi nieudolnie zakodowanych dyrektyw i niezdarnych presupozycji, albo przed ekranem telewizora-hipnotyzera, coraz bardziej inteligentną technologicznie i coraz bardziej prymitywną propagandowo tubą banalizmu, baalizmu i brutalizmu, narzędziem w rękach „strażników loży żyrondystów”, bo jednak komputer traktuję odmiennie, jako ekran naturalnej ekspresji, rezerwuar psychosomatycznych energii i ogniwo potrzebnej socjalizacji, którą uważam za konieczność, za czyn niemal patriotyczny, więc po demokratycznym -wraz z żoną- wyborze roweru dla mnie, ach, prawdziwego cudeńka, swobodnego i karnego jak rasowy rumak, w oczekiwaniu na „osiodłanie” mego mechanicznego konia przez hiperbolizowaną tu w hipertekście hippiczną grupę stajennych mechaników, usiedliśmy sobie rodzinnie w hipermarketowej kawiarni "wiedeńskiej", utrzymanej w typowym postmodernistycznym stylu, sztucznym i wymuszonym, takim jaki najbardziej lubię nienawidzić (najbardziej charakterystyczne przykłady podobnej stylistyki podziwiałem na Teneryfie w latach 90-tych ubiegłego wieku, nie mogąc wyjść ze zdumienia nad estetyczną "odwagą" architektów, lubujących się w pseudo-rzymskich kolumnadach czy manierystycznych kariatydach, zdobiących bryły hoteli wyrastających w tych wyspiarskich tropikach jak egzotyczne grzyby-psylocyby po monsunowym deszczu, dzięki "nawozom" z mafijnych najczęściej funduszy), i pałaszowaliśmy pyszne torciki Sachera, z rozpływającym się w ustach marcepanem, siorbaliśmy cichutko gorącą czekoladę i kawę z bitą śmietaną, ograniczywszy apetyty do deseru po obfitym domowym obiedzie składającym się z cudownej żoninej zupy z cukinii z czosnkiem i grzankami, oraz papryki faszerowanej ryżem i mięsem podobnie jak gołąbki, w intensywnym sosie pomidorowym, więc ten saski dzień dopełnialiśmy obcymi słodyczami, coraz mocniej wygniatając skórzane obicie wielkiej sofy, i komentując z dyskretnym śmiechem pseudo-wiedeńską inscenizację, z portretami kompozytorów na -stylizowanych na brudne- prawie bruitystycznych ścianach oraz wielkimi zawieszonymi na nich pięcioliniami, prawdopodobnie zrobionymi z wikliny, podobnie jak meble z pseudo-weneckimi lalkami na półkach, więc ni stąd ni zowąd zacząłem opowiadać moim Bliskim o szkole wiedeńskiej, o Webernie, któremu kiedyś poświęciłem jukstapozycyjny wierszyk, o Bergu z jego "Lulu", na którą przed laty zwrócił mi uwagę mój ulubiony wierszyk Adama Wiedemanna, ale głównie o Schönbergu i wciąż niesłychanej dla mnie do dziś kompozycji "Pierrot Lunaire" z tym niezwykłym pomysłem Sprechstimme, czymś pośrednim pomiędzy mówieniem, a śpiewem, który teraz próbuję naśladować, nie w intonacji rzecz jasna, a w samym tonie mojego monologu, w tym sinusoidalnym falowaniu tematów i nastrojów, które wpisuje się w ogólną koncepcję życiowego dżezowania, a do którego -powtórzę- potrzeba wciąż różnych instrumentów, takich jak na przykład rower, w moim akurat przypadku- ten piękny czarno-srebrny niemiecki Stevens, na którym -zaraz po zakupie- pomknąłem w kierunku Nowej Huty, pozostawiwszy żonę w punkcie Orange, aby mogła sobie w końcu wymienić swego beznadziejnego Samsunga, oraz Ewę, z jej radością z łańcuszka, do którego może sobie podoczepiać różne "zawieszki", jak kotek, truskawka czy miś, zupełnie jak ja różne różności w takich fridżezowych opowieściach, w których chciałbym oddać ducha swobody, na przekór różnym totalistom, wbrew pogrobowcom orwellowskich Wielkich Braci, w kontrze do jeźdźców dystopijnej apokalipsy pędzących na swych eugenicznych "Huxleyach", a jechałem uważnie, najpierw po chodniku, pełnym szczelin, wyrw i wybrzuszeń, ale w końcu dotarłem do słynnej nowohuckiej sieci asfaltowych tras, oplatających moje