„Zakazany owoc” – piosenka, która zmieniła wszystko
W 2024 roku rozmowie z Plejadą Krzysztof Antkowiak przyznał, że sukces „Zakazanego owocu” był dla niego zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. – Szczerze przyznam, że kiedyś miałem problem z tym utworem. W pewnym sensie nawet obraziłem się na niego. On mnie mocno klasyfikował – wyznał artysta. Jak tłumaczy, przez długi czas czuł się zaszufladkowany, a publiczność nie pozwalała mu wyjść poza wizerunek chłopca od „Zakazanego owocu”. – To była łatka, która się do mnie przykleiła. Po czasie zrozumiałem jednak, że nie ma sensu z tym walczyć, bo ta piosenka kojarzy się ludziom z czymś fajnym – dodał.
Sukces, którego nikt się nie spodziewał
Gdy śpiewał na scenie w Opolu, miał zaledwie 15 lat. – Tak naprawdę nikt nie spodziewał się sukcesu, który wtedy odniosłem. Ani ja, ani moi rodzice, ani nawet twórcy tej piosenki, czyli Krzesimir Dębski i Jacek Cygan – wspominał Antkowiak. Występ w Opolu oglądała niemal cała Polska, a młody wokalista z dnia na dzień stał się gwiazdą. – Ktoś, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie sobie wyobrazić, z jakimi obciążeniami to się wiąże. Zwłaszcza w tak młodym wieku – podkreślał.
Ciemne strony popularności
– Miałem wrażenie, że znalazłem się w jakimś matriksie. Musiałem się w tym wszystkim jakoś odnaleźć – opowiadał. - Chcąc nie chcąc, opolski festiwal oglądała cała Polska. W telewizji nie było wtedy nic innego. Tak więc można powiedzieć, że mój występ widzieli niemal wszyscy Polacy. Ta rozpoznawalność była więc ogromna – tłumaczył. Pod jego domem niemal codziennie gromadziły się wycieczki szkolne, a mama artysty częstowała fanów herbatą.
Przed lekcjami albo po lekcjach wychodziłem do nich i rozdawałem autografy – wspomina.
Lawina listów od fanów i trudności w szkole
Po sukcesie w Opolu Antkowiak otrzymywał setki listów od fanów z całej Polski. – Wszystkie były adresowane na zasadzie: „Krzysztof Antkowiak, Poznań”. A że listonosze wiedzieli, gdzie mieszkam, regularnie mi je doręczali – mówi. Popularność miała jednak swoją cenę i nie ułatwiała mu życia również w szkole. Musiał mierzyć się z zazdrością kolegów. Dochodziło nawet do bójek.
Musiałem konfrontować się z rówieśnikami, którzy byli zazdrośni o to, że ich dziewczyny miały nad łóżkiem mój plakat. Wtedy nie było internetu, więc wszystko odbywało się twarzą w twarz. Momentami dochodziło do rękoczynów. Raz nawet mój kolega dostał za mnie – wspominał.
Kariera kontra edukacja
Sława utrudniała także edukację. – Miałem w klasie kolegów i koleżanki, którzy mi kibicowali. Natomiast dyrektor szkoły robił mi bardzo pod górę. Chodziłem do liceum muzycznego, grałem na fortepianie i powinienem interesować się wyłącznie muzyką klasyczną. Często słyszałem, że kariera w rozrywce uczniowi takiej szkoły nie przystoi – wspomina Antkowiak. Ostatecznie, wraz z ojcem, zdecydował się postawić na naukę i na jakiś czas odsunął karierę na bok.
To była nieustanna walka – żebym mógł pojechać na koncert, żebym przeszedł z klasy do klasy. Mój ojciec wiele razy był wyzwany na dywanik. Dyrektor tłumaczył mu, że powinienem mieć zakaz występowania w telewizji.