Początki wielkiej kariery
Jerzy Bińczycki urodził się w 1937 roku w Witkowicach, dziś będących częścią Krakowa. Po ukończeniu studiów aktorskich w Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego rozpoczął pracę w Teatrze Śląskim, gdzie poznał swoją pierwszą żonę, Elżbietę Willównę. To właśnie tam zaczęła się jego droga do sławy, choć życie rodzinne nie było wolne od problemów.
Córka aktora, Magdalena Łaptaś, wspominała w wywiadzie dla „Zwierciadła”: :
W małżeństwie moich rodziców był podział ról: mama była od wychowywania i nauki, a tata od przyjemności. To trochę wyidealizowało jego obraz w moich oczach. (…) Tato musiał często wyjeżdżać, więc nie było tak, że miałam go w domu na co dzień. Był ojcem od wakacji i weekendów, chociaż gdy coś złego się działo, zawsze można było na niego liczyć.
Sukcesy na scenie i ekranie
Bińczycki zapisał się na stałe w historii polskiej kultury dzięki wybitnym kreacjom filmowym i teatralnym. Aktor był związany przede wszystkim ze Starym Teatrem w Krakowie, gdzie stworzył wiele niezapomnianych ról, m.in. Edka w „Tangu” czy Poloniusza w „Hamlecie”. W ciągu ponad trzech dekad pracy artystycznej zagrał w ponad 70 filmach i spektaklach. Największą sławę przyniosły mu role Bogumiła Niechcica w „Nocach i dniach” oraz profesora Rafała Wilczura w „Znachorze”.
Żona Bińczyckiego wspomina jego udział w „Znachorze”
Elżbieta Bińczycka, druga żona Jerzego Bińczyckiego, zdradziła, jak jej mąż dowiedział się o roli, która miała przynieść mu ogólnopolską sławę.
Spotkał się z Jerzym Hoffmanem w SPATIF-ie. Kiedy wrócił do domu, powiedział: 'Pan Jerzy zaproponował mi rolę w »Znachorze«'. Zaniemówiłam, ale bardzo się ucieszyłam. Nie, nie odmówił, ale to było rzeczywiście wyzwanie. Jedno co sobie założył i zresztą ja też podpowiadałam, żeby nie wracał do oryginału – wspominała Elżbieta Bińczycka w „Dzień dobry TVN”.
Podczas pracy na planie „Znachora”Jerzemu Bińczyckiemu towarzyszyła wspomniana żona, która była wówczas w ciąży. Jak sama przyznała, nie zawsze ułatwiała mu pracę, ale wspierała go na każdym kroku. Zapytana, czy obsada już wtedy przeczuwała, że film przejdzie do historii, odpowiedziała:
Nigdy tak nie jest. Osoba reżysera gwarantowała bardzo wiele, świetny scenariusz Fuczewicza, aktorzy, ale to dopiero publiczność nadała głębszy sens tej ciężkiej pracy.
Cień nałogów i przedwczesna śmierć
Życie prywatne Bińczyckiego nie było usłane różami. Jak wyznała jego córka w „Zwierciadle” wielki aktor zmagał się z nałogami, chcociaż w domu udawało się, że ten problem nie istnieje.
Trzeba otwarcie powiedzieć, że tato miał problem z hazardem i alkoholem. W domu starano się nie poruszać tego tematu – ani mama, ani babcia, ani rodzina taty o tym nie mówili, ale Kraków jest specyficznym miejscem, trudno takie rzeczy ukryć, wiele słyszałam z tzw. miasta. Choćby o zamiłowaniu taty do gry w karty na pieniądze.
Niestety, nałogi i stres związany z zawodem odcisnęły piętno na jego zdrowiu.
Dopiero teraz zaczyna się mówić dużo o szkodliwości alkoholu, nie ma już takiej jak kiedyś „akceptacji społecznej” dla picia, zmienia się świadomość. Myślę, że dla taty, który bardzo poważnie traktował swoją karierę, SPATiF był trochę jak „impresariat”, tam się przychodziło po spektaklach, tam się omawiało, kto jak zagrał, jeśli się tam bywało, było się na bieżąco. Przy alkoholu i papierosach załatwiało się kolejne angaże i nawiązywało kontakty zawodowe. Tato palił papierosy, ekstramocne bez filtra, myślę, że ten tryb życia i dużo stresów przyczyniły się do jego przedwczesnej śmierci – mówiła Magdalena Łaptaś.
Jerzy Bińczycki zmarł nagle na zawał serca 2 października 1998 roku, tuż po objęciu stanowiska dyrektora Starego Teatru. Został pochowany w alei zasłużonych na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.