Wątki religijne pojawiaja się często w twórczości Leonarda Cohena. Najsłynniejszy tego przykład mamy tu .
www.youtube.com/watch?v=YrLk4vdY28Q:
Parę dni temu ukazała się jego pierwsza po 8 latach przerwy płyta-"Old ideas". To bardzo dobry album . To, że bedzie powodzenie jest pewne jak amen w pacierzu. Cohen zawsze słynął z bardzo niskiego,zmysłowego głosu. Teraz (przed 80) mu się jeszcze ...obniżył! Ostatnio w Londynie zabawnie to skomentował:" Dałem sobie spokój z papierosami, więc bałem się, że nagle zacznę śpiewać sopranem, co przecież zrujnowałoby moją pozycję. Tymczasem brzmię jeszcze głębiej. Zobaczę, co będzie dalej, może po osiemdziesiątce będę musiał znów zacząć palić, żeby było mnie w ogóle słychać. " . A ja się już palę,by zaprezentować Wam piosenkę z nowej płyty zatytułoaną -"Amen".
www.youtube.com/watch?v=aAbEeoxsaRc&feature=player_embedded
Powiedz mi jeszcze raz, jak byłem nad rzeką
I zakończyłem moje pragnienie
Powiedz mi jeszcze raz, jesteśmy sami i słucham
Słucham tak mocno że to boli
Powiedz mi jeszcze raz kiedy jestem czysty i trzeźwy
Powiedz mi jeszcze raz, kiedy przeszedłem przez horror
Powiedz mi jeszcze raz, opowiadaj w kółko
Powiedz mi że mnie wtedy chcesz
Amen, amen, amen
Powiedz mi jeszcze raz kiedy ofiary śpiewają
I prawo do wyrzutów sumienia jest przywracane
Powiedz mi jeszcze raz że wiesz o czym myślę
Ale zemsta należy do Pana
Powiedz mi jeszcze raz kiedy jestem czysty i trzeźwy
Powiedz mi jeszcze raz, kiedy przeszedłem przez horror
Powiedz mi jeszcze raz, opowiadaj w kółko
Powiedz mi że mnie wtedy kochasz
Amen, amen, amen
Powiedz mi znowu kiedy dzień został wykupiony
I noc nie ma prawa się rozpocząć
Próbuj mnie ponownie kiedy aniołowie dyszą
I drapią w drzwi żeby przyjść
Powiedz mi jeszcze raz kiedy jestem czysty i trzeźwy
Powiedz mi jeszcze raz, kiedy przeszedłem przez horror
Powiedz mi jeszcze raz, opowiadaj w kółko
Powiedz mi że mnie wtedy potrzebujesz
Amen, amen, amen
Powiedz mi jeszcze raz kiedy nieczystość rzeźnika
Jest zmywana przez krew baranka
Powiedz mi jeszcze raz gdy reszta kultury
Przejdzie przez oko kamery
Powiedz mi jeszcze raz kiedy jestem czysty i trzeźwy
Powiedz mi jeszcze raz, kiedy przeszedłem przez horror
Powiedz mi jeszcze raz, opowiadaj w kółko
Powiedz mi że mnie wtedy kochasz
Amen, amen, amen
Leonard Cohen nie zawsze był w Polsce popularny. Były takie czasy,że znła go garstka koneserów. Ja zapoznałem się z twórczością śpiewjacego poety z Kanady dzięki Maciejowi Zembatego jeszcze w szkole podstawowej. I jestem mu za to bardzo wdzięczny. A tu przytaczam zupełnie niezwykłe wspomnienie o tym artyście zamieszczone w tygodniku "Przekrój"(Nr 27/2011 -4 lipca).
"Odszedł święty grzesznik
Kiedyś powiedział, że jego ostatnią wolą jest, by po śmierci go spalić i wciągać przez nos, bo składa się z kokainy. Zmarłego 27 czerwca Macieja Zembatego – poetę, muzyka, tłumacza piosenek Leonarda Cohena, mistrza czarnego humoru – wspomina Marek Raczkowski
wysłuchała anna jastrzębska
Kiedy dowiedziałem się o śmierci Maćka, pomyślałem: trzeba zdobyć telefon do Leonarda Cohena. Przecież ktoś mu powinien powiedzieć, że wraz z odejściem Zembatego, on również częściowo umarł. Nie wiem, czy Cohen go w ogóle znał, ale z opowieści Maćka wynikało, że Kanadyjczyk przysyłał mu kokainę w okładkach płyt.
Inna sprawa, że nie jestem do końca pewien, czy on naprawdę umarł. Nie zdziwiłbym się, gdyby była to jakaś próba ucieczki. Na szczęście nie będę musiał iść na jego pogrzeb, bo już kiedyś na nim byłem. Poznałem Maćka w 2004 roku na stypie, którą urządził sobie na 60. urodziny. Ceremonia w knajpie Czarny Kot przy ulicy Burakowskiej w Warszawie odbyła się należycie: z grobem, dołem, udziałem wielu polityków, on znał przecież wszystkich. Zdecydował się zaprosić również mnie, bo podobały mu się moje rysunki.
