...
Dzień na dobre wygasał, ciężka za mną praca
Dymiła: palaczem w kotłowni na statku
Będąc, tony węgla me własne barki nosiły.
Zmiennik miał nadejść, blaszane stopnie dzwoniły,
A może ja sam tym zmiennikiem byłem, nie dość:
Sam byłem statkiem, załogą, sterem i węglem?
I większość rzeczy wypranych z rana samego
Już wyschła: gorąco tu, piekło – kotłownia,
Czort był mym bratem, a nie aniołowie mili.
Ale znałem ja takich – głośno się skarżyli,
Już w morzu przyjęci na ucztę z rybami.
Wznieście modlitwę za tych, co nie z nami!
A statek dźwięczy na redzie paradnym dźwiękiem,
Cała załoga przy burcie pachnie ogolona,
Wciąga brzuchy, pręży spracowane ramiona
Mordy się cieszą, pieniądze w kieszeni palą,
Kapitan daje rozkaz: „Zejść!”; Po trapie walą.
I ja wśród nich, szczęśliwy, ręce czarne od sadzy
Schowałem w kieszeni, żeby wstydu nie było.
Marynarz, wiecie, po wielu miesiącach żeglugi
W portowej knajpie szuka wytchnienia.
I teraz też grog się leje wonnym strumieniem,
Mowę ojczystą plącze i mąci spojrzenia
Już noc zapadła, załoga zaczyna śpiewać.
Dalejże! – krzyczy bosman, co na ramieniu
Miał sześć tatuaży: smoka, fregatę, dwa miecze,
Dwa jeszcze znaki chińskie, nie wiedział co znaczą,
I nagą blondynę, skąd wiedział, że to blondyna?
Kiedyś zadałem mu pytanie takie; z nożem rzuciwszy
się na mnie pół wachty musiało nas dzielić.
Dalejże! – krzyczy stary bosman wskazując blondynę
Załoga sprośne wymienia uwagi, podnosi się ciężko.
Już się rozniosła wieść po porcie całym,
Że wygłodniały statek idzie szukać wrażeń
I nabrzeże, choć ciemne, pod latarniami ożyło
Od skąpo odzianych panien.
Ja jeden nie szedłem z nimi, sprytnie udając zatrucie
I w bok odskoczywszy, w jakimiś ciemnym zaułku
Strasząc portowe koty oddałem, com wypił.
Tak uwolniony, ruszyłem przed siebie; szły za mną
Jeszcze przez chwilę, dały spokój, mówiąc, że
Może ja z tego plemienia, co kocha inaczej.
Kłamały.
Bo ja nieustraszonym wiedziony zewem
Ducha nad wszystko przenoszącego fale
Nie szydząc z kolegów, choć jałowym biegiem
Ich życie płynęło – no, oceńcie sami.
Neon nocnego kiosku znalazłszy – tam biegłem!
Klęknąłem, jakbym Najświętszą Panienkę zobaczył
I wyciągnąwszy z kieszeni żołd marynarza
(A ludzie stali, patrzyli, kręcili głowy)
”Dzieła wszystkie Adama”! – krzyknąłem
i padłem. Na statek zwiozło mnie pogotowie.
Ale com chciał, dostałem.
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.