Jeśli akurat znajdziecie się w Parku Magnuson w Seattle i będziecie mieli wolną chwilę, rzućcie okiem, a zwłaszcza uchem na coś, co nazywa się Sound Garden i w owym parku się znajduje. Jest to dzieło sztuki współczesnej – 12 wielkich rur, wydających na wietrze różne dziwne odgłosy. Niektórzy słyszą tam ponoć delfiny, inni lądujące UFO. Ja osobiście nic nie słyszałem, bo nigdy nie byłem w Parku Magnuson w Seattle.
***
Jedyny raz, kiedy widziałem na żywo zespół Soundgarden, miał miejsce w roku 1992. To dobra pozycja w CV, choć wtedy koncert nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Raz, że to była ledwie przygrywka do występu gwiazdy tamtego wieczoru, grupy Guns’n’Roses; dwa, że moja znajomość twórczości Soundgarden była wówczas szczątkowa i ograniczała się do jakichś dwóch piosenek, usłyszanych parę razy w radiu. W takich okolicznościach z koncertu utkwiły mi w pamięci dwie rzeczy: ultramocny, trzęsący żołądkiem bas i świdrujący w uszach, wysoki, niemal histeryczny głos wokalisty.
***
Wokalista nazywał się Chris Cornell i parę miesięcy później był już moim bohaterem. Sprawiła to płyta Temple Of The Dog – okolicznościowego projektu, poświęconego pamięci Andy’ego Wooda, w którym to projekcie Cornell grał pierwsze skrzypce: napisał teksty, był głównym kompozytorem, zaśpiewał i zagrał na gitarze. Gdyby pasowało to do stylistyki zespołu, kto wie, może na skrzypcach też by zagrał.
***
Dygresja: Bez tragicznej śmierci Wooda, wokalisty grupy Mother Love Bone, który przedawkował heroinę, nie byłoby ani płyty „Temple Of The Dog”, jednego z największych dzieł grunge’u, ani zespołu Pearl Jam, który powstał na gruzach MLB; Andy wystąpił tu więc w roli klasycznego ziarna, które musi obumrzeć, aby wydać plon.
***
Największym przebojem Temple Of The Dog była piosenka „Hunger Strike”, w której Cornella wspomagał wokalnie surfer z San Diego, o niewiele mówiącym nazwisku Eddie Vedder.
***
Minęły dwa lata i byłem już nie tylko fanem Cornella, ale również formacji Soundgarden. A to za sprawą wydanej w 1994 roku płyty „Superunknown”, która przyniosła zespołowi największy w karierze przebój „Black Hole Sun”, ale też całe mnóstwo świetnej muzyki, choćby takiej, jak w utworze „Spoonman”.
***
Tym ostatnim wyznaniem wzbudziłem zapewne uśmiech politowania wśród „prawdziwych” fanów Soundgarden, wielbiących trzy pierwsze płyty zespołu i uważających wszystko, co ukazało się po „Badmotorfinger” za komercyjny śmieć. Nic na to nie poradzę, ale mnie najbardziej podobają się właśnie „Superunknown” i wydana później „Down On The Upside” (podobnie, jak u Metalliki najwyżej cenię zdradziecki „czarny” album).
***
Jakoś tak się złożyło, że moi trzej ulubieni wokaliści lat 90. wywodzą się w komplecie z kręgu tzw. muzyki grunge. Oprócz wpomnianego Chrisa Cornella, byli to jeszcze Eddie Vedder z Pearl Jam i Layne Staley z grupy Alice In Chains.
***
I oto mamy rok 2009. Staley nie żyje (podzielił los Wooda i na skutek nadużywania szkodliwych substancji opuścił ten świat), Vedder trochę leniuchuje, a Cornell… No cóż, nagrał właśnie najlepszy album w swojej karierze. Niestety, tylko jego zdaniem.
