„Żałoba po życiu, którego nigdy nie miałam”. Prawdziwe historie współczesnych singielek

Prawdziwe historie współczesnych singielek, fot. Shutterstock
To nie jest kolejna opowieść o singielkach, które z kieliszkiem wina w dłoni świętują swoją niezależność. To głos kobiet, które w 2026 roku coraz częściej muszą mierzyć się z ukrytym żalem za życiem, którego nigdy nie miały. 8 milionów Polaków żyje dziś w pojedynkę, a mimo to ich potrzeby, lęki i pragnienia wciąż pozostają na marginesie debaty publicznej. Wizja beztroskiego życia solo to jeden z największych mitów współczesności. Tymczasem za statystykami GUS, z których wynika, że single wkrótce staną się jedną trzecią częścią społeczeństwa, kryją się historie kobiet, które codziennie balansują między ambicjami a bolesnym poczuciem bycia pomijanymi.

Od kilku lat media trąbią o epidemii singlozy. W Polsce jest ich dziś około 8 milionów, a według prognoz w 2030 roku single będą stanowić ponad 1/3 dorosłych Polaków. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce na 100 mężczyzn przypada 111 kobiet. Socjolodzy zauważają jednak dużą dysproporcję płci, jeśli chodzi o miejsce zamieszkania. Na wsiach przeważają wolni mężczyźni, podczas gdy w miastach dominują singielki. Ostatnie dwie dekady to czas wielkich zmian kulturowych. Kobiety coraz częściej stawiają na edukację i rozwój osobisty, wybierając miasta jako swoje miejsce do życia. Mężczyźni, choć również podejmują studia, statystycznie częściej wracają w rodzinne strony. Ten demograficzny rozjazd stał się fundamentem nowej rzeczywistości społecznej, w której singli jest coraz więcej.

Mimo tak ogromnej skali zjawiska, nasza percepcja singli utknęła w skansenie stereotypów. Nadal pokutuje obraz osoby, która jest sama, bo ma „zbyt wysokie wymagania”, albo błędne przekonanie, że życie solo to niekończące się pasmo wolności i beztroski. A rzeczywistość jest zupełnie inna: potrzeby singli – psychologiczne, relacyjne i ekonomiczne – są systemowo marginalizowane. Państwowe wsparcie i ulgi celowane są niemal wyłącznie w rodziny, ignorując osoby gospodarujące na własną rękę. Wielu z nich boryka się także z ogromną samotnością, bo znajomy singiel jakoś tak łatwo przychodzi nam do głowy, kiedy trzeba znaleźć kogoś do podlewania kwiatków podczas urlopu, ale równie zadziwiająco szybko znika z naszej orbity, kiedy nic od niego nie potrzebujemy. Czas przestać patrzeć na singli przez pryzmat krzywdzących klisz. Oddajemy głos współczesnym singielkom z dużych miast, które obalają utarte mity dotyczące życia solo i tłumaczą, dlaczego w społeczeństwie czują się gorzej traktowane niż ich „związkowi” rówieśnicy.

Mit 1: Single mają za duże oczekiwania

Marta, 35 lat „Za bardzo wybrzydzasz, musisz obniżyć swoje wymagania”

„Jestem zmęczona odpowiadaniem na pytania, kiedy sobie kogoś znajdę. Może nigdy? Czy naprawdę w 2026 roku nadal musimy tłumaczyć się przy wielkanocnym stole, dlaczego wybraliśmy życie w pojedynkę? Przyglądając się historiom związków w swojej rodzinie i wśród znajomych, uważam, że wybór odpowiedniego partnera jest podstawą szczęśliwego życia. Pochodzę z małej wsi. W minione święta spotkałam się z koleżanką z podstawówki. Karolina od 10 lat jest w związku małżeńskim. Razem z Tomkiem doczekali się trójki dzieci, niedawno wybudowali swój dom. Obserwując ich życie na Instagramie, nie raz zastanawiałam się, co ze mną jest nie tak. Miałyśmy podobny start w życie. Tylko, że ona ma teraz przystojnego męża, troje dzieci, dom i psa. Spełnienie marzeń z dzieciństwa.  A potem w chwili szczerości podczas naszej rozmowy dowiaduję się, że życie z Tomkiem to trochę życie z czwartym dzieckiem. Wszystko w domu robi ona. Mąż od święta odkurzy mieszkanie, ale cała codzienna logistyka jest na jej głowie. To ona ogarnia szczepienia, zajęcia dodatkowe i wizyty u weterynarza. Mąż nie stroni też od alkoholu i każde spotkanie ze znajomymi kończy się większą lub mniejszą awanturką. „Ale wiesz, on tak ma tylko, jak wypije” – tłumaczy go koleżanka. To ja dziękuję. Nie żyjemy w latach 90. Naprawdę kobiety mają już większą sprawczość, a związki partnerskie bez psychicznej czy ekonomicznej przemocy są możliwe. Szkoda tylko, że tak trudno je teraz stworzyć.

