Wywiad z Anną Solską, żoną Tomasza Mackiewicza - kobietą, której góra zabrała najbliższą osobę

Żona Tomasza Mackiewicza, Anna Solska, w rozmowie z Krzysztofem Urbaniakiem w programie RMF FM "W cieniu wielkiej góry" o tragicznej śmierci męża, akcji ratunkowej i nadziei na uratowanie Tomka.

#tomaszmackiewicz #nangaparbat #rip #mountain [*]

A post shared by Ku Pamieci Czapkinsa ? (@tomasz_chapkins_mackiewicz) on

Krzysztof Urbaniak: Anna Solska. Kobieta, której góra zabrała najbliższą osobę. Czy te kilka tygodni coś w ogóle zmieniły? Czy człowiek jest sobie w stanie jakoś to wytłumaczyć?

Anna Solska: Pogodzić się z tym czy zaakceptować jest trudno. Jestem na takim etapie, że dotarło do mnie to, co się stało – ale tego nie akceptuję. Mijają pierwsze emocje wstrząsu, potężnej traumy. Uczestniczyłam w akcji ratunkowej od pierwszych sekund, więc bardzo długo byłam jeszcze w trybie akcji ratunkowej właśnie – w intensywnym działaniu, ciągle w poczuciu, że robię to dla niego. Potem przyszedł powoli ten moment takich bardzo silnych emocji i bardzo silnego pobudzenia. Teraz, po tych kilku tygodniach nastąpiło większe wyciszenie i spokój. To jest taki czas szukania sensu tej historii – nie "dlaczego to się stało", tylko "po co". Że taki jest nasz los ? Czy tak miało być? Odnalezienia w tym sensu dla mnie, na dalszy ciąg mojego życia. Tomek jest najbliższą mi osobą na świecie, więc muszę układać sobie życie bez niego, albo z nim – tylko że w innej postaci. Są oczywiście dzieci, więc skupiam się na nich - tzn. na naszej wspólnej córce, bo mamy razem córkę. Są też dzieci Tomka z poprzedniego małżeństwa. Dla dzieci też to jest strasznie trudny moment, chociaż dzieci trochę inaczej sobie z tym radzą i jakby razem jesteśmy w tym myśleniu o nim i w tym bólu, w tej rozpaczy.

 Pani Aniu wróćmy do tych dni i godzin… Tomek z Elisabeth podjęli atak szczytowy 25 stycznia i pojawia się ten komunikat… Gdzie Panią zastaje ta wiadomość i co się dzieje dalej?

My mieszkaliśmy od jakiegoś czasu w Irlandii, więc ja byłam w tym momencie w domu. To był wieczór. Zawsze dostawałam wiadomości mailowe poprzez taki system Garmin, który miała Elisabeth, bo Tomek nie miał telefonu satelitarnego. To była dokładnie 18:10 – pamiętam, bo później robiliśmy raport na potrzeby opinii publicznej i to pisał przyjaciel Elisabeth i dokładnie posprawdzałam te wiadomości: kiedy one przychodziły, w jakich godzinach, bo my raportowaliśmy po kolei nasze działania i to była godzina właśnie 18:10. To była ta informacja, którą Państwo pewnie wszyscy już znacie - że Elisabeth martwi się o stan Tomka, że ma jakieś odmrożenia. Wysokości mi nie podawała dlatego, że ten komunikator wyświetla współrzędne. Ona podała informacje, że potrzebuje pomocy -„helikopter jak najszybciej”. Wiedziałam, że jeżeli ona mówi o helikopterze to znaczy, że sytuacja jest bardzo poważna.

Pisała Pani na swoim Facebooku, że nie spała i w zasadzie nic nie jadła w te dni. Co się działo jeszcze?

Działo się mnóstwo, bo od momentu  otrzymania tej wiadomości natychmiast działałam. Działo się mnóstwo rzeczy, także ja właściwie tygodnie później odtwarzałam, co się po kolei działo.

Co się wtedy działo? 

Pierwszy telefon, który wykonałam, to była próba dodzwonienia się do Elisabeth  natomiast zapomniałam, że nie mogę się z nią połączyć – kontakt był tylko smsowy. Opisałam jej więc, że działamy. Żeby go nie zostawiała, że dotarła do nas wiadomość. Następny mój telefon był chyba w celu poszukiwania agenta Pakistańskiego, z którym próbowałam nawiązać kontakt. Kolejny zdaje się był do męża Elisabeth, który nie mówi po angielsku, więc nie mogliśmy się porozumieć i on wtedy mi podał numer do przyjaciela Elisabeth, który włączył mnie do akcji. Kolejna sprawa to był dziennikarz TVN, z którym znam się osobiście, więc zadzwoniłam do niego z prośbą o pomoc - o znalezienie numeru do ambasady w Pakistanie. Kontaktowałam się z ambasadą – mówiłam, że natychmiast potrzebujemy pomocy. Ja właściwie byłam pierwszą osobą, która dała impuls tej akcji. Chodzi o to, że ja robiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby Tomka uratować. Zaczęła się zbierać taka grupa na What’s upie, zaczęliśmy dodawać kolejne osoby. Nie jadłam i nie spałam, bo my właściwie byliśmy cały czas w kontakcie.

Byliście bardzo dobrze zorganizowani.

To właśnie jest fenomentalne o tyle, że nie było czasu, żeby się organizować - nie było czasu, żeby wyznaczyć szefa.

Każdy wiedział co robić?

My musieliśmy wszyscy działać w jakimś nieprawdopodobnym tempie, ale też każdy musiał działać na własną odpowiedzialność. Ta akcja była fenomenem. Wszyscy podziwiają dokonania Denisa, Adama - co było rzeczywiście wspaniałe - ale nasze działania poprzedzały te wydarzenia. My czekaliśmy na helikoptery 2 dni - oni dopiero 27 stycznia dotarli do Elisabeth, więc to, co się działo wcześniej - 25 i 26 stycznia - to był czas właśnie tego mojego niespania. My wszyscy byliśmy cały czas w kontakcie. Oczywiście noc, to było takie bardziej czekanie na to, co robimy dalej.

Wszyscy czekali, cała Polska trzymała kciuki, ludzie tym żyli bardzo mocno. Pani Aniu, rusza akcja ratunkowa… Była nadzieja?

Oczywiście, że tak - tylko to było we mnie dwutorowe. Czułam się winna, bo sobie zdawałam sprawę z powagi sytuacji - znam Tomka bardzo dobrze i śmiem twierdzić, że najlepiej ze wszystkich ludzi. Był mi najbliższy. Jeżeli dotarł do mnie komunikat, że są na takiej, a nie innej wysokości i jeżeli on nie ma siły schodzić, to jest bardzo źle bo on jest… był nieprawdopodobnie silny i ta sytuacja dla mnie oznaczała, że jest naprawdę poważnie. Bo gdyby on mógł schodzić, to by po prostu zszedł. Oczywiście ja miałam ogromną nadzieję, ale też zdawałam sobie sprawę, jak nikłe są szanse na ratunek. Moi znajomi i przyjaciele mówili „no ale musisz wierzyć w cuda”, „cuda się zdarzają”, a ja wręcz czułam się winna, że nie wierzę w ten cud. Tak jakby chciałam się wcześniej przygotować na najgorsze. Ja się z nim na przemian żegnałam i odżywała nadzieja. Zanim wyruszyła akcja ratunkowa na Nangę, to był już trzeci dzień… już było bardzo późno jak na miejsce, w którym był, jak na brak jedzenia, picia, stan w jakim się znajdował. Z całym szacunkiem dla reszty ekipy to jednak Denis i Adam są wybitnie mocni.

Zrobili coś absolutnie nadludzkiego…

Ich tempo dotarcia do Elisabeth… Ja sobie zdawałam sprawę również z jej stanu, jej przerażenia - bo ona też była bez namiotu, spędziła w potwornym mrozie trzy doby. Pierwszą noc z Tomkiem – na około 7300 metrów. Pamiętam, że Lodowiejko ze mną rozmawiał o Tomku i on wtedy powiedział: „Wiesz, są nikłe szanse na uratowanie Tomka i szczerze Ci powiem, obawiam się czy uratujemy Elisabeth”. To była noc z 26 na 27 stycznia. Ja wtedy mu powiedziałam, że Elisabeth przeżyje – byłam o tym przekonana. Tak jak gdzieś głębiej czułam, że tracę Tomka. (…) Cały czas jestem na etapie analizowania tej akcji. W tej chwili to, co mogło być inaczej, już nic nie zmieni. Akcja była spektakularna i niesamowita – udało się uratować Elisabeth, a to był też tak naprawdę cud. Każdy z nas, w tej ekipie która się komunikowała poprzez Internet, był gdzie indziej .(…) Ten dzień, w którym ja się dowiedziałam, że potrzebna jest tak gigantyczna kwota nie tylko na helikopter, który doleci do Nangi - to był jakby wariant B. Na początku chcieliśmy ściągnąć ekipę spod K2 – to jest spora odległość. I to wszystko kosztowało, więc jak ja się dowiedziałam, że mam mieć 50 tysięcy  dolarów właściwie natychmiast i najlepiej gotówką - nie wiem jak miałabym te pieniądze dostarczyć. Błagałam, mówiłam, że pieniądze będą - po prostu ratujcie ich, a pieniądze będą.

A czas płynął...

Robert Szymczak do mnie mówi: "Czy mogę mieszkanie sprzedać". Ja nie mam mieszkania do sprzedania, a nawet gdybym miała, to nie sprzedam go w 2 godziny. Zaczęły się moje nawoływania - ja po prostu błagałam o pomoc finansową. To był ten moment kluczowy dla mnie - o czym mówiłam wcześniej w mediach. Skala pomocy i tej solidarności – tego, jak ludzie zareagowali po moim apelu. Potem poprosiłam jeszcze TVN o nagłośnienie sprawy - przez to się to zrobiło tak głośne. Dla mnie to było ważne z powodu zbierania pieniędzy na ratunek i ta solidarność ludzi – zebranie takiej kwoty w tak szybkim tempie było niemożliwe. Wielokrotnie za to dziękowałam i nieustannie dziękuję, bo ogrom tego dobra i tej solidarności, tego wsparcia - to jest absolutnie fenomenalne i wzruszające. Ja nie mam słów żeby dziękować ludziom . I najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że ludzie wpłacali ile mogli, czyli niewielkie przelewy, a z nich w bardzo krótkim czasie urosła kwota, która wystarczyła nam na ratunek i opłacenie helikoptera.

To było niezwykłe. W tej całej akcji był ten wielki zryw, który w zasadzie dotknął całą Polskę, a nawet cały himalaistyczny świat. W jednej chwili wszyscy chcieli pomóc - w historii czegoś takiego jeszcze nie było.

Myślę, że nie. Ja nie śledzę akcji ratunkowych w górach. Z naszych analiz wynika, że w większości Polacy wpłacali pieniądze – w 99%. Najchętniej bym podziękowała każdej osobie  osobiście - jest to dla mnie tak wspaniałe i wzruszające. To jest ta charyzma Tomka - jego energia, to czym emanował. To było coś nie z tego świata. Ja wiem, że przeze mnie przemawia miłość, ale państwo byliście tego świadkami tzn. to jest jakiś fenomen, że ludzie, którzy go nie znali – płaczą. Ci, którzy go nie spotkali nigdy, dowiedzieli się o nim dopiero teraz. Też nie mogą spać, też czekają – chcą, żeby on przeżył, angażują się w to tak silnie. To jest jakaś fenomenalna sprawa i dla mnie niezwykle krzepiąca w tej tragedii – stało się coś tak niezwykłego, czego nawet nie umiem opisać.

A kto wtedy był dla Pani największym wsparciem? 

Na pewno Masza Gorgon, przyjaciółka Elisabeth, Lodowik – przyjaciel Elisabeth. Z moją rodziną nawet nie miałam czasu się skontaktować. Nie chciałabym, żeby ktoś się czuł pominięty. Miałam wsparcie polskich przyjaciół w Iralndii, którzy po prostu byli ze mną. Nie mogłam być blisko rodziny, ponieważ była daleko – ale ja czułam to wsparcie i energię. Nie czułam się sama.

Przyszedł ten tragiczny, a zarazem radosny komunikat. Elisabeth schodzi - Tomek zostaje. Jak Pani sobie to wszystko wytłumaczyła? Zrobił tak jak chciał? Góra pokonała Tomka, ale on też ją pokonał - wszedł na szczyt, spełnił swoje marzenie.

Przeczuwałam, że tej zimy mu się uda. Cena była straszna, ale gdyby to się stało, a on nie wszedłby na szczyt, to byłoby mi żal, że odszedł i nie spełnił pragnienia, które było dla niego ważne. Dla niego to było zakończenie jego wieloletniego dzieła. To tak, jak skończyć obraz, napisać książkę, skomponować utwór - to była jego wieloletnia praca. Tomek często wspominał, że jest jakiś duch tej góry - kobieta. To były prawdopodobnie jakieś historie lokalne, pakistańskie. Tomek twierdził, że rozmawiał z tą górą - że ona do niego mówiła.

Co ona mówiła do niego?

Dużo do niego mówiła. Był taki moment, kiedy żartowałam i pytałam, dlaczego ona mówi do Ciebie po angielsku, a nie w języku Urdu. Może dlatego, że najczęściej w tym języku się tam posługiwał - byli tam ludzie z różnych krajów. On był bardzo związany z tą lokalną ludnością - oni go tam uwielbiali. Tak, jakby ta góra go chciała, ale nie w tym znaczeniu, żeby to on osiągnął szczyt czy spełnił się, tylko tak, jakby go chciała na zawsze. Jakby chciała go dla siebie. I go zabrała. Góra czy też ta patronka tej góry, ta wróżka, która miała kobiecą postać -  ona ma go dla siebie na zawsze.

Może była zazdrosna o drugą kobietę. Tomek i Elisabeth - łączyła ich szczególna więź, jak Ty podchodziłaś do tej wspólnej wspinaczki?

Wiedziałam, że dobrze się uzupełniają i że Elizabeth potrzebuje Tomka, a on potrzebuje jej.