Berek w krematorium
Będzie mi brakować kasy, której już nigdy mi nie odda: „Zna go dobrze Warszawa: /pożyczał – nie oddawał,/nasienie drańskie;/a »poetyczne dale«/to były te skandale/w Małej Ziemiańskiej”. Wiersz „Śmierć poety” Gałczyński napisał co prawda o Władysławie Broniewskim, jednak słuchając go wczoraj w wykonaniu Kazika, rozpadłem się. Tym bardziej że Maciek w ostatnich latach przeżył kilka niezasłużonych porażek. Jak wtedy, gdy zdjęto z anteny radiowej jego program „Przygody wuja Alberta”, bo kierownictwo było przerażone tym, że przeklina na antenie.
Oczywiście był trudnym człowiekiem, więc praca z nim nie należała do łatwych. Był strasznie uparty – nawet jeśli komuś udało się przekonać go do swojej racji, zawsze potem mścił się, znajdując okazję do złośliwości. Gdy pewnego razu zwróciłem mu uwagę, że nie chcę oglądać jego starczego torsu, który z upodobaniem pokazywał, nie ominął żadnej sposobności, by mi to publicznie wypomnieć.
Staliśmy się sobie bardzo bliscy, chyba dlatego, że nie dociekałem, czy to, co mówi i pisze, jest prawdą czy zmyśleniem. Kiedyś opowiedział historię, jak po wojnie dyrektorem muzeum obozowego w Auschwitz został przyjaciel jego ojca. Maciek twierdził, że jeździł tam na wakacje, bawił się butami, włosami, nawet w chowanego w krematoryjnym piecu. Z córką dyrektora oglądał przez okienko na strychu egzekucję komendanta Auschwitz, która odbyła się bardzo uroczyście. Jak traktować takie historie? Dla mnie te opowieści są prawdziwe, bo mówią wiele o Zembatym.
Zresztą wiele z nich okazywało się prawdą. Kiedyś zadzwonił do mnie i powiedział, żebym się pakował, bo jedziemy do Lecha Wałęsy na imieniny. Rzeczywiście pojechaliśmy! Nie bardzo wiedząc, o co chodzi z tą całą poezją, Wałęsa powiedział, że cieszy się z podarowanych mu przeze mnie cygar z czekolady, bo jest jak Churchill – lubi to, co mu szkodzi.
Przeżywam to, co się stało, choć długo się z Maćkiem nie widziałem. Nie zgodzę się jednak z nikim, kto by sugerował, że go zostawiłem. Pewnego dnia dowiedziałem się po prostu, że wpadł w kolejną fazę depresji, kiedy przez pół roku czy rok nie chce nikogo widzieć. Dla własnego dobra wykaraskałem się z tej zażyłości. Przebywając z nim, należało być w ciągłej gotowości – zbyt dużo pomysłów, zbyt dużo presji. Potrafił zadzwonić i zakomunikować, że jest u niego jakiś nieuprzejmy kierowca z agencji towarzyskiej. Pojawił się problem, bo pochopnie przedłużył czas pobytu dziewczyny, którą tamten przywiózł (wyjątkowo dobrze mu się wtedy śpiewało). Zabrakło mu pieniędzy, więc wysyła do mnie tego kierowcę po brakujące 300 złotych. Oczywiście równocześnie gorąco mi poleca, bym skorzystał z okazji i pobył z fantastyczną panią.
Mężczyzna rzeczywiście przyjechał, a ja mu dałem pieniądze. Pamiętam, jak wszedł kiedyś do tej knajpy, w której teraz siedzimy. Bezzębny starzec z nieokreśloną fryzurą, kilkoma strąkami okalającymi jego głowę, z kółkiem w nosie czy uchu, ubrany w piżamę. Na bosych stopach miał plastikowe klapki, z których wystawały długie, gumowe, trzęsące się kolce udające chyba jeżozwierza. Młodzi kelnerzy go nie poznali, jednak udało mu się wejść. Siadając przy naszym stoliku, powiedział: – Bałem się, że mnie nie wpuszczą, więc mówiłem po angielsku.
Nigdy wcześniej nie spotkałem nikogo, kto by robił takie rzeczy jak Maciek. Wszędzie miał przyjaciół, zawsze otaczało go mnóstwo ludzi. Także w domu, w którym panował niesłychany porządek (jak sam mawiał, charakterystyczny dla narkomana) i w którym ciągle rozbrzmiewał dźwięk akordeonu kompozytora Tadeusza Klimondy (typowe małżeństwo tej samej płci, choć heteroseksualne, autor i kompozytor, jak Przybora i Wasowski). Z jednej strony wygrywało się tam „Czarną mańkę”, z drugiej zaś – wszystko to było niezwykle wyrafinowane i inteligenckie. Ale ludzie, którzy otaczali Maćka, byli prości: sąsiedzi z Żoliborza, zaprzyjaźniony alkoholik czy chuligan, bynajmniej nie artyści. Bo właśnie prości ludzie doceniają poetów za życia. Intuicyjnie przeczuwają, że mają do czynienia z kimś, kto przejdzie do historii. Salony reflektują się dopiero po śmierci.