Nie liczę na cud i staram się działać, bo wiem, że nikt nie zapuka do moich drzwi z oświadczeniem, że chce ze mną być. Poszłam na kilka randek z aplikacji dla singli. Usłyszałam, że „nie jestem aż tak ładna, żeby się o mnie starać”, że „mózg owinięty w gazetę to jeszcze nie światopogląd” i „co to jest ten introwertyzm”, który mam w opisie. Po kilku nieudanych próbach stworzenia trwałej relacji nadal jestem sama. Ciotka za każdym razem, jak przyjeżdżam na wieś, „podsuwa mi kawalerów”. Teraz na tapecie jest Paweł. Ostatni wolny chłopak z mojej klasy z podstawówki. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale wątpię, że Paweł, który jest mechanikiem samochodowym i co tydzień robi z sąsiadem grilla pod domem zakrapianego wódką odnajdzie się przy moim boku. Albo bądźmy szczerzy – ja przy jego. Bardzo dużo czasu inwestowałam w naukę już od podstawówki. Byłam tą od konkursów i biało-czerwonego paska na każdym świadectwie. Zostałam w Krakowie po studiach, znalazłam niedawno wreszcie fajną pracę, która daje mi satysfakcję i mam swoje pasje: teatr, salon literacki i jogę. Z całą sympatią do Pawła, ale nie sądzę, że znaleźlibyśmy nić porozumienia. Ale wytłumacz to cioci czy babci. Według nich to ja mam „wygórowane” oczekiwania.

Osobiście nigdy nie spotkałam singielki, która miałaby policzone, jakimi zarobkami ma dysponować jej potencjalny kandydat i ile mieszkań posiadać, co często jest nam, wolnym kobietom szukającym mężczyzn, zarzucane. Może takie osoby gdzieś są, ale jestem przekonana, że w większości przypadków singielkom chodzi o to, aby ktoś był dojrzały, zaradny, wizualnie nam się podobał i miał to „coś”. Jeśli same pracujemy, rozwijamy się, mamy pasje, to czy oczekiwanie, że druga osoba też będzie to robić, naprawdę jest takim szalonym wymogiem? Śmiem twierdzić, że jest to wręcz podstawa stworzenia dobrego związku – oboje dobrze działamy w pojedynkę i nie ratujemy się drugą osobą. I na koniec – czy gdybym się uparła, to znalazłabym jakiegokolwiek chętnego na związek ze mną? Może. Ale jeśli miałabym wchodzić w relację na siłę, bez grama romantyzmu, tylko dla pragmatycznego układu życiowego i nie bycia już samej, to nie ma to dla mnie sensu.

Mit 2: Single sobie jakoś poradzą

Kasia, 33 lata „Nie stać mnie na bycie Judytą”