***
Po rozpadzie Soundgarden w 1997 roku nic jeszcze nie zapowiadało katastrofy. O ile można było obawiać się o artystyczną przyszłość pozostałych trzech członków grupy, o tyle Chris – wybitny wokalista, nie najgorszy gitarzysta, kompozytor i tekściarz – powinien sobie bez trudu poradzić, czy to solo czy z innym zespołem. Jego pierwsza samodzielna płyta „Euphoria Morning” nie zwalała z nóg, ale można było jej słuchać z przyjemnością. Trzy albumy nagrane z Audioslave, choć dość przewidywalne muzycznie, też trzymały całkiem niezły poziom. Problem zaczął się dwa lata temu, wraz z drugą solową płytą „Carry On”. Wbrew motywującemu tytułowi („kontynuuj”), kilka razy w trakcie jej słuchania miałem ochotę nacisnąć przycisk: stop. Jakoś dotrwałem do końca, a potem wyrozumiale pokiwałem głową – każdemu zdarzają się przecież błędy i wypaczenia. Kolejna płyta Cornella musiała być – w moim mniemaniu – o wiele lepsza. O ja naiwny!
***
Nie będę się znęcał nad przepełnionym monotonnym pukaniem i ubarwionym firmowymi pobekiwaniami Timbalanda albumem „Scream”. Zrobili to już za mnie recenzenci większości serwisów muzycznych. O tym, jak poważna jest sprawa, najlepiej świadczy promujący nową płytę Cornella utwór „Part Of Me”.
Gdyby Chris z jakiegoś powodu nie chciał go zaśpiewać, Timbaland śmiało mógłby go opchnąć Britney Spears, i to nic nie zmieniając w aranżacji, ani w brzmieniu. Na teledysku były wokalista Soundgarden, w nowym wcieleniu popowego dandysa i w otoczeniu pląsających par, siedzi okrakiem na krześle i śpiewa o tym, że wpadła mu w oko dziewczyna, ale „ta suka nie jest częścią mnie”. To, jak dla mnie, kwintesencja tego, co powstało po połączeniu sił wybitnego wokalisty i najmodniejszego obecnie producenta. Ale czy naprawdę jest aż tak źle? Ależ skąd, jest gorzej.
***
Niedługo po tym, jak zapoznałem się z zawartością albumu „Scream”, do moich zwiędłych uszu dotarła radiowa wersja piosenki „Part Of Me” (tzw. radio edit). I cóż się okazało? W refrenie nie ma już ani słowa o żadnej suce, w jej miejsce pojawiła się za to „laska”. Chris już nie śpiewa: „That
bitch ain’t a part of me”, tylko grzecznie: „That
chick ain’t a part of me”. Już sobie wyobrażam tę rozmowę:
- Słuchaj, Chris, ten numer „Part Of Me” ma całkiem chwytliwą linię melodyczną, chcielibyśmy wydać go na singlu – mówi Product Manager z wytwórni Universal.
- Zajebiście, chłopaki. Macie moje pełnie poparcie – odpowiada Chris Cornell.
- Tylko wiesz, Chris, tam jest w refrenie słowo „bitch”, niektóre stacje radiowe nie będą chciały tego grać. Może byś coś pokombinował z tym tekstem .
- Spoko. Może zaśpiewam tam “girl”, też ma jedną sylabę i znaczy mniej więcej to samo – sugeruje legenda muzyki grunge.
- Niezłe – odpowiada przymilnie PM – A nie mógłbyś tam wstawić czegoś, co brzmi podobnie jak „bitch”, ale bardziej spodoba się gospodyniom domowym i tym prawicowym oszołomom?
- Hmm… W takim razie proponuję „chick” – mówi autor „Spoonmana”.
- Bingo! Mamy to! – kamień spada z serca PM. Spodziewał się trudniejszej przeprawy.
***
Nie wiem, gdzie jest teraz Kurt Cobain i czy śledzi stamtąd ziemski rynek muzyki pop. Jeśli tak, to pewnie błogosławi dzień, w którym pociągnął za spust i dzięki temu na skróty pokonał drogę do panteonu legend rocka. Artysta Chris Cornell właśnie włożył sobie do ust granat i wyciągnął z niego zawleczkę, w efekcie czego świat usłyszał głośny „Wrzask”. Życzę mu, aby Historia osądziła go sprawiedliwie, z uznaniem wszystkich zasług. W końcu, zgodnie z obowiązującymi kanonami, o trupach nie wypada mówić źle. Nawet jeśli są to tylko artystyczne trupy.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.