...
Gdy duszy zrobi się za duszno, proponuję dwie książki. Polecam je szczególnie tym, którzy mają już dość krawatów, biurek i szarej codzienności, w, której powierzchowności nie mogą odnaleźć żadnej głębi. I od razu odradzam, nie naśladujcie bohaterów tych książek, takie rzeczy się dzieją, ale nie są bezpieczne i mogą się dla kogoś tragicznie skończyć. Są jednak cholernie pociągające. W końcu, kto choć raz nie marzyłby pewnego dnia spakować najpotrzebniejsze rzeczy, zapomnieć o wszystkich nudnych obowiązkach i wyjechać tam gdzie żyje się naprawdę. Gdzie każdy dzień może być tym ostatnim i gdzie życie się przeżywa a nie przeżuwa, lub przemyka się przez nie, stawiając sobie za cel nie potrzebne do szczęścia przedmioty, tytuły czy inne bzdury, jakie niesie ze sobą życie w wielkim, miejskim pożeraczu dusz. Dla mnie te książki są jak samotna wyprawa w góry, wyprawa, podczas, której ma się czas myśleć o istocie rzeczy a nie o rzeczach. I choć drogi, którymi podążyli bohaterowie tych książek są nie do końca dla mnie, to jestem przekonany, że można w nich odnaleźć siłę i odwagę do zmian i w swoim życiu. Przełamać strach, stereotypy, poczuć dotyk wilczego jęzora na policzku, odczuć przynależność i lojalność wilczej watahy, której moralność przewyższa często tę, której doświadczamy żyjąc w ludzkim stadzie. W tych książkach można i poszukać siebie czytając o człowieku, który aby siebie odnaleźć, z własnej woli żył samotnie w najdzikszym miejscu świata. Na Alasce. O człowieku, który każdego dnia był sam, jego życie leżało wyłącznie w jego rękach i każda źle podjęta decyzja mogła być tą ostatnią. Czy nie jest to prawdziwsza szkoła życia niż ta, której najczęściej doświadczamy? Czy każdy z nas zamiast tysięcy godzin spędzonych w szkolnych ławach, biurach, przed telewizorem, komputerem itd...nie powinien przeżyć, choć namiastki takiego stanu? Czy też po krótkotrwałym wzlocie duszy, odłoży tę duszę jak i te książki na półkę by wrócić do rutynowych czynności? Na te pytania odpowiedzcie sobie sami, a te książki na pewno Wam w tym pomogą.
Shaun Ellis to zapaleniec, który pokochał wilki. Postanowił zerwać z dotychczasowym życiem i dołączyć do watahy wilków żyjących na wolności. W tym celu spędził dwa lata w lasach Dakoty Północnej. Przez rok uczył się żyć jak wilk, z nikim nie rozmawiał, polował, wykopywał z ziemi pożywienie, które jadł na surowo. W końcu dołączył do wilczego stada, został zaakceptowany i uznany przez wilki za swojego. Przez kolejny rok żył z wilkami obserwując je z tak bliska, jak jeszcze nikt dotąd. Wilki uratowały mu nawet życie. Dziś opiekuje się wilkami w swoim własnym rezerwacie. Fragmenty:
„ Dostrzegłem fundamentalną różnicę między ludzkim a wilczym modelem agresji; sądzę, że kiedyś, przed setkami lat, nie było takiego rozziewu. Wilki potrafią zabijać i cały czas grożą, że skorzystają z tej umiejętności, robią to jednak tylko wtedy, kiedy naprawdę muszą. Staną do walki na śmierć i życie w obronie rodziny albo źródła pokarmu, który pozwoli stadu przetrwać zimę, będą się ścierać do upadłego z innymi watahami, ale też uszanują rywali i docenią ich postępowanie. Ludzie nie cenią swoich przeciwników; dziś na wojnie nawet ich nie widzimy, możemy zabijać przyciskając guzik. Większość uczestników starć, nie wie, kto i dlaczego jest wrogiem. Zabijamy bez sensu i bez potrzeby, a nasza moralność stoi pod wielkim znakiem zapytania. Miałem dość.”