„Jako dziecko naiwnie myślałam, że po 30-tce będę mieć nie tylko ten wymarzony dom pod miastem z ogrodem, ale też domek w górach. Ach, pięknie lata naiwności i nieznajomości wartości pieniądza. Rzeczywistość wygląda tak, że od 17 lat żyję w Krakowie i do tej pory nie stać mnie na kupienie mieszkania. Najpierw mieszkałam w bursie, przez studia dzieliłam pokój w akademiku, a teraz wynajmuję mieszkanie – od roku upragnioną kawalerkę. Ceny wynajmu mieszkań w Krakowie są horrendalne. Płacę za nią połowę swojej pensji. Żeby raz w roku wyjechać na wakacje, muszę od stycznia mocno zaciskać pasa. Mam dość sugestii rodziny, że jestem głupia, wywalając co miesiąc pół pensji do czyjejś kieszeni. „Powinnam przecież mieć coś swojego”. Tylko za co? Połowa pensji idzie na wynajem. Reszta na codzienne życie: rachunki za media, jedzenie i bieżące sprawy typu dentysta czy psychoterapeuta. Skąd mam wytrzasnąć dodatkowe kilka tysięcy na ratę kredytu? Przy moich zarobkach 6000 na rękę nie ma opcji, że zapłacę 3000 za wynajem, ratę kredytu i jeszcze będę jakoś żyć. W grę wchodziłoby jedynie kupno mieszkania z rynku wtórnego, do którego mogę się od razu wprowadzić, ale wszelkie oferty, na jakie natrafiam, dotyczą bloków na peryferiach miasta z szemranym towarzystwem sąsiadów i wizją remontu od podstaw, który pochłonie tyle kasy, co kupno nowego lokum. 

Rząd jakoś nie pali się do wsparcia młodych ludzi za to chętnie podnosi datki dla osób z dziećmi. A ja jako singielka naprawdę nie mogę sobie pozwolić na własne cztery ściany. Nic nie denerwuje mnie bardziej, niż zuchwałe uwagi starego wujka, który dostał mieszkanie z przydziału w czasach PRL-u, a teraz rzuca do mnie tekstami w stylu, bo „młodym to się nie chce pracować” i „zamiast odkładać na swoje, to latasz po świecie”. Tak, latam. Ale nie po świecie, tylko Europie i raz do roku, bo na więcej mniej nie stać. A szkoda. Bo właśnie trwają najlepsze lata mojego życia. Za chwilę będę mieć 40-tkę. Instagramowe guru od oszczędzania mówią, że muszę przestać pić kawę na mieście (nie piję, bo droga) oraz nie kupować awokado na śniadanie (robię to od święta, bo też drogie) i w ten sposób budować wkład własny. Sugerują, że wystarczy jak zakasam rękawy i jak Judyta z „Nigdy w życiu” wynajmę górali, którzy postawią mi śliczny mały, domek pod miastem. Jeśli nawet udałoby mi się skrupulatnie odkładać każdy grosz, to może za 20 lat postawię ten dom. A potem łapię się na myśli, że jeśli mam być w nim sama i nie mieć się do kogo odezwać, to… właściwie po co? Bo tak, radzę sobie na co dzień jakoś z samotnością, ale nie zmienia to faktu, że w tym domu z ogrodem chciałabym mieć z kim wypić kawę.”

Mit 3: Single zawsze mają czas

Lidia, 31 lat „Niewypłacalny dług wdzięczności”

„Większość moich znajomych jest w stałych związkach albo ma już dzieci. W ich ocenie to zawsze ja powinnam dostosowywać się do nich, „bo przecież mi jest łatwiej w pojedynkę się zorganizować”. Może z dojazdem tak. Chociaż nie, zapomniałam, że nie stać mnie na kupno samochodu, żeby dojechać do ich domu z ogrodem pod miastem. Muszę tłuc się tam godzinę podmiejskim autobusem. No, ale ja na pewno mam więcej czasu, bo oni mają dzieci. To, że jestem singielką, nie znaczy, że nie mam kalendarza ze swoimi zadaniami, rutynami i planami. Mam wrażenie, że nasz status wciąż oceniany jest jako taki beztroski etap przejściowy. Na pewno nie mamy nic ważnego do zrobienia, bo nie mamy drugiej połówki, więc w sumie nasze „prawdziwe, dorosłe” życie jeszcze się nie zaczęło. Ale ja mam 31 lat. Tu i teraz dzieje się moje dorosłe życie z całym wachlarzem jego doświadczeń.  Traktuj mnie poważenie, tak jak poważnie traktujesz swoje codzienne aktywności, będąc w związku. Boli mnie to, że w narracji społecznej plusy singielstwa zestawiane są zawsze z minusami bycia w związku/bycia rodzicem. „Ty nie masz dzieci, to masz więcej czasu”, „tobie łatwiej się dostosować, bo nie musisz tego uzgadniać z chłopakiem”, „a co ty masz za zmartwienia, jesteś bezdzietną lambadziarą”.

