Bogdan Zalewski
17 sierpnia 2011, 17:17

WEWNĄTRZ SKRYWANY ŚMIETNIK – sobota 25 czerwca

Motta:
‘I don't wanna be your angel
I wanna be your witch
I gotta wait 'til the sun is down
I'm getting ready for another flight
Only if you're ready
And you're willing to drown
You can be mine tonight
I'm never ever gonna live reality
In the daylight
I'd never survive
I could never be your angel
Even if I tried’

‘So I played
Vicious Games, Vicious Games
With different names, different names’

Yello “Stella”


EPISTOŁA NAPISANA OSTATNIO
(fot.B.Z.):OBROTOWA KONFESJA LEONERDA

) EZOTERYK głosi, że kobiecie wolno więcej, że jej wiele uchodzi, bo mężczyzna to taki racjonalny lider, ster morskich wypraw w nieznane, zaś rzekomo sterowana ona, a tak naprawdę Stella Maris Octangula Crux, dodaje do wspólnych przygód konieczną, człowieczą otoczkę uczuciowości, i pomimo targających nią co miesiąc mocarnych emocji, potrafi to →wszystko, 所有的, सब, כל, όλα, omnes, جميع, all→ co mnie doskwiera nieokiełznaną złożonością, dosłownie poskładać w elegancką i prostą, a wcale nie prostacką całość, wyłącznie z pomocą siły swej miłości, i tak się jakoś składa, iż moja życiowa partnerka, matka dwojga naszych dzieci →żona, 的妻子,बीवी, רעיה, γυναίκα, uxor, زوجة, wife→ niemal nigdy sobie na żaden uczuciowy kicz nie pozwala, przeciwnie, często przesadza z tą swoją, właśnie podobno męską, emocjonalną powściągliwością, nie to, żeby była istotą idealnie stoicką, i choć, gdy słucham jej przemowy, słyszę w tonie głosu ukrytą pretensję- sentencję, coś w stylu, że życie to ostateczne starcie karnych centurionów z barbarią odzianą w futra, więc ostoją człowieka ostatniego winna być mądra miłość, to jednak na ostateczne zwerbalizowanie tego motta, zamotanego w sidła własnej bezsilności, nie pozwala mojej małżonce jej nieco nerwowa życiowa energetyczność, ale cóż to jest wobec mojego braku dbałości o ekologię logosu, aż groteskowo szczodrego w szyderstwach z drobnomieszczańskiego szacunku do oszczędzania, więc podejrzewam, że to jednak po mnie nasza młodsza córka ma, literalnie przez doktorów potwierdzone, ADHD, co dla mnie –starego radiowca- brzmi jak skrót angielskiego określenia, wprawdzie zaawansowanej, ale jeszcze nie do końca przetestowanej, medialnej technologii- Analog Digital High Definition- a wracając do definicji żony, to ona po prostu nigdy na nic się nie żali i, w odróżnieniu ode mnie, niespecjalnie się ekscytuje tak zwaną ukrytą stroną codziennego życia oraz dwuznacznościami stylu, w stylu „definicja żony”, całą tą psychopatologią skrytą w pozornej zwyczajności bezustannej krzątaniny, głębokimi rysami na rytuałach rodzin nowej burżuazji, które to aberracje bez przerwy pragnę jej uświadamiać, wyłuszczać ciągle i klarować, inaczej mówiąc, przekładając z polskiego na globalne, chcę jej →tłumaczyć, 翻譯, अनुवाद करना, לתרגם, μεταφράσει, vertere, ترجمة, translate→ lecz ona woli dotykalny empirycznie konkret od nieokreślonej, rytualnej aury, paranoidalnej mandorli wokół moich wniebowziętych i rozśpiewanych słowników, kiedy ja, jako stary kabotyn, liryczny talib i Żyd Wieczny Słów Ciułacz, żongler grający światu rekwiem na prowansalskim tamburynie, oraz bard recytujący rymowane parodie starych strof minstreli i trubadurów, pastisze średniowiecznych pieśni pełne obscenów, wyuzdanych póz Muz i wszędobylstwa feudalnej zdrady, uwielbiam -przykładowo- ten swój, tak osobisty, że aż sobkowaty, topos topolowatości, cichą, wieszczą wiechciowatość motywów, którą wyobrażam sobie jako wyrastające wprost ze mnie, koniecznie w milczeniu, metropolitalne wertykale, dawniej –zwykle- najbardziej wewnętrzne windy dla nieobjętych i wzniosłych objawień,

