W ciągu sześciu miesięcy, jakie minęły od ostatniego wpisu na tym blogu, na świecie doszło do sporych zmian. Okazało się na przykład, że w piłkę nożną najładniej grają Niemcy, o czym przed Mundialem w RPA nie śmiałby pomyśleć nawet sam Franz „Cesarz” Beckenbauer. Również w Polsce nie wszystko jest dziś takie, jak pół roku temu. Wtedy byłem święcie przekonany, że najlepszym festiwalem muzycznym w tym kraju jest gdyński Open’er i że jeszcze długo nikt mu nie podskoczy. No, ale w sierpniu wybrałem się do Katowic na Off Festival i moje postrzeganie świata się skomplikowało.
***
Nie, żebym miał coś przeciwko Opener’owi. Udało mi się nawet uniknąć kilkugodzinnego stania w tłoku przy bramkach wejściowych, co było ponoć największym problemem organizacyjnym w tym roku. Występ Pearl Jam podobał się prawie tak samo, jak cztery poprzednie koncerty tego zespołu, które widziałem. Kasabian też mnie nie rozczarował, choć słyszałem opinie ortodoksyjnych fanów, że zagrali bez polotu. Massive Attack zrobił na mnie duże wrażenie, mimo że ich show praktycznie nie zmienił się w ciągu dwóch lat, które minęły od ich poprzedniej wizyty w Gdyni. No i wreszcie The Dead Weather – kolejny dowód na to, że aby zagrać najlepszy koncert na festiwalu, wystarczy mieć w składzie Jacka White’a (w tym wypadku w roli śpiewającego perkusisty).
***
Największe emocje podczas tegorocznego, gdyńskiego Open’era przeżyłem w Sopocie. Była mniej więcej osiemnasta, kiedy idąc niespiesznym krokiem po Monciaku, od strony mola w kierunku dworca PKP, niemal wpadłem piątkę dziwaków, którzy mimo upału odziani byli w długie, czarne spodnie i ciemne koszulki (a jeden z nich uznał nawet za stosowne założyć czarną marynarkę). Pierwszy szok przeżyłem, kiedy uświadomiłem sobie, że to nie kto inny, tylko właśnie Jack White wraz z resztą The Dead Weather. Gdy minęło pierwsze osłupienie i już mogłem oderwać stopy od chodnika, niczym rasowy detektyw ruszyłem w ślad za gośćmi z Ameryki. I tu czekał mnie szok numer dwa: z dziecięcych rąk nie wypadł z wrażenia ani jeden lód, ani jedna wczasowiczka nie padła zemdlona na trotuar, mało tego - w ich stronę nie obróciła się ani jedna głowa na opalonym karku! Zatłoczoną ulicą najpopularniejszego letniego kurortu w Polsce przechadzał się Najważniejszy Artysta Rokendrolowej Sceny XXI Wieku, a tłum wczasowiczów nie uznał tego za wydarzenie godne wyrwania się z wakacyjnego letargu.
The Dead Weather spacerują, naród odwraca głowy
***
Jeśli przypadkowe spotkanie idola na miejskim deptaku wywołało we mnie większe emocje, niż jakikolwiek festiwalowy koncert, można domniemywać, że jestem po prostu starym, zblazowanym zgredem i powinienem dać sobie spokój z chodzeniem na koncerty, i zająć się raczej rozwijaniem mięśnia piwnego w wygodnym fotelu, przy dźwiękach płyty Chucka Mangione. Sam tak myślałem, dopóki nadziei nie wlał w moje serce wspomniany na początku Off Festival, a osobliwie koncert nieznanej szerzej Amerykanki o pseudonimie Tune-Yards. Nie ma specjalnego sensu rozpisywać się o jej pomysłowych patentach, polegających na nagrywaniu i loopowaniu własnoręcznie wystukanych podkładów rytmicznych i własnych wokaliz, i następnie nakładaniu na to głównej linii wokalu, wspartej akompaniamentem sfuzzowanego ukulele. Czytanie tego typu rzeczy jest równie ekscytujące, co słuchanie wykładu muzealnego kustosza o tym, jak Botticelli mieszał swoje farby, aby osiągnąć efekt, „który państwo widzą na niniejszym obrazie”. Ograniczę się do dwóch stwierdzeń: subiektywnie – kiedy wreszcie skończyła, zbierałem szczękę z podłogi; obiektywnie – nie widziałem na tym festiwalu drugiego koncertu, który kończyłby się wielokrotnymi bisami (i pewnie potrwałby jeszcze dłużej, gdyby nie to, że obok, na głównej scenie właśnie rozpoczynał się show największej gwiazdy – The Flaming Lips). Za to, że w ogóle znalazłem się w namiocie, w którym grała Tune-Yards, muszę podziękować szczególnie Robertowi Brylewskiemu i jego kolegom z legendarnej formacji Kryzys. Ich koncert, odbywający się równolegle na większej scenie, był tak miałki muzycznie i żenujący pod względem konferansjerki, że wytrzymałem tylko do początku czwartego utworu.
www.myspace.com/tuneyards
***
Trzeba mieć jaja, żeby grać, jak Tune-Yards. Ta muzyka nie zawojuje list przebojów. Mało tego, nie każdy będzie w stanie przebrnąć przez jej płytę od początku do końca. Poruszy uszy i serca tysięcy, a nie milionów, ale za to może odrobinę bardziej. Podobny los czeka zapewne nowy album Brodki. Tutaj strategia wydaje się wręcz samobójcza – nie dość, że nie wydała płyty od czterech lat, to na dodatek przygotowała dla stęsknionych fanów coś, co może dla wielu z nich okazać się równie niestrawne, jak góralskie kierpce. Nie chcę was straszyć, miłośnicy „Dziewczyny mojego chłopaka”, ale tej dziewczyny, która w 2004 roku wygrała „Idola”, już nie ma. Nie chcę też być zbyt górnolotny, ale mam przeczucie, że na polskiej scenie muzycznej wykluwa się właśnie ktoś na miarę Katarzyny Nosowskiej, albo przynajmniej Marii Peszek. Ta mała góralka wie, czego chce i nie boi się po to sięgnąć. Opuszcza bezpieczną, popową niszę i rusza w nieznane. Jak się to dla niej skończy, trudno przewidzieć. W każdym razie Brodka ma jaja – zupełnie jak Tune-Yards.
***
Na nowy album Brodki musicie poczekać jeszcze parę dni. Na razie oficjalnie znana jest piosenka „W pięciu smakach” – jedna z najbardziej przystępnych i przebojowych na tej płycie. Jeśli jeszcze jej nie znacie, posłuchajcie dziś po 21:00 programu „Po godzinach” w Mieście Muzyki. Prawdę mówiąc, powinniście go posłuchać nawet, jeśli dobrze znacie ten utwór. A potem jeszcze raz i jeszcze (w tym celu codziennie nadawane są powtórki). Jak to zrobić? Wystarczy o odpowiedniej porze kliknąć poniższy link:
www.miastomuzyki.pl/radio,59,popcolors
Absurdalnie proste…
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.