7 kwietnia 2009 roku – taka data, jak wyrzut sumienia, widnieje nad poprzednim wpisem na tym blogu. W ciągłu przeszło dwóch miesięcy, jakie minęły od tamtego dnia, zdarzyły się co najmniej dwie rzeczy warte odnotowania: odbyły się wybory do Parlamentu Europejskiego, a ja odbyłem podróż służbową do Warszawy, celem odbycia wywiadów z muzycznymi gwiazdkami - Lenką i Jayem Delano.
***
Kilka dni po uroczystych obchodach 20-lecia odzyskania przez nasz kraj wolności, sami sobie zafundowaliśmy prezent, wysyłając kilkunastu polityków na pięcioletnie bodaj wakacje do bratniej Brukseli. Będą tam sobie żyć spokojnie, a dostanio, od czasu do czasu zbierając się wraz z kolegami z innych krajów na debaty na temat przepisowych rozmiarów psiej budy (o ile w ogóle humanitarne jest wysyłanie psa do budy w XXI wieku w zjednoczonej Europie), liczby oczek w standardowej sieci rybackiej, i innych ważkich problemów, nękających współczesny świat. Zła wiadomość jest taka, że wyeksportowani z wolnej ojczyzny politycy nadal będą na naszym utrzymaniu, ale zniknięcie tych paru facjat z codziennego obiegu medialnego można przecież okupić tym niewielkim w sumie w skali kraju wydatkiem pieniężnym.
***
Przy takich okazjach, jak eurowybory, pojawiają się różne pomysły na to, co nasz, jak by nie było 38-milionowy kraj, może wnieść do zjednoczonej Europy. Większość tych koncepcji upada ze względu na brak tzw. konsensusu na szczytach władzy. Jeśli jedna opcja polityczna coś zaproponuje, to jest to już wszak wystarczający powód, aby ta druga uznała to za nonsens, hucpę, a w najlepszym przypadku rzecz, którą należy przedyskutować.
***
Dlatego, częściowo na fali patriotyzmu, jaki udzielił mi się przy okazji 20-lecia, a po części zainspirowany warszawskimi wywiadami, ośmielam się przedstawić zupełnie obojętny politycznie, za to rdzennie polski wkład w tożsamość zjednoczonej Europy. A dokładnie rzecz biorąc – dwa wkłady, smaczne i (częściowo) zdrowe.
***
Jay Delano to miły holenderski chłopak, który w świadomości przeciętnego Polaka pojawił się dzięki udziałowi w ostatniej edycji „Tańca z gwiazdami”. Do naszego kraju przyjeżdża już zresztą od ładnych paru lat i nawet powiedział mi, że chętnie by się tu osiedlił na stałe, gdyby nie jego żona, która zdecydowanie woli Holandię. Tak czy siak, Jay deklarował swoją płomienną miłość do Polski, choć, muszę przyznać, trochę zaniepokoił mnie fakt, że zapytany o ulubione miejsce w Warszawie (w której, bądź co bądź, spędził ładnych parę miesięcy), był w stanie wymienić jedynie bar sushi, którego nazwa wyleciała mi z pamięci. Ze sporą ulgą przyjąłem jego wyznanie, że to jednak nie sushi jest jego ulubioną polską potrawą. Co nią jest w takim razie? Posłuchajcie sami:
I to jest właśnie moja europropozycja numer jeden.
***
Lenka to miła australijska dziewczyna o czeskich korzeniach. Obecnie mieszka w Kalifornii, a do Polski zawitała specjalnie, aby zaśpiewać w programie (niespodzianka!) „Taniec z gwiazdami”. Cała rozmowa z nią przebiegała w sympatycznej atmosferze, ale najważniejsza deklaracja padła z jej ust już po zakończeniu oficjalnej części wywiadu. Na szczęście sprzęt nagrywający był ciągle włączony i dzięki temu teraz mogę zaprezentować Wam wypowiedź artystki na temat jej sentymentu do pewnego polskiego wyrobu spożywczego. Jak się domyślacie, to będzie zarazem moja druga europropozycja.
***
Zupełnym zbiegiem okoliczności nazwy obu ubóstwianych przez zagraniczne gwiazdy polskich artykułów żywieniowych zaczynają się na „żu”. Usiłowałem sobie przypomnieć coś jeszcze, co spełniałoby to kryterium, i w ten sposób wydłużyć listę moich europomysłów do trzech pozycji. Niestety, do głowy przyszło mi tylko pewne danie z menu radiowej stołówki, której kucharze słyną z zamiłowania do kulinarnych eksperymentów. Nazywało się to „żuliny”. Ale chyba nie chcę, żeby moja ojczyzna była kojarzona międzynarodowo z tą właśnie potrawą.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.