„ Świat, z, którego przybyłem i do, którego czułem się przynależny, zdawał się tak prosty i zrównoważony. Nie było w nim miejsca na podstęp, złośliwość i nieuzasadnione okrucieństwo. Wszystko działo się z jakiegoś powodu, który dla wszystkich był jasny. Choć wilki zachowywały się czasem agresywnie i walczyły o swoje bez pardonu, umiały też odsłonić delikatną, opiekuńczą stronę swojej natury i zatroszczyć się czule o pobratymców, czego sam doświadczyłem i nieraz byłem świadkiem. Chodziło przede wszystkim o to, żeby wilcza rodzina była syta i bezpieczna, z drugiej jednak strony wataha potrafiła uszanować zwierzęta, z którymi przyszło jej koegzystować. Wilki zabijały po to, żeby jeść, nigdy dla zabawy i nigdy więcej, niż było im potrzeba. Ludzie są zupełnie inni: uważają, że wszystko im się należy. Są chciwi, samolubni i pustoszą Ziemię, jakby liczyło się tylko dobro ich gatunku. Bywają obojętni, wręcz groźni dla otoczenia.”
Guy Grieve to człowiek, który pewnego dnia wstał zza biurka, rzucił wszystko i wyjechał na rok w dzicz. Wybrał najdziksze miejsce na Ziemi. Alaskę. Przy temperaturach 60 stopni poniżej zera musiał zbudować chatę by przetrwać zimę, chronić się przed niedźwiedziami i polować by zdobyć pożywienie. W tym czasie jego żona oraz dwoje synów kontaktowali się z nim wyłącznie przez telefon satelitarny i listy. Po roku wrócił do domu, ale nie wrócił zza biurko. Obecnie razem z całą rodziną mieszka na jednej z wysp archipelagu Hebrydy. Fragment:
„ Mijały najlepsze lata mojego życia, a ja przez osiem godzin dziennie tkwiłem w klimatyzowanym biurze, wpatrując się w monitor komputera. Kolejne trzy godziny dziennie spędzałem w samochodzie. Czułem, że znalazłem się w pułapce, i zaczynałem wpadać w panikę. Podczas przerw na lunch zacząłem odwiedzać siłownię po drugiej stronie ulicy, a po serii ćwiczeń, omijając szerokim łukiem truchtające przed ścianą luster doskonale wyrzeźbione sylwetki opalone słońcem solarium, wyruszałem na pięciomilową przebieżkę dookoła wzgórza Arthur`s Seat. Ten bieg, będący alternatywą dla ruchu przy akompaniamencie muzyki z głośników w towarzystwie nadętych ego, nie wyłączając mego własnego, przyczynił się do ocalenia mojej duszy. Zacząłem odczuwać, a także dostrzegać zmieniające się pory roku. Gdy ścieżka pięła się stromo pod górę, czułem ból, a kiedy od deszczu i wiatru drętwiały mi stopy i twarz, czułem zimno i byłem z tego zadowolony. Pośród zwyczajnej, pełnej błahostek biurowej codzienności ten bieg dawał mi szansę na ponowne zjednoczenie się zarówno z własnym ciałem, jak i przyrodą, a kontrast pomiędzy tymi dwoma światami, cywilizacją i żywiołem, sprawił, że zaczął we mnie kiełkować wewnętrzny bunt.”
„ Na dworze śnieg jarzył się niebiesko-białą poświatą w blasku księżyca w pełni. Niebo było usiane gwiazdami. Zobaczyłem własny oddech unoszący się białą chmurką i natychmiast poczułem lód formujący się na rzęsach. Było mi teraz bardzo, ale to bardzo zimno, lecz musiałem postać tu przez chwilę, żeby rozejrzeć się dookoła. Znalazłem się w baśniowej krainie wyrafinowanego okrucieństwa, a dotkliwy ziąb tylko pogłębiał odczucie, że jest to świat, do, którego tak naprawdę nie mam wstępu. Ta lodowata groźba miała jednak w sobie piękno, podobnie jak klinga ostrego jak brzytwa miecza. Szybko otworzyłem drzwi do chatki i sięgnąłem po grubą kurtkę. Narzuciwszy ją na siebie, ruszyłem zamarzniętą ścieżką w kierunku białego jeziora, migoczącego i skrzącego się w księżycowej poświacie. Uniosłem wzrok i ku memu zdumieniu ujrzałem upiorną kurtynę jaskrawych, zielonożółtych świateł drgających na wschodnim niebie. Zorza polarna-wyszeptałem, urzeczony widokiem tańczącego figlarnie na czystym niebie mglistego obłoku, który raz po raz cofał się szybko, jakby w odpowiedzi na niebiańską naganę, by po chwili znowu zamigotać. Stałem z zadartą głową, dopóki nie rozbolał mnie kark, starając się ignorować nogi, które paliły z zimna, bo miałem na sobie tylko kalesony. Mimo to stałem dalej oczarowany fantastycznym widowiskiem natury….”
Redakcja RMF FM nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmf.fm.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.