Odnoszę wrażenie, że społeczeństwo traktuje singli jak bank, w którym można zaciągać niewypłacalny dług wdzięczności. Zorganizowałam już trzy wieczory panieńskie, trzy baby showers i trzy razy byłam świadkową. Włożyłam w to dużo serca i energii. I żeby nie było. Dawało mi to radość. Przecież to moje przyjaciółki. Jednak jednocześnie smutne jest to, że mój status pozbawia mnie szansy na otrzymywanie tych samych pokładów radości i celebracji ze strony moich przyjaciół. Może nigdy nie urządzę wieczoru panieńskiego, nie wyjdę za mąż i nie będę mieć dziecka.  Ale przecież to niejedyne „kroki milowe” w moim życiu. Nie tak dawno odniosłam duży sukces w pracy. Wróciłam do domu i pochwaliłam się tym na messengerowej grupie z dwiema przyjaciółkami. Po trzech godzinach jedna koleżanka polajkowała tę wiadomość, druga skwitowała: „gratki”. To była dla mnie równie ważna rzecz, jak kiedyś wybór ich sukien ślubnych, ale mam wrażenie, że moje istotne tematy przechodzą w tej relacji niezauważone.

Ostatnio odmówiłam bycia chrzestną dziecka kolejnej przyjaciółki, bo zwyczajnie nie stać mnie już na dodatkowe wydatki. Z tych ciotczanych, formalnych obowiązków muszę się też przecież wywiązywać w rodzinie, gdzie mam już pięcioro bratanków i dwa śluby w tym roku. Osoby w związkach zapominają, że każdy status społeczny ma swoje „trudniej”. Nikt nie widzi, jak w pojedynkę codziennie zmagam się z życiem. Bo niespodzianka. Single też mają swoje problemy. Te w pracy czy zdrowotne. Też mają swoje „trudniej”. Płacę 3500 zł za wynajem kawalerki. Koleżanka, która mieszka z chłopakiem 1500 zł. Co miesiąc tracę dwa razy tyle, za sam fakt mieszkania samej. Nie stać mnie na samochód, więc po zakupy chodzę pieszo. Co tydzień dźwigam ciężkie zakupy z supermarketu, bo nikt nie podwiezie mnie po nie autem i nie pomoże wnieść na 4. piętro bez windy. Koleżanka dziwi się, że nie korzystam z promocji, jak ona z chłopakiem i nie kupuję zgrzewki mleka albo 6 puszek pomidorów – no niestety takich ciężarów sama nie doniosę.

Cały czas przekładam zaplanowanie operacji na kolano, bo martwię się jak sobie poradzę sama z unieruchomioną nogą przez kilka tygodni. Czy przyjaciółki mi pomogą? Nie mam takiej pewności. Ostatnio jak wylądowałam w szpitalu tuż przed świętami, to nikt nie dał rady mnie odwiedzić, bo wszyscy byli już w rozjazdach. No cóż. Taki los. Przyjmuję na klatę. To są moje „trudniej”, których nikt w publicznych rozmowach o singielstwie nie wyciąga.”

CZYTAJ: Kto szybciej się zakochuje? Naukowcy nie mają już wątpliwości!

Mit 4: Single nie potrzebują zainteresowania

Wiola, 34 lata „Czuję się jak Robinson”