Ale wiedziała Pani o tym, że wcześniej też straciła partnera w górach?

Nie wiedziałam. Elizabeth jest niezwykle wytrzymała i silna. Ich osiągnięcie to jest też fenomen. Tomek podkreślał, że to jest nieprawdopodobne, że kobieta o drobnej budowie jest silniejsza od wszystkich ekip, które tam były. Ona potrzebowała Tomka, ponieważ on był bardzo silny psychicznie. W górach  był zawsze bardzo spokojny, więc oni się nawzajem potrzebowali i się w tym uzupełniali - jako zespół.

Czy kiedykolwiek rozmawialiście z Tomkiem o tym najgorszym scenariuszu? On go zakładał?

Nie. On  mówił, że nie zginie w górach i ja w to wierzyłam. On był człowiekiem szalonym, różne rzeczy mu się przydarzały.

Co Pani by chciała przekazać innym kobietom czy mężczyznom, którzy pewnie też  nie raz nie śpią przez swoich partnerów ?

Związek z drugim człowiekiem, to jest nasz wybór. Jeżeli decydujemy się być z kimś takim, to go akceptujemy (…). Ja myślałam o tym dużo, że bycie z drugim człowiekiem to nie jest jakaś tam suma egoizmu. Z drugiej strony my mieliśmy oboje taką wielką potrzebę  przestrzeni - takiej własnej. Przestrzeni twórczej - poza związkiem. To jest tak, że jak się jest z osobą bardzo twórczą czy bardzo nieschematyczną, niestandardową - jak ktoś jest pochłonięty tym dziełem - to wymaga akceptacji tej drugiej osoby tego, co tę osobę pochłania. Ona musi to akceptować - musi rozumieć, że człowiek z którym dzieli życie (..) Ja nie wiem co bym powiedziała (…). Jak to w „Małym Księciu” było - jeżeli kogoś oswajamy czy ktoś nas oswaja, to niesie za sobą ryzyko utraty tej osoby. Ryzykiem jest w ogóle życie, ale jak nie ryzykujemy to go nie przeżywamy, bo umieramy.

Ten dzień Wielkiego Piątku jest dniem smutku, który zwiastuje coś dobrego. Czy Pani dostrzega coś dobrego w tym, co się wydarzyło?

Oczywiście, że tak. Inaczej nie mogłabym żyć prawdopodobnie dłużej, gdybym nie dostrzegała w tym czegoś dobrego. (…) Ja doświadczam niezwykłej solidarności, wsparcia ze wszystkich stron i myślę, że jego historia życia jest jakąś taką parabolą - ma jakiś sens i ja właśnie tego sensu szukam. To jest to dobro i nadzieja, które dostrzegam w tym, że go straciłam. Człowiek ratuje się nadzieją, żeby móc żyć.

Czy jest jakiś utwór, który moglibyśmy zadedykować Tomkowi i który wywołałby uśmiech na jego twarzy?

On ostatnio bardzo często słuchał pakistańskiej muzyki. Pamiętam, że lubi taki utwór „Tadż Mahal”. To jest taka radosna piosenka, taneczna wręcz.

A Pani ma piosenkę, która kojarzy się Pani z Tomkiem  i chciałaby Pani mu ja zadedykować?

Ona jest bardzo smutna. To „Winter Song”.

Wybrane dla Ciebie

Zobacz także

Anna Solska, żona Tomasza Mackiewicza: "Nie akceptuję tego, co się stało!"
Rod Stewart w wyjątkowym wywiadzie dla RMF FM!
Jacek Tomkowicz i Robert Karpowicz postanowili zapisać działaczy PO na zajęcia judo!

Gorący temat

MasterChef. Poznaliśmy finały skład. Rywalizacja była zacięta
Znamy już finałową 14-stkę 8. edycji MasterChefa. Rywalizacja była zacięta - na Placu Szczepańskim w Krakowie wyłoniono osiem osób, a kolejna ósemka musiała poradzić sobie w dogrywce. Zobacz, z jakimi produktami musieli sobie poradzić uczestnicy i kto znalazł się w finałowej 14-stce!

Reklama

Najnowsze wpisy

"Barwy szczęścia". Zmiany w obsadzie. Jeden z aktorów żegna się z serialem!
Javed Iqbal Mughal, Kukri: "Zabiłem około 100 chłopców w wieku od 6 do 16 lat"
Rockandrollowa historia świata. Marek Piekarczyk i Marcin Jędrych o piosenkarzu Rag'n'Bone Man
Taniec z gwiazdami. Barbara Kurdej-Szatan faworytką. Reni Jusis odpadła z programu
Natalia Nykiel zawiesza karierę. Wokalistka dała ostatni koncert
Księżycowy krajobraz na jednej z "dziurawych" ulic? Błyskawiczna reakcja władz [WIDEO]

Reklama