Dał nam przykład Maanam, jak odchodzić mamy
Wczorajszy „Dziennik” opublikował artykuł pt. „Kryzys przetrzebi listę miliarderów Forbesa”. Dołączono do niego ramkę z nagłówkiem: „Najbardziej spektakularne upadki”, czyli ranking bogaczy najokrutniej pokrzywdzonych przez załamanie na światowych rynkach finansowych. Na pierwszym miejscu listy znalazł się Anil Ambani z Indii, którego majątek stopniał z 42 do 12 mld dolarów. Tuż za podium wylądował niejaki Bjoergolfur Gudmundsson z Islandii, któremu udało się zjechać z 1,1 mld dolarów do zera. Zaprawdę, poruszył mnie los pana Ambaniego, bo strata 30 miliardów baksów w ciągu kilku miesięcy musiała boleć, ale śmiem twierdzić, że Bjoergolfur Gudmundsson zasłużył na wyższą, niż czwartą lokatę. Za 12 miliardów mimo wszystko można jakoś przebiedować w gorących Indiach, gdzie ponoć życie jest względnie tanie. Natomiast ogołocenie bankowego konta Islandczyka w środku zimy zakrawa na sadyzm.
***
Z końcem 2008 roku do zera skurczył się również skład liczebny zespołu Maanam. Mówiąc prościej: jeden z najważniejszych zespołów w historii polskiej muzyki popularnej przestał istnieć. Jak to ujęto w oficjalnym komunikacie: „Maanam po blisko 30 latach zawiesza działalność na czas nieokreślony”. Czyli w praktyce go nie ma. To w sumie optymistyczna wiadomość.
***
Nie, żebym jakoś szczególnie cierpiał z powodu działalności Maanamu. Prawdę mówiąc, bardzo bym się cieszył, gdyby Jackowscy nadal dostarczali światu takich perełek, jak choćby: „Krakowski spleen” czy „Kocham cię, kochanie moje”. No, ale to stare dzieje. Ostatnio nikt nie wyczekiwał już z zapartym tchem na nową płytę Maanamu, więc i decyzja o „zawieszeniu działalności na czas nieokreślony” nie wywołała masowych demonstracji, fali samobójstw zrozpaczonych fanów czy nawet ożywionej dyskusji w internecie. Ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że kiedy artystyczne drogi Kory i Marka Jackowskiego definitywnie przestały się pokrywać, obie strony miały dość klasy, żeby pożegnać się z wypróbowanym szyldem i kontynuować karierę na własny rachunek – Kora jako Kora, a Jackowski z nowym zespołem The Goodboys. W dodatku obeszło się bez procesu sądowego.
***
A różnie z tym przecież bywa, przykładów nie trzeba szukać daleko. Oddział Zamknięty bez Jaryczewskiego czy Dżem bez Riedla mieszczą się jeszcze w granicach przyzwoitości, choć pewnie najbardziej ortodoksyjni fani mają na ten temat inne zdanie. Borysewicz z Panasewiczem dobrali sobie muzyków, którzy od biedy mogliby być ich synami, i nadal jakoś próbują ciągnąć wózek z napisem Lady Pank. No, ale można przyjąć, że to oni są twarzami tego zespołu od samego początku, więc i tutaj dużego wstydu nie ma. Gorzej wyglądała swego czasu sytuacja z grupą TSA, której liderzy: Piekarczyk i Nowak, spotykali się jedynie w sądzie i jednocześnie obaj stali na czele dwóch „prawdziwych” zespołów TSA. No i wreszcie sztandarowy przykład: Perfect bez Hołdysa. Ukochane dziecko mniej więcej 15 lat temu wymknęło się spod kontroli pana Zbyszka, czego ten ewidentnie nie może przeboleć do dziś i daje temu wyraz na różne sposoby (kiedyś nawet napisał o tym piosenkę). W jednym z większych przebojów Perfectu z czasów „Po Hołdysie” padają słowa: „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym”, ale na szczęście muzyka to nie boks i moment, kiedy artysta zostaje „pokonanym”, można równie dobrze utożsamiać z datą jego fizycznego zejścia z tego łez padołu. Czego, rzecz jasna, nie życzymy ani Grzegorzowi Markowskiemu, ani żadnemu z pozostałych muzyków Perfectu AD 2009.
***
Polscy artyści i tak nie muszą mieć wyrzutów sumienia, jeśli popatrzy się na sytuację globalną. Przeżyliśmy już powrót na scenę zespołu Queen bez Freddiego Mercury’ego i The Doors bez Jima Morrisona. W kolejce czekają jeszcze m.in. Nirvana bez Kurta Cobaina oraz Beatlesi bez Lennona i Harrisona. Prawdziwym rarytasem będzie jednak dopiero triumfalny come back tria The Jimi Hendrix Experience, okrojonego o Hendrixa, Reddinga i Mitchella (ostatni z nich zmarł mniej więcej miesiąc temu). Na to ostatnie wydarzenie, ze względów logistycznych, przyjdzie nam zapewne poczekać parę lat, menedżerowie z pewnością jednak już nad tym pracują.
***
Pomijając wymienione przykłady zagraniczne, będące, oczywiście, jawną profanacją, można mimo wszystko spojrzeć łaskawym okiem na muzyków, próbujących jak najdłużej utrzymać przy życiu twór, który przyniósł im sławę i – najczęściej – fortunę. W końcu taki idealny muzyczno-towarzyski organizm, jak zespół U2, trafia się raz na sto lat. Nie każdy ma też wystarczająco dużo odwagi, talentu i – nie ma się co oszukiwać – szczęścia, żeby odciąć się od chlubnej przeszłości i stworzyć zupełnie nowy byt, który w dodatku odniesie wielki sukces. Dotąd udało się to nielicznym (z Joy Division wykluł się New Order, Dave Grohl wyrwał się ze „stanu Nirvany” i założył Foo Fighters).
***
Tak czy inaczej, trzymam kciuki za Korę, a zwłaszcza za Marka Jackowskiego (po pierwsze ma trudniej, po drugie, jakoś bardziej go lubię). Dzięki swojej śmiałej decyzji oboje zdobyli u mnie po „plusie dodatnim” na Nowy Rok. A czytelnikom niniejszego bloga życzę, aby w tym roku podejmowali wyłącznie takie decyzje, których nie będą się potem wstydzić. A jeśli dodatkowo będą one brzemienne w dobre skutki, to tym lepiej.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Dziękujemy!