miasto, pozwalających na jednośladową swobodę, której doświadczyłem wcześniej chyba tylko w Norymberdze, gdzie całe dnie spędzałem na pedałowaniu oraz myśleniu o Duererze i jego aniele Melancholii, dziś jednak zostawiłem za sobą swoje wschodzące i zachodzące Czarne Słońce, magiczny kwadrat podwórka smutku i geometrię wykreślną z licznymi dowodami depresji, po prostu pędziłem przed siebie w upojeniu, tym bardziej, że taki rower niesie jeźdźca sam, minąłem więc fabrykę Philipa Morrisa, z nieobecnym dziś odorkiem prosto z turbo-kapitalistycznej tuskowatej tabakiery, a potem przepuściłem własne osiedle, niech sobie samo zmyka w tył, bo pojechałem dalej, po raz pierwszy widząc w takim pędzie socrealistyczny lokal z arkadami na osiedlu Młodości, mojej młodości, solidny budynek, w którym beztrosko bawiłem się na studniówce w roku zimowej olimpiady w Sarajewie, zanim wataha wilków z Internationale nie rozszarpała Jugosławii na strzępy, przy pomocy wewnętrznej, piątej kolumny bałkańskich komunistów, nacjonalistów i islamistów, tworzących ten wymieszany bigos, na wolnym ogniu przez dekadę gotowany w kotle, i popędziłem dalej obok stadionu Hutnika na Suchych Stawach, kiedyś pełnych ryb hodowanych przez chrześcijan w habitach, ale w końcu wysuszonych przez "agnostyków" w mundurach Wschodu, i dalej aż do skrzyżowania z drogą-obręczą wokół Kombinatu, antyatomową w założeniu oToczką zieleni, pasem chroniącym miejską substancję przed potęgą przewidywanej na poważnie fali uderzeniowej, uderzające, że sam prowadził mnie rower w to naznaczone pamięcią miejsce, bo stąd był już rzut kamieniem do sterczącego Kopca Wandy, więc przyspieszyłem i pospieszyłem tam myśląc o poście Basi,

(fot.B.Z.):WSPÓLNIE ZNALEŹLI KORZENIE

o dziwnej koincydencji z ósemką, oktawą pomiędzy moimi nowohuckimi hipertekstami, interwałem z innych wpisów, którego w tym przypadku nie założyłem w Globie świadomie, oraz przypomniałem też sobie o Celtach, którzy wychodzą raz po raz z podglebia mojej nieświadomości w postaci ich symbolicznych artefaktów, czasem aż tak odległych od pierwowzorów jak moje cztery stare Awatary – tercet Antymon, Ginandro, Dziwron oraz widmowa Vanda Virago, aż skręciłem do skrzyżowania z torowiskiem tramwajowym, a że akurat podjeżdżała niewidoczna od razu dwudziestka jedynka, przypłynęła wraz z nią wyobrażona postać mojego Wuja- kadłubka, który stracił obie nogi w straszliwym wypadku w Nowej Hucie dwie dekady temu, gdy metalowe koła odcięły mu kończyny na przejściu obok Ronda Kocmyrzowskiego i po spartolonej operacji nie był w stanie nauczyć się chodzić w protezach, o czym nie jestem ciągle w stanie normalnie myśleć, nie mówię, że od razu wobec sportowych sukcesów Oscara Pistoriusa, lekkoatlety nowego milenium, ale po prostu- zwyczajnych spacerów, gdy ja wykonując kolejny zbędny ruch, dokonując na sobie wiwisekcji, piszę o tym w kontekście rowerowego rajdu, ale może pewne sprawy w GLOB-ie staną się przez to jaśniejsze, natomiast z miejsca ucinam w sobie chęć ukrycia się za prawdą, prawdą w pełnym świetle, czasami zbyt jaskrawym, by wszystko od razu można było dostrzec, i czasem trzeba zmrużyć oczy jak w takim dniu jak dziś, gdy patrzy się pod słońce na Kopiec Wandy, zwieńczony matejkowskim, wieszczym, polskim orłem, ale w końcu trzeba przestać kontemplować nawet tak zjawiskowy widok, droga wzywa, a rower nie daje długo stać w bezruchu, tworząc we mnie natychmiast dynamiczną strukturę poznawczą, z efektem w postaci nieprzewidywalnej fabuły, przypominającej pierwsze upojenia jazdą na dwóch kołach, jak u francuskiego malarza Maurice'a de Vlamincka, o którym uczyłem się na studiach polonistycznych, prując na pamięć strony rosyjskich omówień awangardowej ikonografii z początku XX wieku, w ramach obowiązkowych choć dowolnych lekturek na lektoracie ojczystego języka Lenina, i do dziś zapamiętałem z książki "Современная французская живопись", że Vlaminck był pasjonatem jazdy na dwóch kółkach i w jego dynamicznych pejzażach na prawdę to widać, jest ten ekstatyczny ruch wpisany w krajobraz i jest ten punkt widzenia, umieszczony centralnie- na środku drogi, niemożliwy w przypadku przechodnia, i ja też, tak jak i on, po tylu latach, chciałem odmalować te mijane szpalery strzelistych topól, którymi obsadzono obszar wokół Kombinatu, ów niepowtarzalny wewnętrzny pęd, kiedy na zewnątrz migają słupy ich pni, a ja nagle skręcam i jadę w dół, na prawdę świetną rowerową trasą obok Alei Solidarności, aż do Zalewu, dookoła którego w tak słonecznym i pięknym dniu, wieczorze o złocistych barwach, kwitnie życie, rozkwita w poszczególnych pączkach, to tu, to tam, parami nowożeńców obok starego "Domu Wędkarza", pozujących do zdjęć w stylizowanych, sztucznych sytuacjach, młodych, pięknych ludzi teatralnie "kukających" do siebie zza pni, przytulonych do siebie nad wodą, w sukniach ślubnych z bielą welonów i ciemnym kontrastem garniturów, powtarzających się w niemal nieruchomej tafli zbiornika, jak na starym dagerotypie, i są też panny na rolkach, na prawdę dobrze zbudowane, i jakiś żylasty pływak, ociekający wodą, pewnie przed chwilą z niej wyszedł, pomimo zakazu kąpieli i wyraźnego znaku obok, i tłumy, tłumy na spacerach, w różnym wieku, na trawie, na ławkach, ale przecież i to cudowne miejsce trzeba mi było opuścić, upojna wzywała mnie kolejna ścieżka, wzdłuż Bulwarowej, obok kamienic, na które codziennie patrzyłem ponad dekadę temu, na domki o skośnych dachach i dookolne zadbane ogródki, pełne kwiecia i roślin jakby wprost z oranżerii, i kasztanowców o najgościnniej na świecie rozłożystych koronach, wszędzie tu pełno takich polskich drzew, odliczających pniami sekundy i minuty do mety, ale zanim nastąpi koniec, wyznaczony co do jednego znaku w hipertekstualnej przestrzeni, to jeszcze przerodzi się w rajd obok szkoły Ewy, budynku, który był podstawówką mojej mamy, dawno to?, i dalej dawną Demakowa, zwaną powszechnie Demakową, pod oślepiające słońce ku kamiennemu wiedeńskiemu torcikowi Teatru Ludowego kiczowato polukrowanemu z wierzchu szklanymi taflami, i skręt ku nieodległemu Rondu Kocmyrzowskiemu, które na okrągło powraca w traumatycznej pamięci, ale tym razem odnowione, odrestaurowane w mojej świadomości, pędzącej na nowoczesnej łańcuchowej maszynie, z ogniwami myśli zintegrowanymi z fizycznością ruchu, słowem- gnającymi tym, wciąż odnawialnym, rowerowym szlakiem mentalnym, mówię Wam- pełen komfort, więc natychmiast włączam najszybszą przerzutkę, aż sklepowe witryny jak obrotowe kulisy wywołują we mnie niemal zawrót głowy, i pootwierane na mnie parasole restauracji zza węgła, no, to zwalniam trochę, żeby móc zerkać co i raz w potężne półokrągłe nowohuckie bramy, z dbałości o własne bezpieczeństwo, z obawy przed autami, lecz także poniekąd z czystej ciekawości, nienasyconej łapczywości ciągle nowych doznań, jak wielka ósemka na ścianie bloku w osiedlu Handlowym, pierwszy raz w moim życiu rosnąca aż z taką szybkością, ach musiałem wykrzesać sporo energii z siebie, bo kiedy rower już stanął w domu, na razie, pod oknem w salonie, tylna czerwona lampka, ustawiona na tryb automatyczny, długo świeciła po wyłączeniu, a gdy wreszcie zgasła, jej rolę jak gdyby przejął ten mój -dogorywający- monolog gaduły (

Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (145) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest pięć razy dwa? wpisz liczbę

Wyślij »
Kalendarz