Wywar z jaszczurki, trujące zioła i żarzące węgle. Tak leczono na dawnej wsi

Rozgrzane kamienie, zimna woda, trujące zioła i zaklęcia – tak wyglądały niektóre „terapie” stosowane na polskiej wsi w pierwszej połowie XX wieku. Nie były wynikiem braku rozsądku, lecz przede wszystkim ograniczonego dostępu do lekarzy, pieniędzy i profesjonalnej opieki. Wspomnienia zebrane w książce Antoniny Tosiek „Przepraszam za brzydki pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet” pokazują, jak łatwo domowy sposób leczenia mógł zamienić się w tragedię.
Tak leczono na dawnej wsi, fot. Shutterstock, Narodowe Archiwum Cyfrowe

Znachor zamiast lekarza. Tak leczono choroby na dawnej polskiej wsi

Historie opisane w książce Antoniny Tosiek „Przepraszam za brzydki pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet” są świadectwem codzienności społeczności pierwszej połowy XX wieku, które przez lata musiały radzić sobie własnymi siłami. Na wielu wsiach dostęp do lekarza był ograniczony, a profesjonalna pomoc medyczna kosztowała zbyt dużo albo wymagała podróży do odległej miejscowości. W efekcie choroby leczono metodami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Obok praktyk opartych na obserwacji i doświadczeniu pojawiały się zabiegi magiczne, ryzykowne eksperymenty oraz porady ludowych uzdrowicieli.

Jedna z kobiet w książce Tosiek wspominała koleżankę o imieniu Cesia. Do chorej przyszedł znachor, który „okadzał ją jakimś kadzidłem, ogrzewał nogi rozpalonymi kamieniami, dawał do picia jakieś lekarstwo z zabitej jaszczurki”. Kuracja nie przyniosła poprawy, a dziewczynka zmarła. W innym przypadku uzdrowiciel zalecił rodzinie chorego chłopca obwiązanie go onucami należącymi do ojca lub najstarszego mężczyzny w rodzinie, a następnie zakopanie go w dole na podwórzu. Miał spędzić pod ziemią sześć minut. Dziś takie praktyki wydają się niewyobrażalne, jednak w realiach ubogiej wsi mogły być traktowane jako ostatnia nadzieja.

Zobacz także
To najcenniejsza rzecz, jaką mogły mieć wiejskie kobiety. Kosztowała tyle co pięć krów
Dziś kojarzą się głównie ze strojem krakowskim. Dawniej jednak czerwone korale znaczyły znacznie więcej: były lokatą kapitału, oznaką statusu i częścią kobiecego majątku. Prawdziwy sznur mógł kosztować tyle, co kilka krów, dlatego biżuterię…

Domowe sposoby leczenia: liście, brudne szmaty i żar

W ludowych metodach leczniczych wykorzystywano przedmioty dostępne w gospodarstwie oraz rośliny, których właściwości często znano jedynie z przekazów ustnych. Jedna z autorek pamiętnika opisała leczenie bólu gardła. Najpierw polecono wyłożyć pościel i ściany wokół łóżka liśćmi olszyny. Później ojciec miał zdjąć buty, a „tymi brudnymi szmatami cuchnącymi z potu owijano mi gardło”. Trudno ocenić, ile takich praktyk wynikało z wiary w lecznicze działanie konkretnych materiałów, a ile z przekonania, że chorobę można „wypędzić” za pomocą silnych bodźców.

Szczególnie bolesne były zabiegi, w których łączono leczenie z obrzędami. Jedna z kobiet wspominała, że babka kazała jej o zachodzie słońca stanąć na miotle, a następnie przerzucała za koszulę żarzące się węgle i odmawiała zaklęcia. Dziewczynka, przestraszona i niespokojna, doznała poparzeń pleców. W innym wspomnieniu pojawia się znachor, który zalecił chorej oblewanie pleców dwiema konewkami zimnej wody, a następnie bieganie owiniętej chustką. Raz w tygodniu kobieta miała zakładać lniany płaszcz namoczony w zimnej wodzie i wchodzić pod pierzynę. Kobieta wkrótce zmarła.

Zobacz także
To dlatego nasi przodkowie malowali domy na niebiesko. To nie był przypadek, a jasny komunikat
Przemierzając polskie wsie w poszukiwaniu śladów przeszłości, czasem można jeszcze natknąć się na drewniane chałupy z błękitnymi ścianami lub jaskrawoniebieskimi framugami okien. Dzisiejsi turyści zachwycają się ich malowniczością, traktując to jako…

Antykoncepcja i przerywanie ciąży bez bezpiecznej pomocy

Brak dostępu do medycyny dotyczył nie tylko leczenia chorób. Kobiety na wsi miały również ograniczone możliwości planowania rodziny i uzyskania pomocy w sytuacji niechcianej ciąży. W pierwszej połowie XX wieku jako metody antykoncepcyjne stosowano między innymi irygacje z użyciem mydła lub octu oraz napary ze sporyszu i piołunu. Były to sposoby nieskuteczne i potencjalnie niebezpieczne, a ich stosowanie mogło prowadzić do zatrucia lub poważnych powikłań.

Zabiegów przerywania ciąży dokonywały najczęściej wiejskie „babki” albo akuszerki. Według informacji przywołanych w książce w latach 20. i 30. XX wieku akuszerki pobierały za taką pomoc około 40 zł na wsi i 100 zł w mieście. Dla wielu chłopek była to suma nieosiągalna. Część kobiet próbowała więc działać samodzielnie, wykorzystując napary z trujących ziół, zastrzyki z jodyny i mydlin, a także mechaniczne uszkadzanie płodu ostrymi narzędziami. Stosowano również nadmierny wysiłek fizyczny, uderzanie się w brzuch czy kąpiele w lodowatej wodzie.

Bez lekarza i bez nadziei. Oczami tych, które nie miały wyboru

Warto pamiętać, że opisane praktyki nie powinny być oceniane wyłącznie przez pryzmat współczesnej wiedzy medycznej. Ich źródłem były przede wszystkim bieda, izolacja, brak edukacji zdrowotnej i niedostępność lekarzy. Dla wielu rodzin znachor lub lokalna „babka” byli jedynymi osobami, do których można było zwrócić się natychmiast. Nie oznaczało to jednak, że proponowane metody były bezpieczne. Przeciwnie – część z nich pogarszała stan chorego, powodowała obrażenia albo opóźniała uzyskanie fachowej pomocy. Niejednokrotnie taka medycyna ludowa prowadziła również do śmierci.

Zobacz także
Antykoncepcja na dawnej wsi. Jak radziły sobie nasze prababki?
Bez medycyny, w cieniu tabu i surowej moralności – tak nasze prababki walczyły z niechcianymi ciżami. Aby przetrwać, sięgały po to, co miały pod ręką: od ziół po magiczne rytuały. Odkrywamy prawdę o tym, jak wyglądała antykoncepcja...

Źródło: Antonina Tosiek, „Przepraszam za brzydki pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet”

Czytaj dalej: