Gdzie Gabriel nie może, tam Sade pośleKiedy oczekiwanie na ukazanie się nowej płyty jest przyjemnością, jak gorzki może okazać się owoc pracy twórczej wie tylko ten , kto kocha muzykę Petera Gabriela i otworzył bezkres nieskończonych koncepcji na nowej płycie, legendarnego wokalisty Genesis. To twórca kultowy, jeden z najwybitniejszych propagatorów muzyki świata. Każdy zna wytwórnię fonograficzną Real World, WOMAD – to jego dziecko; festiwal, na którym spotykają się artyści pochodzący z każdej szerokości geograficznej. Do Genesis wracać nie chce . Ma swój muzyczny, solowy świat, który wyznacza od lat standardy . Jego wideoklipy to drogowskazy dla kilku pokoleń. Peter Gabriel "Scratch My Back" I co ma zrobić zawiedziony słuchacz, gdy otrzymuje najnowszy album "Scratch My Back", na którym zgromadził covery utworów artystów i starszych, i młodszych, i znanych, i nie do końca nad Wisłą rozpoznawalnych? Z Gabrielem rozwodu się nie bierze, nawet ze względu na nudne para-orkiestrowe przeróbki , niekoniecznie hitów Reginy Spector, grup Elbow czy Magnetic Fields albo muzyki uroczej, smutnej i oszczędnej Bon Iver. Co prawda jeden fortepian i kilka „smyków” niesmacznych tragedii nie czyni, ale nawet niepowtarzalny głos Gabriela nie nawróci mnie do słuchania jego nowej płyty na „okrągło”. Milczenie jest złotem, a Sade diamentem. 26 lat pracy i tylko sześć płyt. Jak ciągle posągowa i piękna wokalistka powtarza, nagrywa , gdy ma coś ważnego do powiedzenia. Przemówiła ponownie i znów jakość z ilością wygrywa. Elegancko i subtelnie, ale z siłą mieszanki ekskluzywnej właściwej jej stylowi, opowiada o tym, co jest dla niej najważniejsze, o miłości. Jak zawsze nie zrobiła nic rewolucyjnego w aranżach, nie powaliła poszukiwaniem nowoczesnych dźwięków, ba nawet band ten sam i producent wysłużony ( ten m.in. od „Smooth Operator” ). Ale masywna energia lekkich, usypiających Sade LOVEPARTY kawałków w zadymionym klubie jazzowym nadal zniewala. Cały ten zgiełk jazzowo-soulowo-popowy, tak naprawdę nie powtórzony dotąd przez nikogo w sposób bliski doskonałości. Zwięzły, dość ryzykowny, monotonny rytm w tytułowym „Soldier of Love” czasem przeszyje zawodząca gitara. Gdzie indziej syntezatory, czasem na płycie zmęczone, wyrywa z nostalgii trąbka. Nawet walczyk ckliwy broni się za sprawą głosu Sade. A jamajskie reggae nie brzmi jak u „rasta” braci – jest inaczej podane, zabarwione kobiecym sexapilem. Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji. |
![]() |
|