(fot.B.Z.):STRASZNA MASECZKA MOEBIUSA

ale ostatnio znów zafrapowały mnie odwrotne wektory tej tajemniczej topologii, tym razem horyzontalnie rozcapierzonej i grzebiącej w gruncie rzeczy, pełnej pogiętych korzeni prostych zdarzeń, pleniących się dziko i sunących wężowo choćby pod wystrzyżoną murawą, rozpychających się przybyszowo pod neokolonialnie wypielęgnowanymi klombami, także pod tymi płożącymi się karnie krzaczkami na polu przed M1, z ich aż łże-żółtymi, jakby sztucznymi kwiatuszkami, niby już daleko od topolowej alei, tuż tuż przed tym prawie cyrkowym krakowskim MEDIA MARKTEM, w staroniemieckim stylu pałaco-podobnych świątyń konsumpcji z lat osiemdziesiątych ubiegłego, wtedy jeszcze ubiegającego nas wieku, w rozchełstanej architektonicznie estetyce barock & roll, a jednak jestem dziwnie pewien, że ta enklawa kompletnego, korporacyjnego wygracowania natury pozostaje w podziemnym zasięgu moich bezbrzeżnie pożądliwych i inaczej bezbożnych drzew, bo – jak to się tutaj pokątnie plotkuje- co to u nas spotkało samolot z pułkownikiem Pytaniem? podobno pułkownik Пытань o polską przypadkiem potknął się topolę, a ja ciągle wyglądam tego paradoksalnego punktu na hiperbolicznym planie nieeuklidesowej wendetty, łypiąc swym trzecim okiem zza winkla zakrzywionej czasoprzestrzeni, i niewiele widzę z mojej na powrót żabiej perspektywy, z trudem człapiąc na krzywych, tylnych, pokrytych nowym dżinsem łapach po kwadraturze trotuaru, przygnieciony prawie do ziemi praktycznymi pakunkami, bo –jakże dżentelmeńsko w swym wyobrażeniu!- nie dałem żonie dźwigać świeżych zakupów w drodze do tramwaju, szybko złamawszy jej ambicjonalny kobiecy opór, zupełnie jak w ataku konserwatywnego tsunami na twierdzę twierdzeń polit-poprawności, prawie jak w szturmie patologicznego templariusza na honor islamskiej hurysy, i mężowskiego abordażu na dżonkę swej żonki, prawie gwałtem wyrwawszy jej z rąk, jakby to był terrorystyczny ładunek mający wysadzić z posad cały ten gnuśniejący, rozleniwiony lewactwem glob, wielkie pudło z podwójnym koszem na śmiecie oraz totalnie ekologiczną, lnianą siatkę z donicą i słoikami miodów, choć muszę przyznać, że był w niej także mój męski słój- z białawą, rzepakową odmianą pszczelego dzieła - podobno świetnym środkiem na prostatę, więc -jako zwolennik śmiałych psychosomatycznych eksperymentów na sobie samym, nie cofający się przed niczym nowym i obiecującym, o czym mają niby świadczyć moje nierozważne niewczesne rozważania- postanowiłem to sprawdzić, zainspirowany niedawną rozmową z ojcem, kolejną w moim życiu inicjacją w stylu Żelaznego Łże Jana, obrzędu przejścia już nie w świat Erosa a Urosa, cóż mi szkodziło spróbować, żeby potwierdzić to lub sprostować, gdziekolwiek bądź, choćby twit twit twit jug jug jug na twitterze gwałconej okrutnie przez Rusa Eliotowskiej wcześniej Sikory, jednak może po dłuższym czasie używania, dobrze?, bo teraz absolutnie nie na takim propagowanym w dyplomacji nowym intymizmie, tym bardziej, że na szczęście jeszcze nie moim, chcę chwilowo zestrzelić uwagę, albowiem odmienne korzenie spraw i sprawunków mam tu obecnie na względzie, pragnąc się także wkupić w Twoje łaski, You! Hypocrite Lecteur! Czytelniczko hipokrytko, nieodrodna siostro ma!, płacąc dla żartu- wiem, że niewybrednego- zdewaluowanym euro-obolem oraz dziurawym w środku dolarem, już po juanizacji (

(fot.B.Z.):METRONOM PŁUCNYCH PĘCHERZY
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Pokaż komentarze (48) ↓           Skomentuj ten wpis ↓          
komentarz

podpis

antyspam: ile jest dwa razy cztery? wpisz liczbę

Wyślij »
Kalendarz