"Bogdan Zalewski ur. 8 października 1965 roku. Radioszczekacz, preparator deznformacji medialnej."
Kościesza „Główni wykonawcy przewrotu ideologicznego” (styl i pisownia oryginalna)
"A wszystko zaczęło się od małego złotego posążka faunowatego Belzebuba! Skąd wiedziałem, że to Belzebub, nie wiem i nigdy się nie dowiem. Tajemny głos mówił tytuły obrazów, które gdybym w normalnym stanie widział, nigdy bym się ich znaczenia nie domyślił. Ale - zapomniałem: pierwsze poczucie tego, że to już jest wizja, przyszło a propos obrazka, który wytworzył się w sposób ciągły z drucikowatych wirów, powtarzających się stale w przerwach między zjawami potworów. Druciki zaczęły się konsolidować w przedmioty: powstały z nich pióropusze, które zmieniły się w drzewa. Wśród nich również z zupełną ciągłością przetwarzania się kształtów jednych w drugie, która odtąd trwała przez cały czas seansu, powstały stylizowane, zrobione z tęczowych już teraz wyraźnie drucików na ciemnym tle strusie. Te zmieniły się w plesiosaury i przez chwilę nieruchomy obraz trwał zasadniczo niezmiennie. Plesiosaury poruszały szyjami nad jakąś sadzawką, a wokół chwiały się strusio-ogoniaste krzewy. Powiedziałem głośno: ‘Teraz mam, zdaje się, pierwszą wizję’.”
Witkacy „Narkotyki. Peyotl”
) TWORZĄCY się aż taki melanż –czasów, odniesień, punktów, widzeń, stylów, tematów, stanów, zjednoczonych- w postaci prowizorycznej architextury realizowanej niezdarnie aż do zagubionego gdzieś epilogu, to rozbudowywane początkowe zdanie nieznanego bezużytecznego idioty, bez ładu i końca, bez głowy i zadu, oraz bez kagańca, z gonitwą asocjacji, wielką pardubicką potknięć na anakolutach, pełną absurdów i paradoksów, z pętlą w piętkę, tak na pierwszym, jak na ostatnim etapie statycznego rajdu, samotnego pościgu za strojnym w swą najjaśniejszą nagość popularnym królem szczurów, samo-zaspokajającym własne ego samcem alfa i omega, zamkniętym w erotycznej autarkii socjopatycznego absolutyzmu, zagłaskiwanym przez piekielnie pilnych pupilków i zamotanych ekonomów- cyklistów, pompujących bez przerwy podobne do siebie dane, pędzących donikąd na czele samopodobnego peletonu wielkich posiadaczy pożal się Boże poroża z baranio poskręcanych kierownic, z fantasmagoryczną kolekcją rogatych symboli na czołach, oraz piramidalnym zestawem dzwonków gaz-rurowych przy kierownicach, raz za razem wzywających swe stada psychopatycznych gończych psów Pawłowa, i -dzięki temu instrumentarium- bodźcującym behawioralnie watahy imperialnych lizusów, śliniących się obficie na sam widok francowatych, fartuszkowych belfrów co najwyżej dwudziestego czwartego stopnia, prawiących im na okrągło swoje fatalne farmazony, farfocle łykane z trudem nawet przez najbardziej giętkoszyje gąsiory, albowiem zbliża się już łabędzi śpiew niebieskich ptaków złapanych we własne pęta, gulgot bełkotu z gardeł duszonych gordyjskim węzłem małżeństwa z rzeźnikiem,
pojmanych niegdyś w świetliste pętle zapewnień, lassa z dwunastu złotych gwiazd na bieda-niebie, przychylanym w całuśnych cacy obiecankach, przez obleśnych tłuściochów hodowanych na straszne, sztrasburskie pasztety, fałszywych, nieortograficznych chrabiów von Schwein- Schwanów karmionych resztką poobiednich bredni spod stołu przez bawarskiego monarchę wariata, króla kasiarzy z Kasyna, aż nadejdzie ostatni dzwonek dla pruskich prymusików po kolejnej w historii heglowskiej lekcji swobody- jako uświadomionej konieczności wymarzonego jarzma, nowej klasowej oniriady prosto z kraju rad dla poddanych transowi, uczniaków- szmondaków drżących przed bezkarnym sadystą- mondialistą, mizdrzących się stale do nadrealistycznego nadkomisarza, by choć na chwilkę móc usiąść w oślich ławkach w rozkołysanej klubowej kolasce, by przysiąść łokciami na oślich uszach swoich zdradzieckich zobowiązań, umościć się choćby w nogach pod cuchnącą onucą cara świata, w chybotliwej smrodliwej krymskiej trojce, mając wciąż w poważaniu rejon przeróżnych jurnych rojeń, w podbrzuszu koszmarnej zjawy- Eurazji, w kraju kuszonym i kruszonym bez przerwy w