„Cały szereg zagrożeń”. Dlaczego nie powinniśmy publikować zdjęć dzieci w Internecie?

Na pierwszy rzut oka to tylko niewinne zdjęcia bawiących się pociech. Zabawne nagrania z karmienia dwuletniej córki. Film z beztroskich wakacji nad morzem. W rzeczywistości to jednak ogromne niebezpieczeństwo, które realizuje się na rozmaitych obszarach – od psychiki dziecka, aż po zagrożenie ze strony osób trzecich czy sztucznej inteligencji. Obecna forma sharentingu budzi coraz większe obawy ekspertów.
„Cały szereg zagrożeń”. Dlaczego nie powinniśmy publikować zdjęć dzieci w Internecie? fot. Shutterstock

Życie przed życiem

Zjawisko obecności najmłodszych w mediach społecznościowych od wielu lat jest przedmiotem badań. Już w 2010 roku naukowcy w raporcie „Digital Birth: Welcome to the Online World” pokazali, że aż 23% dzieci zaczyna życie cyfrowe przed faktycznym przyjściem na świat. W jaki sposób? Rodzice zamieszczający w sieci zdjęcia USG nieświadomie „rozpoczynają” istnienie swoich pociech w Internecie.

Inne dane nie napawają optymizmem: aż 81% dzieci z krajów UE, USA, Australii, Japonii i Nowej Zelandii ma swój ślad cyfrowy w postaci zdjęć w sieci jeszcze przed ukończeniem drugiego roku życia. Wciąż mówimy o badaniach z 2010 roku, można więc przypuścić, że trend ten nabrał rozpędu.

Sharenting w Polsce

W badaniach przeprowadzonych w roku 2019 (Sharenting po polsku, czyli ile dzieci wpadło do sieci?) pokazano, że w Polsce 40% rodziców dzieli się w sieci zdjęciami swoich pociech – ze średnim wynikiem 72 zdjęć i 24 filmów rocznie. W tym aż 42% z tej grupy nie stosuje żadnych ograniczeń prywatności i udostępnia treści grupom powyżej 200 osób. Co jeszcze udowadniają badania?

  • 81% rodziców uważa, że dzielenie się w sieci materiałami ze swoimi dziećmi w roli głównej jest pozytywne lub neutralne,
  • 57% rodziców twierdzi, że to właśnie oni powinni decydować o prywatności dzieci,
  • 25% rodziców zapytało dziecko o zgodę przed udostępnieniem w sieci materiału z jego udziałem.

Nieco inaczej sprawę postrzegają dzieci. Co na ten temat mówią badania EU Kids Online z 2018 roku?

  • 51% nastolatków odczuwa zdenerwowanie, kiedy rodzice udostępniają w sieci materiały z nimi w roli głównej bez ich wiedzy i zgody,
  • 41,6% nastolatków doświadczyło z tego powodu różnych form szykanowania ze strony rówieśników.

„Wyobraź sobie, że to będzie na billboardzie”

Dr Malwina Popiołek z Uniwersytetu Jagiellońskiego tłumaczy, że udostępniane przez rodziców treści z udziałem dzieci często są w oczach dorosłych niewinne, czasami po prostu zabawne. Niestety Internet to kanał komunikacji masowej:

Wyobraź sobie, że to co dziś zamieszczasz w Internecie, może być jutro na billboardzie, który zobaczysz jadąc do pracy.

Badaczka twierdzi, że sharenting nie musi ograniczać się wyłącznie do publikacji zdjęć czy nagrań. To „każda sytuacja, w której rodzic dzieli się treściami na temat dziecka, podając przy tym np. jego imię. Znając imię dziecka i nazwisko rodzica, mamy dane osobowe, które mogą posłużyć np. do kradzieży tożsamości”.

Sharenting stoi w sprzeczności z prawem osoby do samodzielnej decyzji o tym, czy w ogóle chce, aby jej wizerunek czy dane trafiły do sieci. Influencerzy dumnie pokazujący w kamerze swoje pociechy zapominają, że kilkulatek nie jest w stanie zrozumieć tej sytuacji i tym samym wyrazić świadomej zgody.

