„Ludzie młodzi są bardzo awanturni na motocyklach, w kontekście dodawania gazu oczywiście” – zauważył w telewizyjnych „Wiadomościach” instruktor nauki jazdy, opowiadając się w ten sposób za pomysłem, aby prawo jazdy kategorii A mogli otrzymywać dopiero 24-latkowie. Eddie Vedder, jak na lidera rokendrolowego zespołu, jest dość spokojnym człowiekiem. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy robi się bardzo awanturny, na przykład w kontekście rzucania w niego monetami, gdy występuje na scenie.
W kontekście pracy w studiu nagraniowym, gdy nie grozi mu nagła utrata oka, Eddie potrafi jednak pokazać liryczną stronę swojej natury, i nagrać płytę taką jak „Into The Wild”. To ścieżka dźwiękowa do filmu o takim samym tytule, na której usłyszeć można m.in. piękną piosenkę „Society”.
***
Płytę Eddiego Veddera „Into The Wild” dostałem na Gwiazdkę (prezent z kategorii: zamówione niespodzianki) i już wtedy wiedziałem, że chcę pójść na ten film do kina, nawet jeśli miałby być średni. Musiałem zachować daleko posuniętą czujność, ponieważ polski dystrybutor postanowił zakamuflować dzieło Seana Penna, nadając mu tytuł „Wszystko za życie”. Być może z marketingowego punktu widzenia było to słuszne posunięcie, bo kto skusiłby się na obejrzenie filmu zatytułowanego „W dzicz”? Koniec końców, w długi majowy weekend wylądowałem w kinie i przekonałem się, że film średni nie jest. Jest świetny.
***
Jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, a macie zamiar go obejrzeć, to może lepiej nie czytajcie dalej, bo ostrzegam, że za chwilę zdradzę zakończenie. Inna sprawa, że sam na długo przed pójściem do kina znałem finał autentycznej historii
Chrisa McCandlessa, pokazanej w hagiograficznym obrazie Penna. I wcale nie przeszkadzało mi to zachwycać się nim.
***
Jeszcze zanim w kinie zgasły światła, moją uwagę zwróciła obecność na widowni całkiem sporej grupki pań w podeszłym wieku. Nie dałbym sobie głowy uciąć, ale chyba usłyszałem strzęp ich rozmowy, w której opowiadały sobie o świetnej muzyce, pojawiającej się w filmie. Nie byłem tego jednak stuprocentowo pewien, więc nie nawiązałem rozmowy o ich ulubionych albumach zespołu Pearl Jam. Poza tym chwilę później zrobiło się ciemno i zaczął się seans.
***
„Wszystko za życie” dostarcza wielu powodów do wzruszeń, ale mnie największe ciarki przeszły po plecach, kiedy 22-letni Chris McCandless już pozbył się wszelkich dokumentów, kart kredytowych, oszczędności i całej reszty definiującego go cywilizacyjnego balastu, i wyruszył słoneczną autostradą na poszukiwanie prawdziwego życia. Towarzyszy mu najbardziej przebojowy na płycie utwór „Hard Sun”.
***
Co jest ważniejsze: intensywne życie każdą chwilą, bez zastanawiania się, co będzie jutro, czy możliwie jak najdłuższe utrzymywanie się przy życiu kosztem rzeczy prawdziwych, ekscytujących, ale niebezpiecznych, nieopłacalnych, nieakceptowanych przez ogół? Chris wybrał pierwszą opcję, co skończyło się dla niego tragicznie, choć jego przedwczesna śmierć była wynikiem w równym stopniu brawury, co nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Jeśli dobrze czujecie się w szkole, w kościele, w korporacji, to pewnie tylko popukacie się w czoło na taką lekkomyślność i zmarnowanie życiowej szansy. Zachwycicie się tą historią tylko wtedy, gdy (przynajmniej wewnętrznie) jesteście awanturni - w kontekście wypełniania społecznych ról oczywiście.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.