żarnach pomiędzy trzema ruchliwymi, geopolitycznymi platformami, z tą jedną wewnętrzną, służącą im trzem, jak to najczęściej bywa w lokalnym fragmencie- rosnącego we wszystkich kierunkach- fraktala globalizowanego niewolenia, w krainie -jakby nie spojrzeć- z kraja, spychanej na okrągło na absolutny margines, niby wymęczona i niedokończona glosa coraz bardziej roztargnionego demiurga w jego księdze swego rodzaju, na kartach deprawowanej bez przerwy prowincji, wiecznie na początku wykańczającej się cywilizacji, zapętlonej w kokardkę, jak mokry morski węzeł, suchy słony supeł, zalupowany spływ ship of foods, od źródeł do delty i z powrotem, dryf okrętu jej królewskiej mości anarchii, pełnego dumnych i chmurnych durniów, osiadłych w ciemno na laurach, na rafach peryferii, w alegorii notorycznie rozbieranej do naga na mapie morskich i kontynentalnych potęg, nieładnej pannie tracącej cnotę, a za moment także monetę, bitą wciąż w pysk na odlew, z lewa i rubla, z liścia i dolara, z mańki i euromarki, z zachowywanymi atrybutami orwellowskiej niepodległości w podłości, najczystszym, ojczystym językiem Macierzy- wolapikiem zniewolonych podludzi, bla-bla double-speakiem wydobywanym z multimedialnych diabolicznych głów, z satyrem w krótkich spodenkach pierwszego premiera- snajpera, rapera w długich skarpetach, oraz albiońską hybrydą fiku-miku-komika, zmodyfikowaną genetycznie już na poziomie słownika, koniko-chomika biegającego błogo po błoniach obłej bankowej kołomyi, w kołowaciźnie notorycznego monetarnego eksperymentu, w kołowrotku ustawionym przez klikę w kitlach, spółkę Mengele & Mongoł & Moloch, mega-mafijną światową triadę, nowe przymierze w loży tłustych Jałtan, łudzących więźniów wesołym barakiem i rozkręconą zwariowaną karuzelą, tym razem, na razie, najdyskretniejszą formą infernalnych tortur, powolną jazdą na młyńskim kole wiecznego dorobku, w prowincji pozornie człapiącej w kieracie syzyfowych prac, hetta prr!, wiśta wio!, albo znowu nazad!, a tak naprawdę, czy ktoś tego chce czy nie, wirującej gdzieś w ukryciu w zwariowanym, wertykalnym, prometejskim lunaparku, połączonym pasem tele-transmisji z inną programową wizualizacją, w postaci trzech horyzontalnych, drewnianych kół życia nałożonych z góry na śliski, naoliwiony pal, jako potrójna obręcz, odwrócona sataniczna tiara, z trzynastoma szprychami w każdym z trzech okręgów, nadzianych na strzelistą żerdź, axis in anus mundi, oś wokół której ciągle krążą odradzające się potencje imperialnych padlinożerców, potwornie spasione i drapieżne, wciąż agresywne dygresje, przeradzające się w trójgłowe krogulce z orlimi nosami zamiast szponów, bez przerwy węszącymi za tłuszczem gorącego szmalcu, napowietrzne żarłoczne buldożery, wypróżniające się szmelcem, podczas powolnego szybowania przed szybkim pałaszowaniem, a wcześniej pikowaniem ku tej, celowo aż tak rozklekotanej semantycznie, alegorycznej krainie, rozkołysanej niedoli w gondoli, a że to jest wszystko znowu trochę jak notorycznie karnawałowa, chronicznie weneryczna Wenecja Północy, ten przeklinany, taki i owaki, w kółko feudalny cyrk i funhouse dla fiducjarnej, tfu tfu tfu! finansjery, agenturalni, kompradorscy gondolierzy- glonojady z zapleśniałą pieśnią radości na ustach, z krzykliwym grzybiczym refrenem na wargach, na tej ich otulinie z botuliny, filuternym futerale na falliczne ody, o największym przekroju φ, z przeklętym, pompatycznym wersetem na temat ikry, iskry gasnących bogów-Lewiatanów, z osadem po słowach zachwytu jak pasożyty pokrywającym rybio niemą zgodę, milczenie dorzeczy na niedorzeczny drenaż do suchej nitki, aż do ostatniej rozwielitki, karmy dla akwariowej elitki, lecz nim z rubasznym baszą, raperem Saszą ruszy straszna susza, a potem bawarskie potopy, nasi liderzy- gondolierzy najpierw sprowadzą na dno euro-armatury wyleasingowaną, rzekomo niezatapialną, łupinkę- kpinkę, tę na mieliźnie tkwiącą synczyznę- goliznę, pardon mesdames, ów pływający wagonik guana, lokomotywę głupców- gołodupców, ze złotym łańcuszkiem spłuczki zamiast gwizdka (