Płacimy za coś, co kiedyś było normą. Czym jest deadzone travelling?

W kulturze urlopowej wśród Polaków – ale nie tylko – zaczyna dominować pewien ciekawy trend. Chodzi o deadzone travel, czyli wybieranie na wypoczynek miejsc, które niejako zmuszają nas do odłożenia telefonów i komputerów. To często domki w dziczy, gdzie trudno o zasięg, telewizory, a właściciele umyślnie nie oferują Wi-Fi. Dlaczego dziś tak chętnie chcemy zapłacić za coś, co kiedyś było tak powszechne?
Deadzone travelling coraz popularniejszy, źródło: Shutterstock
  • W dobie ciągłego bycia online trendować zaczyna deadzone travelling.
  • To określenie na spędzanie urlopu w miejscach odciętych od Internetu.
  • Dlaczego ten pomysł zdobywa coraz większą popularność i jakie przynosi korzyści?
  • Odwiedź stronę główną RMF FM.

Cyfrowy przesyt i potrzeba wyciszenia

Codzienne życie pod presją powiadomień, maili i ciągłej dostępności często prowadzi do przemęczenia i wypalenia. Specjaliści nie mają wątpliwości: zwiększanie produktywności nie rozwiąże tego problemu. Wręcz przeciwnie – coraz częściej ratunkiem okazuje się ograniczenie bodźców i prawdziwy odpoczynek. Stąd rosnące zainteresowanie wyjazdami do miejsc, gdzie cisza i brak połączenia z siecią stają się największą wartością.

Deadzone travel – co to właściwie jest?

Nowy trend wyjazdów do „martwych stref” – miejsc, gdzie dostęp do Internetu jest mocno ograniczony lub wręcz niemożliwy – wpisuje się w szerszą zmianę kulturową. Jak tłumaczy Christina Bennett, ekspertka ds. trendów turystycznych, coraz więcej osób traktuje brak zasięgu nie jako problem, lecz jako główny atut podróży. Szczególnie młodsze pokolenia coraz częściej wybierają dobrostan psychiczny i świadomie ograniczają korzystanie z technologii.

Zobacz także
Ani Włochy, ani Grecja. To w tym kraju jest najlepsza europejska plaża
Plaża Mogren w Czarnogórze została uznana za najlepszą w Europie. Zobacz, dlaczego ten ukryty skarb Adriatyku pokonał Włochy oraz Grecję.

Gdzie na wakacje bez Internetu?

Wbrew pozorom, nie trzeba lecieć na drugi koniec świata, by odpocząć od sieci. W Europie znajdziemy wiele miejsc, które sprzyjają cyfrowemu detoksowi. Przykład? Grecka wyspa Amorgos, gdzie życie płynie powoli, a masowa turystyka praktycznie nie istnieje. Podobny klimat panuje na trasie Via Transilvanica w Rumunii – to ponad 1400 kilometrów pieszych szlaków przez lasy i góry, często poza zasięgiem sieci komórkowej. Na północy Europy uwagę przyciągają duńskie fiordy w okolicach Roskilde, gdzie natura i spokój pozwalają naprawdę odpocząć.

Popularne stają się także specjalnie projektowane domki bez Wi-Fi, telefonów i technologii – wyposażone tylko w mapy czy książki. Jak zauważa współzałożyciel projektu Unplugged, Hector Hughes, łatwiej jest zrezygnować z telefonu, gdy otoczenie sprzyja odłączeniu.

Nie tylko zagranica 

W Polsce znajdziemy mnóstwo miejsc, które pozwolą odpocząć w naturze bez pokus bycia online. Wiele obiektów wręcz szczyci się w swoich opisach bardzo słabym zasięgiem – takie warunki znajdziemy często w wioskach na terenach górzystych (np. w Bieszczadach) lub odseparowanych od miast dzikich ostojach mazurskich jezior czy podlaskich łąk. 

Korzyści z cyfrowego detoksu

Wyjazd do miejsc bez Internetu to nie tylko moda, ale i konkretne korzyści zdrowotne. Ograniczenie korzystania z urządzeń elektronicznych poprawia jakość snu, pozwala odzyskać naturalny rytm dobowy i podnosi zdolność koncentracji. Bez ciągłych powiadomień łatwiej być tu i teraz – zarówno podczas zwiedzania, jak i w relacjach z innymi. Częściej sięgamy po aktywność fizyczną, lepiej się regenerujemy i budujemy głębsze więzi z towarzyszami podróży.

Powrót do rzeczywistości – wyzwanie po detoksie

Warto jednak pamiętać, że po powrocie z „martwej strefy” może pojawić się tzw. odwrócony szok kulturowy – powrót do świata pełnego bodźców bywa trudny. Eksperci radzą, by stopniowo wdrażać wypracowane nawyki także po urlopie. Nawet krótkie chwile offline w codziennym życiu mogą przynieść wiele korzyści dla zdrowia psychicznego.

Źródło: national-geographic.pl

Czytaj dalej: