Gdy dowiedzieliśmy się kilka tygodni temu, że ma przyjechać, to była informacja wręcz niewiarygodna. Do końca, do momentu kiedy w open’erową sobotę pojawił się na scenie, trudno było uwierzyć, że za chwile zagra dla nas jedna z największych postaci muzyki popularnej. Ale stało się i zobaczyliśmy koncert po którym zdałem sobie sprawę, jak bardzo na co dzień mówiąc o muzyce nadużywamy słowa „artysta”. Bo jakiego słowa potem użyć opisując chwile, kiedy zawładnął nami Prince, tak żeby było adekwatne i oddało rangę tego wydarzenia?
Nie było lepszego koncertu na tej edycji Open’era. Nie wiem czy był lepszy podczas dziesięcioletniej historii tej imprezy. Nawet jeśli tak, to ten zalicza się do absolutnej czołówki wydarzeń, jakie mogła podziwiać polska publiczność w ostatnich latach. I nie chodzi tu wcale o jakieś specjalne fajerwerki, oprawę widowiska, czy o samo show. Oczywiście na scenie działo się dużo, ale bez dwóch zdań przez cały czas najważniejsza była Muzyka. Zagrana na najwyższym poziomie, z polotem, radością, energią, luzem i napędzana czystym talentem. No i On. Pewny siebie, zakochany w muzyce i w sobie, ale całkowicie autentyczny w tym co robi. Bo Artyście takiemu jak on wszystko wolno. Znakomity wokalnie, porywający jako gitarzysta, a do tego głównodowodzący z chirurgiczną precyzją wszystkim co działo się na scenie wśród muzyków i pod sceną wśród publiczności. Zestaw utworów też dobrał świetny, z klasykami pokroju „1999”, „Kiss”, czy „Purple Rain”, perełkami z różnych okresów swojej kariery i coverami, w tym między innymi „Train in Vain” Boba Marleya oraz „Don't Stop 'Til You Get Enough” Michaela Jacksona. Nie da się o tym koncercie pisać bez emocji. Przez dwie godziny nie opuszczały one nas ani przez chwilę.
Ale choć blask Księcia przyćmił inne wydarzenia soboty i niedzieli, to działo się poza jego występem bardzo dużo i bardzo ciekawie. W sobotę na rozgrzewkę przed koncertem Mistrza pokazała się z bardzo dobrej strony inna legenda, grupa Primus. Jej lider Les Claypool przypomniał wszystkim, co znaczy wirtuozeria w grze na instrumencie. To, co robił ze swoją gitarą basową, to była prawdziwa sztuka. Fani czekali na ten koncert latami i byli zachwyceni, a reszta publiczności co najmniej zaintrygowana stylem grupy, który miesza w sobie funk, metal, rocka oraz wszelkiego rodzaju muzyczne eksperymenty, przyprawiając je wielką dawką zwariowanego humoru.
Skład niedzieli już na papierze wyglądał bardzo mocno i wydarzenia tego dnia potwierdziły, że było w czym wybierać i dla kogo biegać między scenami. Dla mnie ten dzień nie przyniósł takich emocji, jak poprzednie dni festiwalu, ale i tak kilka koncertów odebrałem bardzo pozytywnie. Po pierwsze The Wombats. Otworzyli w pełnym słońcu dużą scenę i pokazali, jak świetnie można się bawić do prostych rockowych piosenek z ładnym refrenami. Potem szybki przeskok do zupełnie innej bajki, czyli James Blake i jego przepełniony delikatnością muzyczny świat. Open’erowy namiot zastygł i prawie w bezdechu wysłuchał materiału z jego bardzo dobrego debiutu. Perfekcyjne wykonanie „Limit to Your Love” to był zdecydowanie najlepszy moment tego koncertu - czyste emocje i cisza, która tez jest muzyką.
Na The Strokes czekaliśmy w Polsce bardzo długo. Może ja nie aż tak bardzo, bo ich wielkim fanem nigdy nie byłem. Ale nie da się nie doceniać ich roli w renesansie muzyki rockowej na początku XXI wieku. Zagrali bardzo dobrze, pełni luzu i świadomi swojego stylu. Osobiście mam trochę problem w przyjęciu wokalu Juliana Casablancasa w tak dużej dawce, jak półtoragodzinny koncert, ale poza tym faktem obiektywnie wszystko było jak najbardziej na miejscu i zagrało jak trzeba z pazurem. Zupełnie nie tak jak trzeba było za to podczas kolejnego koncertu, gdy na scenie pojawiła się M.I.A. Bardzo lubię jej płyty, czekałem więc z nadzieją na duże wydarzenie. Ale zawiodła mnie na całej linii. Brzmiało to źle, nieczytelnie, chaotycznie, bez ładu i składu. Z bardzo mocnych kompozycji wyszła przypadkowa zbieranina, która przekonać mogła tylko najwierniejszych i bardzo łaskawych fanów. Mnie nie przekonała. Na szczęście na koniec festiwalu dostałem jeszcze jeden porywający występ. Kanadyjski DJ Deadmau5 i jego set to było dokładnie to, czego nam było potrzeba. Dwie godziny szalonego tańca pod sceną minęły błyskawicznie, a gdy skończył dochodziła czwarta rano i było już całkiem jasno. I jasne było tez niestety, że to już koniec. Za rok wracam znowu na swoje muzyczne święto do Gdyni. Viva Open’er!
A tak śpiewaliśmy razem z zespołem Coldplay :)
p.s. Więcej wspomnień z tej edycji festiwalu w mojej audycji „Prosto w Uszy” - dziś o 20.00 w stacji RMF Rock. Zapraszam.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.