To dla mnie jeden z boleśniejszych aspektów singielstwa. Tak się stało, że jestem już jedyną singielką w gronie swoich znajomych. Na przestrzeni ostatnich 10 lat moje życie towarzyskie powoli wymarło. O ile na studiach i krótko po nich widywałam się ze znajomymi kilka razy w tygodniu na piwo, spacer czy zwykłe pogaduchy, o tyle teraz cudem jest, jeśli uda nam się spotkać w dawnym gronie dwa razy do roku. Poczucie odrzucenia narastało z każdą kolejną koleżanką, która weszła w związek. Kiedy ostatnia dobra znajoma, z którą wychodziłam spontanicznie na miasto, znalazła chłopaka, poczułam się jak Robinson. Okazało się, że nikt nie ma dla mnie czasu. Na moje propozycje spotkań otrzymywałam odpowiedź, że teraz nie, bo „jadą na chrzciny w rodzinie chłopaka”, „za dwa tygodnie mają wyjazd w góry z jego znajomymi”, a „za trzy jadą odwiedzić rodziców”. Starałam się zrozumieć, że każda para tworzy powoli swój mały mikroświat i niechętnie będzie wychodzić w sobotę spod kocyka, żeby spotkać się i ze mną pogadać jak dawniej.

Nauczyłam się sama wychodzić do kawiarni i kina. Samotne spacery pozwoliły mi wreszcie wyrobić rutynę 10 000 kroków. Ale nie zmienia to faktu, że moje potrzeby komunikacyjne i relacyjne wygasły. Spragniona kontaktu, zawsze przystaję na jakikolwiek termin spotkania rzucony po kilku tygodniach bezowocnych (z mojej strony) prób zainicjowania wyjścia. Czuję wtedy, jak powoli zatracam „ja” i dostosowuje się do kogoś za okruchy uwagi. Oczywiście mogę się nie zgodzić, powiedzieć, że w sumie to planowałam już coś innego, ale wtedy naszego kontaktu już w ogóle by nie było. Gdyby nie fakt, że została mi jedna koleżanka singielka – mieszkająca wprawdzie w innym mieście – to prawdopodobnie nie jeździłabym w ogóle na wakacje. I tak wiem, że jest teraz moda na solo podróże. Ale na to znów trzeba mieć więcej pieniędzy (płacisz za nocleg jak za dwoje). Plus, co ważniejszej, one mnie nie kręcą. Chcę z kimś przeżywać świat, dzielić się spostrzeżeniami i pytać o jego wrażenia. Wystarczy mi samotności i czasu dla siebie w pustym mieszkaniu. Praca hybrydowa sprawia, że czasami przez 5 dni z nikim nie rozmawiam, więc wizja spędzenia z kimś wakacji, to po prostu zaspokojenie moich podstawowych potrzeb jako człowieka – bycia dostrzeżoną i wysłuchaną. Bo uwaga, ale single też mają uczucia. I chcieliby czasem o nich porozmawiać. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że problemy singla są trywializowane w porównaniu z opowieściami o przygotowaniach do ślubu czy narodzinach dziecka.”

Mit 5: Single muszą najpierw pokochać siebie

Marcelina, 33 lata „Naucz się najpierw być sama ze sobą”

„Szczerość bez taktu to okrucieństwo” – przeczytałam gdzieś ostatnio. I trudno mi się z tym nie zgodzić. „Boże, mogłam się wcześniej zdecydować na dziecko, jestem już taka stara” – powiedziała ostatnio moja przyjaciółka-rówieśniczka, bujając swoje 3-miesięczne dziecko na rękach. „Dzięki! Przypominam ci, że mam tyle samo lat i nawet nie mam faceta, z którym mogłabym to dziecko mieć”. W odpowiedzi usłyszałam, że to przecież inna sytuacja, bo ona jest już z mężem 10 lat i nie musieli tyle czekać na poważne decyzje życiowe. Nie bardzo rozumiem, czym jej pragnienie posiadania rodziny różni się w tym momencie od mojego. Właśnie głośno oznajmiła, że 33 lata to późno na pierwsze dziecko, wiedząc, że ja, równolatka, nie mam szans na jego posiadanie w ciągu najbliższych miesięcy, a możliwe, że również lat.