Pieniądze go parzyły
Nieustannie dostawał jakieś tantiemy, wpływy z ZAiKS. Jak tylko coś mu wpadło, musiał to natychmiast wydać. Urządzał imprezy, na które zapraszał od dwóch do pięciu przyjaciółek narodowości ukraińskiej po to, by z nimi śpiewać, rozmawiać, żeby je ugościć. W tym sensie był to człowiek święty! Wielu osobom mógł się wydawać odrażający, odstręczający, ale nigdy nie dostrzegłem w nim żadnego przejawu agresji, podłości. Wszystko, co robił, było jednym wielkim umiłowaniem człowieka i dostrzeganiem piękna w człowieku niekoniecznie pięknym.
Pamiętam, jak dzwonił i przekonywał: – Musisz koniecznie przyjść, pojawiła się kobieta o niebywałej wprost urodzie, do niedawna wykładowczyni w Kijowie lub absolwentka wydziału reżyserii w Mińsku.
Kiedy przychodziliśmy z kolegami z Żurawiej, z Kubą Wojewódzkim czy Rafałem Bryndalem, okazywało się, że opis, delikatnie mówiąc, nie pokrywał się z rzeczywistością. Ale on widział w tych kobietach prawdziwą urodę. Agencja towarzyska na Marszałkowskiej wynajęła go nawet na święta prawosławne, żeby przyszedł i bawił się z dziewczynami, śpiewał im rosyjskie piosenki.
Wspólnie wpadliśmy na pomysł, aby w burdelu na Pradze rozpocząć działalność muzyczno-literacką. Chcieliśmy, żeby w towarzystwie interesujących osób odbywały się tam małe koncerty połączone z konsumowaniem wódki i kanapek z ogórkiem. Chodziło o to, aby dwa światy się pomieszały. Pierwsze spotkanie odbyło się w niewielkim gronie, przybyli Tadeusz Klimonda i Maciek, śpiewający i grający, oraz kilku znajomych. Wydałem wtedy z Rafałem Bryndalem, którego żona nie puściła na tę imprezę, tomik limeryków. Podarowałem go szefowej wraz z dedykacją. Niestety, jakiś „wujek”, który był jednocześnie narzeczonym szefowej, zobaczył tę książkę. Natychmiast skończyły się mrzonki, żeby jakieś „tałatajstwo, pedały, narkomani i Żydy” tam przychodziły. Bardzo żałuję, że nie udało się nam zrealizować tych planów. Weźmy „Śniadanie na trawie” Maneta. Kobieta, która spożywa z mężczyznami śniadanie, jest naga nie dlatego, że ma alergię czy coś podobnego. Została wynajęta i opłacona, ale mimo to stała się uczestnikiem rozmowy. A Zembaty najwyżej cenił sobie rozmowę. Nie chodzi nawet o to, że pociągały go upadłe kobiety, że fascynowały go Wschód czy bohema. On miał potrzebę publiczności.
Nie znosił konkurencji
Żałuję, że nigdy nie pozwolił mi ze sobą zagrać. Tępił moje zapędy muzyczne, oczywiście z zazdrości. Pamiętam jedną imprezę u mnie, na którą został zaproszony Jacek Kleyff. Pojawienie się Kleyffa wywołało wielkie zainteresowanie gości. Po 15 minutach Maciek wyszedł obrażony, mówiąc, że się nudzi.
Na początku, długo przed tym, zanim się poznaliśmy, zakochałem się w Cohenie w wykonaniu Maćka. Pamiętam złośliwe plotki, które wtedy krążyły po Warszawie, że nie zna angielskiego, że teksty tłumaczy mu jego żona. Jednak kiedy poznałem go lepiej, władał angielskim dosyć sprawnie.
W pewnym momencie był bardzo popularny, niemal wszechobecny. Zgubiło go kurczowe trzymanie się ballady, te wszystkie rzewne nuty – nawet mnie one obrzydły. Maciek nigdy nie gonił za Warszawką, żałosnym blichtrem: pokaz mody, trochę hip-hopu, trochę malarstwa abstrakcyjnego… To nie on. On był staroświecki, a mimo to bardzo otwarty.
Kiedyś w wywiadzie dla tygodnika „Nie” opowiedział, czym w jego życiu jest kokaina i ile ćpa. Zadzwoniłem wtedy do niego, mówiąc, że nie odwiedzę go już nigdy, ponieważ nie zamierzam zostać aresztowany pod jego klatką, gdzie na pewno już dybie jakiś oddział policji.
Odpowiedział, że jego ostatnią wolą jest, by po śmierci go spalić i wciągać przez nos, bo składa się przede wszystkim z kokainy. Ja jednak mam inny pomysł na jego pogrzeb. Chciałbym, żeby odbył się tradycyjnie, w kościele, ze wszelkim ceremoniałem. Chciałbym usłyszeć księdza mówiącego z ambony o świętym grzeszniku"
Aż chce się powiedzieć amen...
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.