Ludowa antykoncepcja. Jak prababki chroniły się przed niechcianą ciążą?
Wyobraź sobie, że masz ośmioro dzieci, prowadzisz gospodarstwo, a w domu panuje bieda. W takiej sytuacji dowiadujesz się, że jesteś w ciąży. Nic dziwnego, że kobiety z XIX-wiecznej wsi czuły przerażenie, gdy odkrywały, że spodziewają się kolejnego dziecka. W tamtych czasach trudno było mówić o jakimkolwiek systemie planowania rodziny. Mimo to kobiety starały się, jak mogły, korzystając z wiedzy opartej na magicznych rytuałach i ustnych przekazach, kontrolować swoją płodność. Aneta Godynia, genealożka badająca losy galicyjskich wsi z przełomu XIX i XX wieku, przejrzała dziesiątki archiwów, aby sprawdzić, jak nasze prababki radziły sobie w czasach, gdy dostęp do medycyny i świadomość procesów zachodzących w ciele nie były jeszcze powszechne, choć bardzo potrzebne.
Czasem były to działania rozpaczliwe; milczące próby przetrwania w świecie, który nie dawał wyboru, potrzeba ochrony własnego ciała i wpływu na swój los pojawiały się nawet tam, gdzie prawa reprodukcyjne nie istniały w żadnej formalnej postaci.
Magiczne rytuały przeciw płodności. Krew, jajka i przędziwo
Jedną z najprostszych, a zarazem zaskakująco powszechnych metod zapobiegania poczęciu był tzw. „stosunek przerywany”, polegający na unikaniu ejakulacji wewnątrz dróg rodnych kobiety. Wierzono również, że szybkie oddanie moczu po stosunku seksualnym może pomóc w zapobiegnięciu niechcianej ciąży. Istniały także metody oparte na bardziej magicznych rytuałach, w których niejednokrotnie wykorzystywano krew menstruacyjną.
Hucułki wierzyły, że wstrzymanie płodności można osiągnąć dzięki połączeniu krwi menstruacyjnej i jajka. Kilka kropel krwi menstruacyjnej wlewano do pierwszego jajka zniesionego przez młodą kokoszkę, a następnie zakopywano je pod stołem. Po dziewięciu dniach i nocach jajko wykopywano – jeśli pojawiły się w nim robaki, należało je wrzucić do ognia. Dopiero spalenie jajka miało ostatecznie przypieczętować utratę płodności.
Były też inne przesądy związane z krwią menstruacyjną:
Kilka jej kropel wylewano na przędziwo, które następnie wiązano i noszono przez dziewięć nocy pod prawym ramieniem, a przez dziewięć dni pod lewym kolanem. Po zakończeniu tego procesu kobieta zakopywała przędziwo w ziemi i w kącie izby wypowiadała słowa: Nie zakopuję cię na rok, ale na zawsze!
Niewątpliwie w dawnej kulturze ludowej krew postrzegana była jako substancja o niezwykłych właściwościach. Wierzono, że magiczne działanie zapobiegające ciąży miała nie tylko krew menstruacyjna, ale także poporodowa.
Kobiety, które nie chciały już mieć więcej dzieci, praktykowały zwyczaj wrzucania bryłki krwi poporodowej do potoku lub rzeki. Wierzono, że krew jako esencja życia, mogła w magiczny sposób zastąpić przyszłe potomstwo. Gdy nurt wody zabierał ją ze sobą, symbolicznie miała odpływać również płodność kobiety.
Jak widać na podstawie przytoczonych źródeł, brak rzetelnej wiedzy medycznej w XIX- wiecznej wsi zastępowano przesądami i rytuałami, co jednak nie czyniło kobiet bezradnymi. Przeciwnie – stosowane przez nie obrzędy stanowiły formę sprawstwa w obszarze reprodukcji. Magiczne z pozoru praktyki pełniły funkcję pragmatyczną: były jedynym dostępnym sposobem na zarządzanie własną rzeczywistością w obliczu braku systemowego wsparcia.
Gdy ciąża oznaczała wyrok
Dziś, spoglądając z bezpiecznego dystansu naszych czasów, niezwykle łatwo jest szafować wyrokami moralnymi i stawiać się w roli sędziów cudzego sumienia. Nie wolno nam jednak zapominać, że kobiety na dawnej wsi niejednokrotnie funkcjonowały w rzeczywistości krańcowej – w świecie brutalnych warunków granicznych, o których my nie mamy dzisiaj pojęcia. To tam, w mroku wiejskich izb, rozgrywały się ciche dramaty.
W rzeczywistości, w której brakowało jedzenie, kobieta była już wyczerpana kolejnymi porodami, ojciec dziecka był nieobecny, ciąża pochodziła z gwałtu, trwały wojny – brzemienność mogła oznaczać nie radość, lecz zagrożenie życia.
Zatem gdy wszelkie dostępne sposoby zawiodły, a widmo kolejnego dziecka zwiastowało jedynie nieuchronną ruinę lub fizyczną śmierć, te kobiety rzucały wyzwanie losowi, podejmując desperacką walkę o resztki własnej egzystencji. Choć aborcja była napiętnowana, wyjęta spod prawa i – co najważniejsze – śmiertelnie niebezpieczna, w głębokiej tajemnicy sięgały po trujące zioła i drastyczne metody domowe, ryzykując własnym życiem, by ratować to, co z niego pozostało.
Warto jednak zaznaczyć, że ich determinacja zwykle nie brała się z braku uczuć czy okrucieństwa, lecz z potężnego, pierwotnego instynktu samozachowawczego. W ostatecznym rozrachunku nie była to decyzja wymierzona przeciwko dziecku, ale dramatyczna próba ocalenia siebie w bezwzględnej rzeczywistości, która nie oferowała im żadnego innego wyjścia.
O autorce:
Aneta Godynia - genealożka. Od lat bada historie rodzin w archiwach i pomaga odnajdywać krewnych rozdzielonych przez wojny, migracje i dziejowe zawirowania. Swoją pracą przywraca pamięć, więzi i poczucie przynależności. Zbudowała jedną z największych w Polsce społeczności internetowych skupionych wokół genealogii i mikrohistorii - Galicyjskie Drzewo, gdzie pokazuje codzienne życie naszych przodków.
Wszystkie cytaty pochodzą z książki: „Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali”, autor: Aneta Godynia, wydawnictwo: Sploty