A zagrożeń jest wiele. Pamiętajmy, że w Internecie nic nie ginie. Raz udostępniona treść, nawet jeśli później usunięta przez autora, mogła zostać już wielokrotnie zapisana. Niektórzy mogą bronić się, że ich konta są prywatne i widoczność dla osób z zewnątrz zablokowana. Ale czy na pewno? Dziś złamanie zabezpieczeń takiego konta i kradzież danych nie należą do akcji niewykonalnych. Tyczy się to również materiałów przesyłanych za pośrednictwem komunikatorów, np. na Messengerze.

(Nie)widoczne zagrożenia

Co tak naprawdę zagraża dziecku w sieci? Przede wszystkim materiały z jego wizerunkiem mogą stać się celem przestępców, którzy przy użyciu narzędzi AI mogą generować treści pedofilskie. To nie są czasy zdjęć robionych z ukrycia na placach zabaw czy pływalniach. Dziś pedofile mogą łatwo pozyskiwać fotografie dzieci udostępniane przez niczego nieświadomych dorosłych.

Niestety nie możemy zapominać, że przestrzeń online jest – wbrew skojarzeniom – bardzo realna. Regularnie publikowane materiały, które pozwalają zidentyfikować przedszkole, szkołę, miejsce zamieszkania dziecka etc. ułatwia zadanie przestępcom, którzy potencjalnie będą chcieli wyrządzić dziecku krzywdę:

Wciąż myślimy, że to, co robimy w Internecie, jest mniej realne. Nie jest. To ma bezpośrednie konsekwencje w życiu offline. Social media to nie jest żaden wirtualny świat, to przestrzeń publiczna. I dopóki nie wprowadzimy regulacji dotyczących wizerunku dzieci w sieci, będziemy bezradni wobec nadużyć – tłumaczy dr Popiołek.

Zalet brak

Popularni influencerzy tworzący treści związane ze swoimi dziećmi często bronią sharentingu. Pociecha jest częścią ich życia, dlatego chcą ją pokazywać. Pojawiają się nawet porównania do albumów ze zdjęciami, które leżą w domowych biblioteczkach. Mało mają jednak wspólnego z rzeczywistością. Przede wszystkim treść z wizerunkiem dziecka może potencjalnie osiągać ogromne zasięgi i nie wiemy, do kogo tak naprawdę trafia:

– Dzisiaj influencer jest nadawcą masowym. A prawo traktuje go tak, jakby był tylko rodzicem wrzucającym zdjęcie do albumu.

W przypadku influencerów motywacje bywają inne. Nie da się ukryć, że dziecko to wdzięczny temat do przyciągnięcia większej widowni. Duża oglądalność to zasięgi, zasięgi to oferty współprac reklamowych i czystych zysków pieniężnych, co nasza ekspertka nazywa wprost wyzyskiem:

„Dzieci stają się markami, wokół których buduje się społeczność i monetyzuje treści. To często forma wyzysku”.

W pewnym sensie takie dziecko samo staję się influencerem. A to często nic innego jak intensywna praca w mediach na rzecz rodziców. I to w wieku kilku lat:

W przypadku dziecięcych influencerów mamy sytuację, w której dziecko realnie pracuje, a zyski trafiają do rodziców. To szara strefa pełna nadużyć.

Sharenting dziś próbuje być broniony przez rozmaite środowiska influencerów. Zapytałem dr Malwinę Popiołek o choć jedną zaletę takiego udostępniania treści z wizerunkiem dzieci w mediach społecznościowych:


Nie widzę żadnej korzyści, dla której mielibyśmy udostępniać i rozpowszechniać na masową skalę wizerunek własnego dziecka w Internecie. Dla mnie sytuacja jest jednoznaczna i nie widzę kompromisów. Nie ma pozytywów, a jest cały szereg zagrożeń.


Konsultacja merytoryczna: Malwina Popiołek, doktor nauk społecznych, specjalistka w zakresie funkcjonowania nowych mediów i komunikacji. Autorka książki „Czy można żyć bez Facebooka?” i publikacji naukowych poświęcionych zarządzaniu prywatnością w Internecie.