W przestrzeni publicznej tyle mówimy teraz o byciu delikatnym w kwestiach pytania o plany dotyczące dzieci. Jest to oczywiście jak najbardziej prawidłowe. Ale dlaczego podobną wrażliwością nie obdarza się samotnej singielki, której pragnienia posiadania dziecka są równie wielkie, co pragnienia partnerki/żony/narzeczonej. U niej perspektywa posiadania dziecka jest jeszcze bardziej odległa. Marzy o nim, pragnie go, ale nie ma przy sobie odpowiedniej osoby. Przecież nie wskoczę komuś z Tindera do łóżka tylko po to, żeby je mieć. Ja nawet nie wiem, czy mogę je mieć, czy mój organizm jest do tego zdolny albo mojego potencjalnego partnera. Czy moje przyjaciółki, które mają już dzieci zastanawiają się czasem, jak bolesne bywają odwiedziny w ich domu, podczas których moja samotność uderza jeszcze bardziej? Fakt, że nie mam partnera nie kasuje automatycznie mojego pragnienia posiadania dziecka. Hej, związkowcy, wykażcie się chociaż trochę większym zrozumieniem i taktem w kierunku swoich znajomych singli. Bo wbrew pozorom nasze życie to nie tylko chodzenie na jogę w modnych legginsach z matchą w ręku w sobotnie poranki. To często niewyobrażalny żal i smutek za życiem, które nas omija, mimo że bardzo próbujemy to zmienić.

Nie zliczę, ile już razy usłyszałam, że „najpierw muszę pokochać siebie, a potem wejść w związek”. Jakoś nie przypominam sobie, żeby osoby wypowiadające te słowa też przeszły taki proces. Kaśka wskakiwała z jednego związku w kolejny, a Justyna związał się z aktualnym mężem jeszcze w gimnazjum. Obie co jakiś czas narzekają mi, co im się w sobie nie podoba albo jakie mają trudności w relacji z partnerami. No ewidentnie nie pokochały siebie! Ja już wiem, co lubię. Nie potrzebuję „wyjść do ludzi”, „otwierać się na nowe pasje” i robić kolejnych kubków z gliny na warsztatach z garncarstwa. Jestem w takim wieku, że przelotne znajomości i dodatkowe zajęcia nie są tym, czego potrzebuje. Brakuje mi głębokich rozmów z tą jedną osobą, ale też zwykłego codziennego zainteresowania pt. „udało cię się wreszcie pogadać z szefem o podwyżce?”. Nie chce tracić energii i pieniędzy na kolejne warsztaty self care. Na tych trzech, które już przerobiłam, zrozumiałam, że jestem wystarczająca i mam prawo tak po prostu pragnąć, żeby ktoś pokochał mnie taką, jaką jestem. 

Mit 6: Single chcą być sami

Kinga, 37 lat „Żałoba po życiu, którego nigdy nie miałam”

Jako dziecko wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądać moje dorosłe życie. Miało być poukładane. Dziś powiedzielibyśmy – instagramowe. W nastoletnich wyobrażeniach tuż po studiach brałam ślub z mężczyzną mojego życia poznanym oczywiście na uniwersytecie, a przed trzydziestką miałam już dwoje dzieci i dom pod miastem z ogrodem. Niespodzianka - nic z tych rzeczy się nie wydarzyło. Jestem 37-letnią singielką w wielkim mieście, bez męża, dzieci i psa. Auć. Zabolało. Nie tak to miało wyglądać. Ostatnich kilka lat to tak naprawdę żałoba po życiu, którego nigdy nie miałam, przerywana tinderowymi próbami zmiany swojego losu. I owszem, znam przypadki, w których dwie osoby poznały się na apce randkowej, a dziś są małżeństwem. Ale z każdym kolejnym „sezonem” na Tinderze upewniam się, że to wyjątki potwierdzające smutną regułę: miłości tam nie znajdziesz. Prędzej nabawisz się niskiej samooceny i złych doświadczeń. Koleżanki w związkach mówią, że mam się nie martwić, bo „na pewno sobie kogoś znajdę” i „wszystko ma swój czas”. Ale to o ten czas najbardziej tu chodzi. Bo to ostatnie lata na marzenia, które potem już nigdy mogą się nie spełnić. Bo niedługo wizja zostania matką odejdzie w niepamięć. Przegram z własną metryką. I nie, scenariusz, że jutro wpadnę na rogu na przyszłego męża jest mało realny. Testuję to od 10 lat. Nie wyszło.

Część swoich pragnień od kilku lat grzebię na cmentarzu niezrealizowanych marzeń. Pochowałam już to, że znajdę miłość na studiach. I to, że zanim weźmiemy ślub, to poznamy się jak łyse konie. Że zwiedzimy razem pół świata, zanim zdecydujemy się założyć rodzinę. To wszystko nie jest już możliwe, bo życie na mnie nie czeka. Ono pędzi swoim rytmem, a wraz z nim mój zegar biologiczny i szanse na to, że kiedykolwiek uda mi się stworzyć rodzinę. Nie chcę wiązać się z byle kim tylko po to, żeby mieć dziecko. Nie wyobrażam też zdecydować się na wspólne życie z kimś, kogo dobrze nie znam. A czas nie jest w tych założeniach sprzymierzeńcem. Kiedy jesteś singlem ciągle słyszysz od ludzi wokół, że „miłość sama do mnie przyjdzie, jak tylko przestanę jej szukać”. Ok. To czekam dalej, ale czy mógłby jej ktoś wskazać drogę do mnie? Podrzucić pinezkę z adresem? Bardzo boję się, że za kilka lat usłyszę od życzliwych znajomych, że „przespałam swój czas” i teraz obudziłam się z „ręką w nocniku”, że nie mam rodziny. Że „postawiłam na karierę, to mam za swoje”. Ale halo! Ja tu nie śpię. Ja wręcz mam przez to problemy ze snem. Że to właśnie tu i teraz dzieje się życie, ale kompletnie odbiegające od moich wizji.

Może to wszystko jest tylko kwestią szczęścia. Ktoś miał je w szkole, na studiach czy domówce. Czy jest mi przykro, że mnie to omija? Nie zawsze, ale jeśli już mam gorszy dzień, to jest to ogromny żal. Do świata, losu, innych, siebie. W takich momentach pojawia się fala smutku i niezrozumienia, która nie odstępuje mnie ani na krok. W lepszy dzień jest to tylko refleksja, że widocznie taka jest kolej rzeczy – wtedy myślę sobie, że na spotkanie „swojego” człowieka po prostu jeszcze czekam. I po latach ciągłych rozczarowań, niewyjaśnionych sytuacji i manipulacji wiem już, że wolę poczekać niż wejść w losową relację, byleby w końcu kogoś mieć. Bo jak już mam dzielić z kimś życie, to tylko z kimś, kto sprawi, że będzie nam lepiej razem niż osobno. Zbyt bajkowe? Może, ale podjęłam decyzję: albo dobra miłość, albo żadna.

Być może to, co socjolodzy nazywają „epidemią singlozy”, jest w rzeczywistości wołaniem o dostrzeżenie nowej struktury społecznej? Dalsze ignorowanie potrzeb milionów ludzi w imię przestarzałych schematów jest nie tylko niesprawiedliwe – jest krótkowzroczne. Historia Marty, Kasi, Lidii, Wioli, Marceliny i Kingi to nie odosobnione przypadki, to głos pokolenia, które ma dość bycia „niewidzialnymi obywatelami”. Może czas, byśmy wreszcie zaczęli traktować życie solo nie jako brak, a jako pełnoprawny stan posiadania? Bo dopóki będziemy mierzyć wartość człowieka stanem cywilnym, dopóty będziemy przegapić to, co w relacjach najważniejsze: drugiego, autentycznego człowieka.

Niech te historie będą zaproszeniem do czułości – dla siebie samych i dla osób, których codzienność nie wpisuje się w społeczny szablon. Być może prawdziwa zmiana nie wydarzy się w ustawach ani w systemowych ulgach, ale w naszych głowach – w sposobie, w jaki patrzymy na osoby siedzące obok nas przy świątecznym stole czy biurku w pracy. Singielstwo to nie projekt do naprawienia, a po prostu jeden z wielu sposobów na życie. Zamiast pytać „kiedy sobie kogoś znajdziesz?”, może warto czasem zapytać: „jak ci się dzisiaj wiedzie?”. Bo choć każdy z nas niesie własny bagaż, to w świecie, który coraz bardziej się atomizuje, jesteśmy sobie nawzajem potrzebni bardziej niż kiedykolwiek.

CZYTAJ TEŻ: Epidemia singlozy się nasila! Do 2030 roku co trzeci Polak będzie singlem?